Dlaczego Kobiece FInanse?

Dlaczego Kobiece Finanse… Czyli o szufladkowaniu słów kilka

Dzisiaj będzie mniej o finansach osobistych, za to więcej o samym blogu Kobiece Finanse oraz o tym, jak pozory mogą mylić i jak ludzie oceniają według od lat wyznawanych stereotypów. Postanowiłam poruszyć ten temat, ponieważ – o dziwo – co i rusz natrafiam na czasem zaskakujące mnie stwierdzenia dotyczące współczesnych kobiet – a szczególnie tych, które realizują się w dziedzinach „typowo męskich”, że tak to ujmę. A finanse, jakby nie patrzeć, do takich należą. Ciekawa jestem też zdania innych siedzących w branży kobiet, liczę więc na Wasze komentarze, bo może to wcale nie jest jakieś powszechne zjawisko, a po prostu ja mam „szczęście” do różnych dziwnych historii 😉

„Dlaczego Kobiece Finanse? Jesteś feministką?”

Takie pytanie zadał mi już jakiś czas temu znajomy, kiedy dowiedział się o moim blogu i zaczął go przeglądać. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałam się takiego pytania z jego strony.

Być może Was też interesuje, czemu blog ma taką a nie inną nazwę, rozwieję więc za jednym zamachem wszelkie wątpliwości:

[orb-error]Blog nosi nazwę Kobiece Finanse, bo pisany jest przez kobietę – i tyle.[/orb-error]

Jak widać, nie ma tu wielkiej filozofii. Nie doszukiwałabym się tu na siłę żadnego podtekstu i drugiego dna. „Kobiecy”, jako przymiotnik pochodzący od rzeczownika „kobieta”, w żaden sposób nie implikuje tego, że jest prowadzony przez feministkę i że mężczyźni nie mają tu czego szukać i będą traktowani jak wroga rasa. Ba! Bardzo się cieszę, że zaglądają do mnie również panowie i często komentują moje wpisy – dzięki temu dyskusje są ciekawe.

Mam po prostu swoje babskie spojrzenie na te tematy, uważam, że kobiety także powinny budować świadomie swoje finansowe bezpieczeństwo, a że w sieci wciąż jest ogromna przewaga mężczyzn piszących o pieniądzach i gospodarce nad przedstawicielkami płci pięknej (i wątpię, by w ciągu najbliższych kilku-, kilkunastu lat miało to się nagle zmienić o 180 stopni), to i nazwa bloga ma wskazywać, że moi goście będą mieli do czynienia z „damskim rodzynkiem” 😉 Jakoś się trzeba było w tym tłumie w końcu wyróżnić i zapełnić lukę 🙂

Z ciekawości wrzuciłam w wyszukiwarkę na blogu hasła „feminizm” i „feministka”, bo przecież pamięć może zawodzić – ale nie zwróciła mi ona żadnego wyniku… Dopiero przy wpisaniu „feministyczny” wypluła dwa wpisy, przy czym jeden jest recenzją książki, a drugi traktuje o tym, że dużo pań ciągnie „dwa etaty” – w swojej pracy oraz jako gospodyni domu.

Czy sama uważam się za feministkę? Nie, już o tym kiedyś pisałam. Niektóre moje poglądy pokrywają się z postulatami feministycznymi, ale wynikają one raczej ze zdroworozsądkowego spojrzenia na pewne kwestie. Czy to się komuś podoba, czy nie – kobiety i mężczyźni różnią się od siebie; pomijam tu niuanse wychowania, bo nie czuję się na tyle kompetentna, by na łamach bloga finansowego zagłębiać się w „dżenderyzm”.

Zawsze, gdy w rozmowie pojawiają się wtręty o moim domniemanym feminizmie, nie podejmuję dalszej dyskusji lub odpowiadam grzecznie na merytoryczne elementy wypowiedzi, że oponent myli się w tym i w tym punkcie. Nigdy nie daję się ponieść emocjom i nie rewanżuję się głupimi tekstami o „męskiej szowinistycznej świni”, a to z tego prostego powodu, że takie przerzucanie się tymi określeniami to po prostu bzdurne szufladkowanie. Buractwu intelektualnemu bez względu na płeć osób dyskutujących jestem stanowczo przeciwna.

Są i postulaty feministyczne, które mnie osobiście bawią lub nawet drażnią. Ledwo co natrafiłam na artykuł Forbesa Unia w imieniu kobiet. Przeczytać w nim można rzecz następującą:

[orb-notice]Skoro jest ich niewiele, dajmy im ważne teki – w takim duchu Jean-Claude Juncker, przyszły szef Komisji Europejskiej, wypowiedział się na temat obsadzania kobietami ważnych stanowisk w strukturach unijnych. (…) Dla organizacji kobiecych to jednak marne pocieszenie. A być może nawet afront. Organizacje domagają się bowiem osiągnięcia parytetu 50-50 i pojedyncze „strzały” z pewnością ich nie zadowolą. [/orb-notice]

„Organizacje kobiece domagają się”… Ech, tak na mój rozum (chyba zdrowy), to nie płeć powinna być czynnikiem decydującym przy obsadzaniu ważnych stanowisk, tylko predyspozycje, kompetencje, doświadczenie, zasługi. W mojej ocenie afrontem i dla kobiet i dla mężczyzn jest więc ustalanie jakichkolwiek parytetów. Unia stara się uszczęśliwiać nas na siłę.

Syndrom „won, to moje podwórko!”

Z drugiej strony natrafiam też na zjawisko, które określam mianem „dziecka o zagrożonej pozycji na podwórku”, tudzież „oddaj mi moje zabawki!”. Tematami dotychczas wyłącznie męskimi zaczęły się interesować kobiety. Zaczęły też one wykonywać zawody jednoznacznie kojarzone z męskim fachem. I mimo że nie robią tego masowo (nie ukrywajmy, ile z nas marzy o pójściu do wojska albo pracy w górnictwie?) czy na zasadzie „udowodnimy, że zrobimy to lepiej od facetów, by ich wygryźć i ośmieszyć”, to są postrzegane właśnie jako zagrożenie dla pozycji mężczyzny. Na szczęście, problem dotyczy niewielkiej grupy facetów – przynajmniej tak mi się wydaje. Moim zdaniem objawia się chyba tylko u tych zakompleksionych.

Do najczęstszych objawów należą, a jakże, ironia i kpiny, dla samej zasady, by przywalić. Na jednym portalu podlinkowano do mnie artykuł o sposobach dorabiania na studiach, a w komentarzu bardzo szybko pojawiła się wypowiedź „Juz widze studentki pedagogiki kłada kafelki. Feminizm wchodzi w nowa erę czynów.” (swoją drogą – cholera, znowu ten feminizm – niektórzy chyba na niego chorują!)

Przypomniałam sobie, jak sama malowałam sufity, pomyślałam o tym, jak naprawiałam pralkę, jak sama wybrałam i kupiłam części i złożyłam swój komputer stacjonarny – i serio, nie uważam, by był to jakiś nieziemski wyczyn, wymagający ponadnaturalnych zdolności. A potem pomyślałam o znajomej, która faktycznie sama kładła u siebie te zakichane kafelki w łazience. Tyle, że ona jest po filologii angielskiej, nie pedagogice, jeśli to ma w ogóle jakiekolwiek dla całej sprawy znaczenie…

Ogółem, do czego zmierzam –  nie ma rzeczy niemożliwych – jeśli ktoś chce coś zrobić, to to zrobi, płeć nie jest tu czynnikiem decydującym.

Inna sprawa, że w samym męskim gronie nieraz dochodzi do „linczu” – oj, niech no tylko który się oficjalnie przyzna przy piwie, że pomaga w gotowaniu czy zajmuje się niemowlakiem – bywa, że spotka się z pobłażliwym uśmieszkiem, ale w najgorszym przypadku przypięta zostanie mu łatka pantoflarza, faceta zbabiałego, tzw. „miękkich kluch” czy – uchowaj, bo nie cierpię tego określenia! – cioty.

Po co szufladkować i wbijać sobie szowinistyczno-feministyczne szpile? Czy kobiece finanse faktycznie „kończą się w Reserved, Mohito i Lidlu, a nie na GPW”? Sięganie po „argument”, że ktoś jest w czymś od nas gorszy, bo powodem tego jest płeć, świadczy o prymitywizmie. Kobieta okazująca jawną pogardę względem mężczyzn jest dla mnie tak samo żałosna, jak facet co i rusz nabijający się z kobiecych cech i zachowań.

Dlatego wznoszę symboliczny toast za pomyślność cudownych kobiet i fantastycznych mężczyzn, którzy to rozumieją i potrafią żyć w zgodzie 🙂

Toast na cześć pań i panów
Źródło: imagerymajestic / FreeDigitalPhotos.net

Czy i Wy spotkałyście się z podobnymi reakcjami? Szczególnie interesują mnie doświadczenia innych finansowych i biznesowych blogerek. Ale, jak zwykle u mnie, też i panów zapraszam do dyskusji. Wasze uwagi pozwolą spojrzeć na problem z pełnej perspektywy 🙂

12 przemyśleń nt. „Dlaczego Kobiece Finanse… Czyli o szufladkowaniu słów kilka

  1. Przeczytałem tytuł i wiedziałem co będzie. Tak jakoś pomyślałem, że o tym będziesz pisała. Troszkę mnie dziwi takie określenie, ale jak ktoś ma takie spojrzenie to nie wiem. Ja już od najmłodszych lat widziałem jak np. Kuzynka była odpowiedzialna za pieniądze. Nie wiem co w tym tak dziwnego i dlaczego twój kolega Ciebie tak nazwał. Może faktycznie, jest taki stereotyp że finansami powinien zajmować się mężczyzna, ale osobiście uważam, że jakby dwie osoby się tym interesowało można by uniknąć niektórych błędnych decyzji.

    • Oczywiście, mam podobne zdanie, jak T- w myśl zasady „co dwie głowy to nie jedna” 🙂 Jakoś sobie sama nie wyobrażam, bym w małżeństwie w ogóle nie miała mieć wpływu na decyzje finansowe, które dotyczyłyby przyszłości mojej i dzieci. Inna sprawa, jak ktoś rezygnuje z tego dobrowolnie. Jego lub jej wybór. Pozdrawiam, Dana.

  2. Oj jak ja to dobrze znam. Może nie na blogu – bo tego prowadzę od niedawna, ale w życiu codziennym. Prowadzę firmę, zatrudniam sześciu pracowników (samych mężczyzn – taka branża) a gdy przychodzi nowy klient to słyszę „a zastałem szefa?” Dorabiam na etacie, gdzie też pracuję z facetami (dwoma) i mam wrażenie że tylko czekają na mój błąd żeby zaraz mi o nim powiedzieć – chodź oni robią to oczywiście z przekory 🙂 Gdy przychodzi kontrahent, to w pierwszej kolejności kieruje swoje kroki do mężczyzny (na etacie zajmuje się doradztwem biznesowym) – no bo co kobieta może wiedzieć o biznesie? Najlepsza jest jednak mina gdy koledzy nie umieją pomóc i odsyłają delikwenta do mnie 🙂 No ale niestety tak jest – kobiety w dziedzinie ekonomii nie są traktowane na równi z mężczyznami i muszą walczyć żeby udowodnić że jest inaczej. Może kiedyś się to zmieni. Pozdrawiam.

  3. To się z czasem zmieni. I tak już jako „słabsza płeć” dużo udowodniłyśmy 🙂 trzeba po prostu robić swoje i robić to dobrze 😉 Pozdrawiam!

  4. Ale niestety jest tak że niektóre prace mężczyzna zawsze wykona lepiej niż kobieta i odwrotnie i nie ma się co o to spinać bo taka jest już natura.

  5. Te opinie o kobietach, które nie potrafią nic zrobić, a jak coś zrobią, to są z tego niesamowicie dumne, biorą się przez takie „typowe kobietki”, które bez faceta puszki nie potrafią otworzyć 😛 Na studiach miałem taką współlokatorkę. Myślałem, że irytacja sięgnie u mnie zenitu, kiedy dziewczyna prosiła mnie ładnie o otworzenie np. butelki. Słodki sposób na podryw, pokazanie, że bez faceta nie da rady? Może dla niektórych. Ja takiego czegoś nie znoszę. Z narzeczoną mamy takie samo podejście – w jej domu rodziców oboje jednakowo pomagaliśmy przy remoncie, ona pod moim okiem czyściła swojego laptopa (mimo wszystko trochę się bała, że uszkodzi delikatną część, dlatego patrzyłem, co robi), a co zrobiła, kiedy nie mogła sobie poradzić z puszką bez uchwytu i nie miała otwieracza? Nie czekała bezradnie na Staszka, nie leciała do sklepu, tylko po prostu zrobiła czymś innym dziurę. Może z tą puszką to głupi i skrajny przykład, ale moja studencka współlokatorka pewnie siedziałaby głodna, dopóki ktoś by jej tego nie otworzył. A taka bezradność przekłada się potem na funkcjonowanie w społeczeństwie. Nawet jeżeli chodzi o prozaiczne codzienne czynności. I dlatego później kobiet nie chce się wiązać z wieloma zadaniami. Takie jest moje zdanie 😛

  6. Ja raczej nie mam z tym problemu, mimo że w branży SEO 90% to faceci. Jakoś zawsze byłam ciepło przyjmowana i nikt specjalnie nie zwracał uwagi na moją płeć 🙂

    Pozdrawiam!

    PS Czekam na info w sprawie zaległego już piwka 🙂

    • Magda, na piwko jestem chętna, ale jak dojdę do siebie – dopadło mnie choróbsko 😉 Odezwę się, jak będę już „zdatna do użytku” 😉 pozdrawiam!

  7. Podpisuję się pod postem oboma rękami. Świetny wpis. Choć trzeba przyznać, że idą zmiany – wśród moich znajomych już dwóch tatusiów (absolutnie nie – pantoflarzy) zdecydowało się na tacierzyński, a mamusia pracowała.

  8. Jestem facetem i w żaden sposob nie czuję sie tu przytloczony przez feministki czy dyskryminowany na tym blogu. Polecam ten blog moim czytelnikom i znajomym – glownie facetom.

    Inna ciekawa sprawa, prowadzę też drugi blog o nazwie DlaFaceta.biz (to zarówno SEO i legalna zapleczówka dwóch fitness klubów, tu usmieszek do naszej seo-Magdy) jak i taki moj prywatny blog – i mimo kierowania go wprost do płci brzydkiej wiekszość czytelnikow tam… to Czytelniczki

    Blog dla faceta czytany przez kobiety… czyz to w gruncie rzeczy nie logiczne?

Dodaj komentarz