3 najpopularniejsze finansowe tabu

3 najpopularniejsze finansowe tabu

Zapewne zetknęliście się z przekonaniem, że o niektórych kwestiach finansowych nie wypada rozmawiać – i już. Może nawet spotkaliście się z nimi w swoim najbliższym otoczeniu, wśród członków rodziny, współpracowników. I o ile kiedyś takie tabu o pieniądzach akceptowano i stanowiło ono normę, tak w dzisiejszych czasach niektóre postulaty finansowego savoir-vivre’u zdają się mocno trącić myszką, a nawet więcej: przemilczenie pewnych spraw poważnie działa na naszą niekorzyść. O jakich kwestiach mowa? Wybrałam dla Was 3 moim zdaniem najczęściej występujące tematy, będące ofiarami powszechnej „zmowy milczenia” 😉

1. Wynagrodzenie

Za absolutny nr 1 mojego zestawienia uważam kwestię wynagrodzenia. Problem dotyczy zarówno pracodawców, jak i pracowników – chociaż ich milczeniem kierują zupełnie inne pobudki.

Na zachodzie popularną praktyką przy poszukiwaniu pracownika jest zamieszczanie w ogłoszeniach rekrutacyjnych tzw. widełek płacowych, czyli przedziału wynagrodzenia, o jakie można powalczyć przy zatrudnianiu się na dane stanowisko. Im większe doświadczenie i osiągnięcia, o tym większą pensję można się ubiegać.

Niestety w polskich warunkach jeszcze wiele firm nie zdobyło się na odwagę, by taką informację w ogłoszeniu zamieścić. Jeśli już taka informacja się pojawia, to albo są to ogłoszenia zamieszczane przez pośredników – agencje headhunterskie (które często stawiają jako wymóg realizacji zlecenia przedstawienie kandydatom widełek), albo międzynarodowe korporacje, które mają konkurencyjne stawki i nie przejmują się resztą.

Powody niechęci do publikowania informacji o wynagrodzeniu mogą być różne, np. obawa, że dotychczasowi pracownicy zatrudnieni na podobnym stanowisku, widząc, że podczas rekrutacji nowym osobom oferuje się większe pieniądze, będą domagać się bezwarunkowej podwyżki lub zaczną się zwalniać. Inną obawę rodzi mało konkurencyjne wynagrodzenie w stosunku do tego, co można znaleźć na rynku – gdy poda się niskie stawki, istnieje ryzyko, że zainteresowanie aplikowaniem na takie stanowisko będzie mniejsze i w ten sposób firma utraci szansę na zatrudnienie eksperta, z którym co do kwestii finansowych wolałaby się dogadać podczas bezpośredniej rozmowy.

Niektóre firmy posuwają się w swojej „tajemniczości” jeszcze dalej – nawet na rozmowie rekrutacyjnej nie przedstawiają kandydatowi możliwości finansowych i zaczynają z nim negocjacje dopiero po zakończonym procesie rekrutacji, gdy są na niego zdecydowani i oddzwaniają z decyzją. To dość ryzykowna dla firmy strategia (a co, jeśli kandydat nie zgodzi się na tak stawiane warunki?), w dodatku ten sposób postępowania nie wydaje się zbyt profesjonalny z perspektywy potencjalnego pracownika. A plotki niosą się szybko, więc pracodawca może takim postępowaniem narobić sobie sam czarnego PRu.

Przykłady finansowego tabu
fot. Foto Nasz-Glogow.pl

Po drugiej stronie barykady mamy potencjalnego pracownika. I tutaj również, gdy nie znajduje informacji o wynagrodzeniu, ma nadzieję, że dowie się konkretów podczas rozmowy. Tymczasem rozmowa się toczy, dobiega końca, a rekruter ani słówkiem nie wspomina o oferowanym wynagrodzeniu. Co wtedy?

Zwykle podczas rozmowy pada kontr-pytanie ze strony pracodawcy, a mianowicie „czy ma pan/pani do nas jakieś pytania?”. I to jest bardzo dobry moment na to, by zadać kilka pytań, w tym także o wynagrodzenie. Jeśli pracodawca unika odpowiedzi, jest to dla nas sygnał ostrzegawczy.

Czym może skutkować takie przemilczenie? Może się okazać, że Twoje oczekiwania kompletnie rozmijają się z możliwościami pracodawcy. Nakręcisz się na pracę w firmie, której nie będzie stać na zatrudnienie Ciebie. A to oznacza mnóstwo straconego czasu na udział w procesie rekrutacyjnym, którego wynik końcowy jest negatywny. Plus narastająca frustracja i rozczarowanie, które też są tego naturalną konsekwencją.

Drugi scenariusz jest taki, że godzisz się na pracę na niezadowalających warunkach finansowych. Jeśli zmusza Ciebie do tego trudna sytuacja życiowa i traktujesz to jako rozwiązanie tymczasowe – OK. Gorzej, jeśli masz swobodę wyboru i możesz sobie pozwolić na dalsze poszukiwania, a mimo to ustępujesz. Niedosyt towarzyszyć Ci będzie od samego początku zatrudnienia, a potem będzie tylko narastać. Prędzej czy później pękniesz i zaczniesz szukać pracy na nowo. I znów – strata czasu i nerwów. Pensja, prócz tego, że ma nam zapewnić godny byt, ma duży wpływ na nasze samopoczucie i samoocenę.

Wyniki badania Monsterpolska.pl dot. jawności zarobków - wrzesień 2017.
Wyniki badania Monsterpolska.pl dot. jawności zarobków – wrzesień 2017.

Na koniec ostatnia sytuacja powiązana z tematem wynagrodzenia. Zastanawiające, że w wielu polskich domach sam temat zarobków stanowi tabu. W rozmowach z bliskimi potrafimy zaniżyć swoje zarobki, a zdarza się nawet, że małżonek czy partner nie wie dokładnie, ile zarabiamy!

W maju i czerwcu 2017 portal MonsterPolska.pl przeprowadził badania w dziewięciu krajach: w  Polsce, Czechach, Chorwacji, Finlandii, Litwie, Łotwie, Słowacji, Słowenii i Serbii – wzięło w nim udział ponad 40 tys. respondentów, w tym 582 ankietowanych było z Polski. Badanie dotyczyło jawności zarobków według pracodawców i pracowników. Przy okazji okazało się, że nieco ponad połowa, tj. 55% badanych przyznała, że bliskie osoby wiedzą, ile co miesiąc wpływa na ich konto, a aż 21% uważa, że zarobki są sprawą prywatną. Stosunek samych Polaków do rozmów o zarobkach przedstawia infografika.

Gdy do tego weźmiemy pod uwagę inne badanie przygotowane niedawno na zlecenie Grupy KRUK pt. „Budżet domowy polskich par”, wyłania się dość niepokojący obraz polskich rodzin, w których o zarobkach i wydatkach się nie rozmawia. Jak w takich warunkach można sprawnie zarządzać domowym budżetem? Według badania, nieporozumienia finansowe mogą prowadzić do kłótni (takiej odpowiedzi udzieliło 65% ankietowanych), utraty zaufania do partnera (tak uważa 43% badanych) lub mogą stać się przyczyną rozpadu związku (tak twierdzi 31% osób). Naprawdę nie warto milczeć.

2. Podwyżka

Punkt ściśle związany z poprzednim. Renegocjacja warunków zatrudnienia to nie lada wyzwanie – a jednocześnie tabu. Większe firmy raczej nie mają z tym problemu – korzystają z wypracowanego systemu ewaluacji pracowników i temat podwyżki zwykle się przewija podczas rozmów ewaluacyjnych. Gorzej jest w firmach, w których nie ma opracowanych kryteriów ścieżki rozwoju podwładnych, regularnych ocen okresowych a tym samym naturalnych warunków do odbycia rozmowy o podwyżce.

Kariera dla Pań - wskazówki dotyczące rozmów o wynagrodzeniu
Więcej o tym, o co i jak pytać podczas rozmowy o pracę oraz jak prosić o podwyżkę i przygotować się merytorycznie do rozmowy z pracodawcą, dowiesz się z mojego poradnika „Kariera dla Pań”.

Są firmy, które nie praktykują corocznego wzrostu płac. W takim wypadku trzeba o podwyżkę zawalczyć samodzielnie. Trudno żądać od kogoś, by docenił wkład pracownika, jeśli on sam ma zaniżone poczucie własnej wartości. Jak się okazuje, właśnie kobiety często miewają z tym kłopot.

Kobiety często bagatelizują swój wkład w sukces firmy i osiągane przez nią wyniki. Uzasadniają, że pewnych rzeczy się od nich po prostu oczekuje, że to ich obowiązek, żadna wielka filozofia. Nie świętują swoich sukcesów, nie chwalą. Biorą na siebie czasochłonne zadania, które są jednak drugoplanowe i nie rzucają się tak bardzo w oczy. Wpadają w pułapkę tzw. syndromu pracowitej mówki – pracują coraz więcej i więcej, pracują do późna – i nie upominają się o swoje. Wierzą, że ktoś w końcu zauważy i doceni ich trud i wysiłki.

To poważny błąd. O swoich oczekiwaniach i dokonaniach trzeba mówić, milczenia nie uzasadniać tym, że nie wypada, a pochwał nie kwitować „bez przesady, to nic nadzwyczajnego”. Jeśli tyrasz jak wół już 3 lata, a szef twierdzi, że nie musi zatrudniać Ci nikogo do pomocy, bo świetnie sama wszystko ogarniasz (czytaj: robisz nadgodziny, zamiast spędzać czas wolny z rodziną, przyjaciółmi lub na swoje hobby) i nikt Ci jeszcze nie zaproponował podwyżki – robisz to źle.

Prośba o rozmowę o podwyżkę nie jest nietaktem. To normalny etap każdej kariery, bez względu na piastowane stanowisko!

3. Finanse ślubne

Ten punkt potrafi rozpalić ludzkie umysły. Miałam okazję to zaobserwować tuż przed własnym ślubem. Z ciekawości i w poszukiwaniu inspiracji zapisałam się do jednej ze ślubno-weselnych, dyskusyjnych grup wsparcia na Facebooku. I w ten sposób dowiedziałam się o problemach, o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia.

Takim problemem okazało się np. wsparcie finansowe rodziców przy organizacji ślubu i wesela. Niektórzy podejmują decyzję, że chcą samodzielnie opłacić wszystkie koszta z tym związane i nie ma mowy o wsparciu od rodziców. W porządku, ich wybór, nie nam to oceniać. Z mężem również sami opłaciliśmy wszystko, co wiązało się z ceremonią ślubną i zabawą weselną. Nie robiliśmy poprawin, bo raz, że uznaliśmy to za zbędne przeciąganie, dwa, budżet nie pozwalał nam na dodatkowy dzień zabawy, a kompletnie nie braliśmy pod uwagę opcji zaciągnięcia na ten cel pożyczki. Każdy wie, jaką sytuację ma w rodzinie i na co może sobie pozwolić.

Dodam, że jeszcze do nie tak dawna zwyczajem było, że to rodzina organizowała młodym ślub i zabawę weselną. Tradycja się jednak zmieniła (też nie będę teraz oceniać, czy to dobrze, czy źle – na blogu pojawi się o tym osobny wpis).

Zaskoczyła mnie jednak reakcja niektórych osób, gdy jedna z uczestniczek dyskusji wyznała, że poprosiła o pomoc swoich rodziców, a Ci odmówili. Posypały się na nią gromy, że jak mogła w ogóle o to pytać, że to niesamowite faux pas, że nie ma wstydu i że jak ją na coś nie stać, to niech nie wyskakuje z weselem i weźmie tylko skromny ślub, albo niech weźmie na razie tylko ślub cywilny, albo wszystko sobie odłoży w czasie. Dodam, że dziewczyna miała 20 lat, wybranek jej serca miał dwa lub trzy lata więcej, oboje się uczyli i wcale nie planowali imprezy z wielką pompą, brali też pod uwagę ograniczoną liczbę gości.

Czy to naprawdę aż tak straszne wykroczenie, że dziewczyna zapytała o pomoc rodziców? Osobiście nie wyobrażam sobie, że samo zadanie takiego pytania własnym rodzicom mogłoby być oceniane w kategorii stosownego lub nie. Bardziej brałabym tu pod uwagę, czy z różnych powodów rodzice zechcą w ogóle wesprzeć takie przedsięwzięcie (może u nich samych z finansami krucho, więc wiadomo, że odpowiedź będzie odmowna?). Kogo prosić o pomoc finansową, jeśli nie najbliższą rodzinę – bank? Punkty z chwilówkami? Bez przesady!

Sama wychowałam się w takiej rodzinie, gdzie wszyscy wzajemnie zawsze siebie wspierali, w tym finansowo. Gdy byłam na studiach, rodzice pomogli mi z opłaceniem rachunków za wynajem pokoju, potem jeszcze w trakcie nauki podjęłam pracę w weekendy oraz dostałam stypendium, więc częściowo utrzymywałam się sama. I w drugą stronę, np. zrezygnowałam ze swojej części darowizny, by móc przekazać ją tacie – potrzebował pieniędzy na leczenie.

Nie zgadzam się, że rozmowy o pieniądzach w rodzinie, o wsparciu finansowym są czymś nagannym. To właśnie takie nastawienie rodzi konflikty i wzajemne uprzedzenia!

Finanse ślubne - finansowe tabu
fot. Foto Nasz-Glogow.pl

Nadszedł czas na jeszcze jeden ważny finansowy aspekt organizowania ślubu, mianowicie prezenty ślubne – a konkretnie, czy wypada cokolwiek o nich pisać w zaproszeniu.

Na wspomnianym forum wybuchła burza, że nie wypada pisać o tym, by nie przynosić kwiatów, by przynosić coś ZAMIAST nich (np. karma dla zwierząt do schroniska, wino, książki, kupony lotto, artykuły biurowe i zabawki dla domów dziecka). Druga kłótnia była o to, że ktoś śmie robić listę prezentów, jakie chce dostać i udostępnia ją zaproszonym – że to taka roszczeniowa postawa i decydowanie za gości, co mają kupić. No i wreszcie była awantura o wzmiankę o wręczaniu kopert zamiast prezentów rzeczowych – że pisanie o tym oznacza, że gości zaprasza się dla kasy, a nie dla samej ich obecności w tak ważnym dniu.

Napiszę jednym słowem, co o tych wszystkich rzekomych „zbrodniach” myślę: bzdety.

Przede wszystkim, każda tego typu wzmianka w zaproszeniu nie jest rozkazem, a sugestią, prośbą. Gość ją spełnia lub nie – w miarę swoich możliwości. Niezastosowanie się do niej nie oznacza przecież, że taka osoba nie ma wstępu na ceremonię. Jeśli spełni życzenie, to pomoże po prostu w ten sposób ogarnąć młodej parze prezentowy chaos.

Kwiaty – nie każdy lubi i ma warunki do ich przechowywania. Są też alergicy, a wręczanie im kwiatów może być dosłownie zabójcze. No i są też posiadacze kotów, które lubią skubnąć roślinę, co kończy się często wizytą u weterynarza i połową zapaskudzonego mieszkania (wiem, co mówię, przerabiałam to przy jednym niewinnym bukiecie…). My akurat o kwiatach nie pisaliśmy nic, bo wiedziałam, że znajdą się osoby, które i tak je przyniosą. Otrzymaliśmy kilkanaście bukietów. Były naprawdę piękne i cieszyły oko, ale z ciężkim sercem musieliśmy się z nimi rozstać. Ostatecznie wszystkie powędrowały na cmentarz, na groby bliskich (uprzedzam komentarze – nie, nie wierzę w zabobony, że przynosi to pecha). Nie wiem, co byśmy zrobili, gdybyśmy dostali kilkadziesiąt bukietów, zamiast kilkunastu… Tak więc w pełni rozumiem tych, którzy decydują się na napisanie w zaproszeniu, że wolą coś innego zamiast kwiatów.

Lista prezentów to chyba jedno z wygodniejszych dla obu stron – obdarowywanych i obdarowujących – rozwiązań. Para nie dostanie 3 kompletów sztućców czy 5 żelazek, ponieważ każdy gość będzie mógł sobie „zarezerwować” do kupienia dany przedmiot i dzięki temu uniknie się duplikatów. Takie listy robione w internecie są anonimowe, więc nikt nie widzi, kto co zarezerwował. Pojawiający się więc argument, że to zaglądanie gościom do portfela, jest chybiony. Goście nie tracą też czasu na głowienie się, co młodej parze może być do szczęścia potrzebne, bo mają dostęp do spisu niezbędnych rzeczy.

Sugestie, by wręczać koperty, są z tego co zaobserwowałam największym punktem zapalnym. Czytając dyskusje dowiedziałam się, że tak postępują materialiści, którym tylko zależy na kasie; że skoro chodzi młodym tylko o pieniądze (w ogóle nie wiem, skąd tak daleko idące wnioski, swoją drogą), to po co robią wesele itp., itd. Ktoś nawet napisał, że jak widzi w zaproszeniu tekst sugerujący pieniądze, to nie idzie na taki ślub i wesele, bo to niegodne i czuje się wielce obrażony. Ktoś inny, że sugerowanie kopert przywodzi na myśl kupno biletu wstępu. Ech, problemy pierwszego świata.

W dzisiejszych czasach wręczanie kopert jest bardzo praktyczne. To oszczędność czasu i stresu dla wszystkich. A także oszczędność miejsca w samochodzie, ponieważ nie trzeba wynajmować dodatkowego busa lub kursować zwykłą osobówką po kilka razy, by przewieźć wszystkie prezenty, jakimi obdarowali nas goście. Znika problem duplikatów i niepotrzebnych przedmiotów, które później trzeba by było sprzedawać lub oddawać dalej jako prezent, przy różnych okazjach… Ręka do góry, komu nie przytrafiło się puścić dalej w obieg nietrafionego prezentu czy oddać go potrzebującym.

Przy takiej prośbie nikt nie pisze „włóż do koperty 500 zł, bo inaczej wstęp wzbroniony”. Bo też nie o to w tej prośbie chodzi. Naprawdę nie rozumiem wzburzenia i emocji, które informacja o kopertach potrafi wśród ludzi wzbudzić.

Czy zgadzacie się z moją listą finansowych tabu? A może uważacie, że są jeszcze jakieś inne, bardziej denerwujące i irracjonalne przypadki? Dajcie znać w komentarzach 🙂 Jestem ciekawa, jakie jeszcze macie spostrzeżenia dotyczące podejścia Polaków do rozmów o pieniądzach.

23 myśli na temat „3 najpopularniejsze finansowe tabu

  1. Zgadzam się jak najbardziej, zwłaszcza w temacie weselnym. Ponieważ pracuję jako konsultant ślubny i często muszę sporządzać budżety wesel widzę jak ciężko rozmawia się z parami o pieniądzach. Po pierwsze organizując wesele często młodzi nie znają swoich możliwości finasnsowych, czesto liczą, że coś im dołożą rodzice (ale też bez konkretnych kwot). Natomiast zdarzyło mi się, że pary nie podały mi prawdziwego budżetu tylko zaniżony a jedna wręcz stwierdziła, że nie poda kwoty, bo przecież ja jej wydam wszystko: ” Ja powiem pani, że mam 100 tysięcy budżetu na wesele to mi pani wszystko wyda.” I stąd właśnie rodzi się nieporozumienie co to jest budżet i po co się go robi. To jest tak jakbyśmy chcieli, żeby ktoś zainwestował nasze pieniądze tylko mu nie powiemy ile tego mamy. Zupełnie inaczej robi się budżet na 50 i na 100 tysięcy i wcale nie chodzi o to, że przy 2xwiększym budżecie wezmę 2x droższych podwykonawców tylko, że skala i możliwości są zupełnie inne.

    • Dzięki Anna za komentarz, nie przypuszczałam, że w tym temacie aż takie ludzie mają opory. Przecież jeśli planują budżet weselny, to muszą sobie założyć jakieś maksimum, jakie mogą wydać… A jeśli uważają, że to za wiele, to powinni zmniejszyć tę wartość, albo szczerze powiedzieć konsultantowi: do dyspozycji mamy X pieniędzy, ale nie chcielibyśmy przekroczyć 80% tej sumy. Pozdrawiam!

  2. Zwłaszcza w pierwszym punkcie przypomina mi się rekrutacja do centrali pewnej firmy mającej u nas sieć marketów. Rekrutacja trwała wiele tygodni i parę etapów, by na końcu poznać stawki… i praktycznie wszyscy niezdesperowani odpadli, a po procesie rekrutacyjnym pozostał wielki niesmak.
    Niestety, od znajomych wiem, jakie stawki są tam oferowane w obecnej chwili.
    Stawki do dzisiaj przypominają stawki wypłacane na wschodzie kraju, na głębokiej prowincji, nie dużego miasta z konkurencyjnym rynkiem pracy. Nie znam aktualnej stawki za np. pracę w Biedronce, ale patrząc po ogłoszeniu które ostatnio widziałam wywieszonym publicznie na witrynie sklepu, za niepełny etat w pobliskim wrocławskim dyskoncie płacą więcej niż np. w centrali wielkiej międzynarodowej firmy specjaliście dbającym o właściwą jakość i dopuszczenie do sprzedaży żywności na terenie ich marketów.

    Zwyczaje ukrywania widełek płacowych, nie są u nas tabu, ale chyba koniecznością w niektórych firmach gdyż wtedy w ogóle nie mieliby pracowników innych niż przypadkowi lub zdesperowani/potrzebujący zajęcia.

    • Cyt. „Zwyczaje ukrywania widełek płacowych, nie są u nas tabu, ale chyba koniecznością w niektórych firmach gdyż wtedy w ogóle nie mieliby pracowników innych niż przypadkowi lub zdesperowani/potrzebujący zajęcia.”

      A to już niestety nie najlepiej świadczy i o kulturze organizacyjnej danej firmy, jak i o jej kondycji na rynku jako takiej 😉 Pozdrawiam!

  3. Ja oszczędzam, ale nie na jedzeniu. I tu spotykam się z takimi komentarzami, że hej! O rany jesz orzechy? Ale burżuj! Nawet nie będę tu przytaczać tych komentarzy, bo są głupie strasznie.

    Uważam, że w Polsce panuje przekonanie, bardzo szkodliwe, że kupowanie droższego jedzenia to jakiś luksus, przesada i snobizm. Każdy chce mieć chleb za 1zł, ale już nie zwraca uwagi, że ten tani chleb to zlepek paskudnych dodatków, napompowany i najczęściej bochenek waży mniej niż powinien.Wyśmiewane jest jedzenie ekologiczne. Wyśmiewane jest jedzenie bezglutenowe – niezbędne przecież przy alergiach, celiakii i wielu innych chorobach. O tym, że ważniejsza niż cena niż jakość moim zdaniem świadczy wysyp marek własnych produktów, które normalnie kosztują więcej. Niestety ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Potem tylko czytamy w sklepach ogłoszenia typu – prosimy o zwrot ryb takich i takich, zakupionych miesiąc temu, ponieważ zawierają rtnęć 😉 Prawdziwa historia ze stonki 😉

    Już nie wspominając o gromach, które lecą na blogerki fitness, na Annę Lewandowską, że na śniadanie wydaje kilkadziesiąt złotych. Moje pytanie zawsze – a Ty ile wydajesz na piwo? Bo zabawna sprawa. Kup orzechy za 5 zł to będziesz burżujem, kup piwo za 5 zł – świetnie się bawisz…

    • Aniu, absolutnie się z Tobą zgadzam! Jedzenie w budżecie domowym jest tą kategorią, na której – jeśli chcemy zaoszczędzić – musimy to zrobić mądrze. Oszczędności należy szukać w jak najczęstszym samodzielnym przygotowywaniu posiłków, a nie na obniżaniu ich jakości. Też mnie przeraża kupowanie pieczywa po śmiesznie niskiej cenie, bułki po 20-30 groszy, chleb za około złotówkę czy dwie… Tam nic dobrego w środku nie ma! Więc nie ma się czym chwalić, jeśli czyjaś dieta bazuje na tak śmieciowym jedzeniu. Fakt jednak, że nie wszystkich tylko na zdrową żywność stać. Będąc na studiach, gdy nie miałam stałych dochodów, też jadłam „po taniości”. Dzisiaj nic lub niewiele z ówczesnych produktów gości na moim talerzu. Jakość diety powinna iść w parze z lepszymi zarobkami – jeśli zarabiamy dobrze, a ciułamy na jedzeniu, to coś jest nie tak… Pamiętajmy, że słaba dieta = problemy ze zdrowiem! Może nie jutro, nie za tydzień, miesiąc czy rok, ale po pewnym czasie organizm się zbuntuje lub co gorsza – zachoruje. Pozdrawiam!

  4. Bardzo nie podoba mi się to, że w Polsce w ogłoszeniach o pracę nie ma podanego oreintacyjnego wynagrodzenia. Czyżby polscy pracodawcy chcieli coś ukryć? A może szukaja tzw. „Jelenia”, który zmarnuje swój czas na przygotowania i dojazd, a potem nawet w czasie rozmowy kwestia płacy jest owiana tajemnjca… nie rozumiem tego i przeszkadza mi to, ponieważ mieszkam za granica i zdażyłam się już przyzwyczaić do większej transparentnośvi w tym zakresie. Otrzymuję oferty z Polski a gdy pytam o oferowane wynagrodzenie, to albo zapada cisza, albo kontynuacji tajemnicy ciag dalszy. Bardzo ciekawy artykuł da mnie:)

  5. Czuję niedosyt jeśli chodzi o punkt pierwszy. To, że to tabu – spoko, ale czy to dobrze czy źle? I jak w ogóle o zarobkach rozmawiać? Ja np. nie lubię pytać w stylu „ile zarabiasz?” albo „ile dałeś za to czy za tamto?”. „Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach” (… za to mogą o interesach). Dużo łatwiej mi się podzielić informacją, że lista zakupów i porównywanie gazetek to mnóstwo kasy w portfelu, albo że kupując obligacje firmy X zyskałem 4% zwrotu, ale już podawać ile zainwestowałem to sprawa drugorzędna. Przede wszystkim dlatego, że… zwykle rozmówca nie jest ciekawy jak się doszło do wyniku. Go interesuje ile i na co, ale że duża premia za projekt to miesiąc zarywania nocy – to już jest mniej ciekawe. „Ładny samochód. Nówka z salonu? Ile kosztował?”, 6 lat oszczędzania i jedzenia chleba z ketchupem chciałoby się odpowiedzieć. W najbliższej rodzinie (małżeństwo) – tak, jak najbardziej 100% transparentności, ale im dalej, tym ta transparentność i otwartość jest mniejsza. I czasem też jestem ciekawy i czasem też czuję, że to są ważne informacje choćby przy zmianie pracy, ale poza tym – to do czego może mi się to przydać? Wykres też mi się nie podoba 😛 – nie jestem pewien czy właściwie odróżniam kolory bo wszystko jest fioletowe. Wiem, że blog „kobiece”finanse – ale miej litość 😉

    • Cześć Marcin! Tabu jako słowo samo w sobie niesie negatywny wydźwięk, ale fakt – we wpisie nie ma mowy o tym, jak w ogóle o zarobkach rozmawiać. W ten sposób podsunąłeś mi materiał na osobny artykuł 😉
      Co do diagramów kołowych – nie są mojego autorstwa, pochodzą od Monsterpolska, z ich raportu – informacja oraz link są w podpisie obrazka. Tak więc przykro mi, ale w żaden sposób nie miałam wpływu na jego powstawanie i dobór kolorystyki. Kobiecość bloga nie ma tu nic do rzeczy 😛 Pozdrawiam!

  6. Super wpis, też osobiście nie lubię rozmawiać szczególnie z innymi o pieniądzach – ile teraz zarabiasz, jaka podwyżka, ile ten samochód itp.. każdy ma mniej więcej wyobrażenie, nie trzeba znać detali

  7. Sytuacja z pierwszego punktu jest bardzo powszechna. Ludzie nie pytaja na rozmowach o wynagrodzenie, bo nie chca wyjsc na pazernych, a wrażenie po sobie chca zostawic dobre 😉

  8. Cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga. Bardzo ciekawy temat i dobrze napisany.
    Niestety, mamy w Polsce tę przypadłośc, że wychowuje się nas, dziewczynki, a później kobiety, że mamy być grzeczne i posłuszne. Nie wolno nam walczyć o swoje, bo to nie wypada. Nie uczy się nas jak pytać i dyskutować o pieniądzach, bo to kobiecie nie przystoi. O pieniądzach w ogóle w rodzinach się nie rozmawia, a później dziwimy się, że zarabiamy mniej niż mężczyźni i że tak łatwo dajemy się wykorzystywać, zostając w pracy po godzinach. Jeśli nie umiemy upomnieć się o należną nam podwyżkę, to tak właśnie jest.
    Sama mam problemy i opory jeśli chodzi o rozmowy o pieniądzach, ale staram się jak mogę, tłumacząc sobie, że to dla mojego dobra, że jeśli dzisiaj się tego nie nauczę, to jutro nie będę miała co jeść.

  9. Finanse ślubne to chyba największe tabu. Trudno zrozumieć decyzję młodej pary, która właśnie wchodzi we wspólne życie i chce wydać 40 000zł , których nie ma na jeden dzien zabawy.

  10. „W Polsce mieszkają bardzo bogaci ludzie robiąc takie wystawne wesela” – cytat pewnego Belga który przyjechał do polski na ślub (gdybyście widzieli jego minę) nie zapytał ile to kosztowało ale było to widać.
    Tradycja? Zapożycz się i pokaż się?

  11. @Jacek z weselami to już chyba u nas taki nowy trend właśnie pt. „Zapożycz się i pokaż się”. Tak się składa że temat wesel jest mi dobrze znany od kilkunastu lat, jako że mam wielu znajomych pracujących w tej branży – kamerzystów, zespoły itp. Jeszcze kilkanaście lat temu pamiętamy wesela które głównie organizowane były w remizach, szkołach. Dzisiaj – wielkie, bogate sale, auta z wypożyczalni podjeżdżające pod kościół, szereg atrakcji dla gości w postaci jakichś pokazów, balonów, fajerwerków itp. Niekiedy na organizację takich wesel idą koszmarne pieniądze, w ekstremalnych przypadkach nawet sięgające 100k.. Zresztą wystarczy policzyć sobie koszt samej sali, jeśli chcemy taką na wypasie.. ok. 300zł/os. przy ok. 200 osobach… 300plx200os. … łatwy rachunek. No ale jeśli ktoś ma zaplecze tzn. zasobnych rodziców.

    • @Jacek, Karol.
      A ile osób z Waszego otoczenia taki model finansowania stosowało, czyli pożyczka/kredyt na wesele?
      W ciągu ostatnich kilku lat byłam na 6 weselach, 4 z nich były opłacane samodzielnie ze zgromadzonych środków, co do 2 pozostałych – nie wiem.
      Ale i tak nie wydaje mi się, by zjawisko zadłużania się w celu zorganizowania ślubu i wesela było czymś nagminnym.

  12. Jeśli mogę być szczery, to takie podejście to nieprzedstawiające przewidywanych przez pracodawcę zarobków zauważyłem tylko w Polsce. Mam wrażenie, że liczą na coś w stylu – no kurczę, przyjęli mnie już do pracy, to nie będe się o kłócił o te tysiąc złotych miesięcznie w tą czy w tą, może dadzą mi podwyżkę nie długo.
    Oczywiście jest to ryzyko także dla pracodawcy, ale o wiele bardziej taka sytuacja jest nieprzyjemna dla przewidywanych pracowników.

  13. Finansowe tabu w Polsce… Oj jak pokazałaś – kilka ich jest : ) Osobiście raczej luźno rozmawiam o finansach, chociaż dla niektórych to zaskoczenie. Wszystko zależy jednak od stylu życia, nie ważne wtedy czy rozmawiamy o budżecie weselnym, zarobkach czy podwyżce. Jeśli chodzi o wspomniane pytanie rodziców o wsparcie finansowe to uważam, że jeśli więzi są bliskie to nie ma „głupich” pytań. My podobnie jak Wy sami finansowaliśmy swoje wesele, ale gdybym potrzebowała pieniędzy na nie, albo tak zwyczajnie, na życie – zapytałabym się rodziny o wsparcie. Działa to w drugą stronę – mam nadzieję, że rodzice/rodzeństwo również przyszliby do mnie ze swoimi problemami.

  14. Jestem zdania, że mimo wszystko o finansach trzeba rozmawiać, bo to właśnie z milczenia biorą się te wszystkie domyślenia i niepotrzebne spięcia. Zawsze staram się być szczery i mówić otwarcie o tym, co ja mogę zaproponować i czego oczekuję – tak jest o wiele prościej. No i najważniejsze – doceniać się! Bo jeśli my sami nie będziemy siebie uważać za wartościowych – kto inny to zrobi?

  15. Mam wrażenie, że wynagrodzenie jest tabu u osób, które wstydzą się tego ile zarabiają. Warto walczyć i wchodzić na coraz to wyższe stopnie w karierze, wtedy temat wynagrodzenia nie jest tabu, a wręcz przeciwnie.

Dodaj komentarz