Młodzi gniewni

Młodzi, gniewni, roszczeniowi?

Dwa dni temu obchodziłam kolejne w moim życiu urodziny, jedne z ostatnich, gdy z przodu piszę cyfrę „2”. W ramach prezentu wręczonego samej sobie wzięłam wolne w pracy. Poszłam pozałatwiać kilka spraw w NFZ i posiedziałam trochę w miejskiej bibliotece, wróciłam do domu, przygotowałam obiad na dwa kolejne dni i zasiadłam do komputera, by coś-niecoś popisać. Dostałam bardzo ciekawą propozycję i niesamowicie się na nią nakręciłam, dlatego też z góry przepraszam za to, że w najbliższych tygodniach notek na blogu będzie nieco mniej. Co to za przedsięwzięcie? Ha, wszystkiego dowiecie się w swoim czasie, nie chcę zapeszać, ale gdy tylko uda mi się je sfinalizować, niezwłocznie powiadomię o tym na blogu. Jednak nie o tym chciałam dziś napisać. Otóż weszłam sobie na swoje konto na Facebooku. Od dłuższego już czasu wchodzę na ten portal głównie po to, by zaktualizować informacje na fanpage’u Kobiecych Finansów i podpiąć jakieś ciekawe artykuły, staram się nie tracić czasu na przeglądanie głupot (bo nie ukrywajmy – na społecznościówkach większość udostępnianych materiałów to nic nie wnoszący w nasze życia pożeracze czasu). Lecz tym razem rzucił mi się w oczy artykuł, który zamieściło na swoich kontach jednocześnie 3 znajomych. Był to wywiad z Jeremim Mordasewiczem.

Dwa tygodnie temu na portalu Edulandia ukazał się z nim wywiad pt. Młodzi są niecierpliwi, nastawieni na konsumpcję i mają niski poziom oszczędności. Nie zaprzeczę, poglądy pana Jeremiego są mocno dyskusyjne i kontrowersyjne, jednak fala krytyki i pretensji w komentarzach pod tym wpisem bardzo mnie zaskoczyła.

Największe emocje wzbudził bowiem następujący fragment rozmowy:

Problem polega na tym, że ludzie są niecierpliwi, nastawieni na konsumpcję i mają niski poziom oszczędności, szczególnie osoby młode. I kiedy w życiu przydarza się na utrata pracy, nie są w stanie tego zamortyzować. Jeżeli mieliby oszczędności, mogliby sobie z tym poradzić„.

Jaka była na niego reakcja? Impulsywna.

Zaczęło się m.in. wyliczanie, jak to statystyczna rodzinka w Warszawie z jednym dzieckiem ma ciężko, bo oboje zarabiają po 2 700 zł netto, a tu muszą gdzieś mieszkać (z czym się zgodzę), dlatego muszą kupić mieszkanie, minimum M3, więc ciąży na nich wysoka rata kredytu, oscylująca w granicach 2 000 zł. Do tego muszą mieć choć jedno auto, cena 30 000 zł, kupione na raty. Dochodzi OC, AC, naprawy. Do tego muszą mieć telefony, internet, kablówkę, co pochłania im ok. 150 zł miesięcznie (autorka komentarza obstaje, że to wariant optymistyczny – ja się delikatnie podpytam, co z ofertą Nju Mobile, co z darmowym netem aero2 i czy do szczęścia rodzinnego gdy ma się małe dziecko konieczne jest posiadanie kablówki, ale może faktycznie się nie znam…). Plus opłaty za prąd, wodę, gaz itp. oraz znaczna kwota przeznaczana na żywność i edukację.

Podsumowanie tego wywodu kończy się stwierdzeniem: „Oszczędzać przy tym, w sumie dość optymistycznym układzie to można złom, makulaturę i butelki plastykowe. (…) Generalnie nie czarujmy się, trzymanie pieniędzy na oszczędności to dziejowy anachronizm. Może mogą sobie na niego pozwolić emeryci, dzieci prominentów i ludzie rzygający kasą.”

I w tym momencie we mnie zabulgotało.

Bogaczem nie jestem, jeszcze mi do tego stanu bardzo daleko. Niemniej jednak od kilku lat mogę sobie pozwolić na pewien komfort w życiu, niczego mi nie brakuje. Nie jestem sknerą, potrafię racjonalnie oszczędzać, nie zarabiając kokosów. Ba! Nawet kilka razy w roku pójdę na jakiś koncert (Katie Melua, Bon Jovi, Ray Wilson), zimą pojeżdżę na nartach, latem poopalam się na plaży. A przecież nie są to rzeczy szczególnie tanie. Potrafię się jednak zdyscyplinować i na swoje hobby odłożyć. Dziecka co prawda nie mam, ale za to opiekuję się kotem, który, jak się w grudniu okazało, ma cystynurię, więc wydaję teraz całkiem sporo kasy na leki i specjalistyczną karmę dla niego. W samym grudniu musiałam wyłożyć ad hoc dodatkowe 300 zł.

Jeszcze nie tak dawno temu nie wiodło mi się szczególnie pomyślnie, studiowałam dwa kierunki dziennie i do tego pracowałam na pół etatu w hipermarkecie. Zaliczyłam też epizod z MLM w firmie kosmetycznej. W sumie, miałam pod górkę. Moje życie prywatne praktycznie nie istniało, bo wiedziałam, że przede wszystkim muszę się utrzymać, jeśli chcę coś osiągnąć. Były to czasy, gdy różne radosne „pierdololo” naszych polityków przewijające się w mediach doprowadzało mnie do szewskiej pasji. W tym „pierdololo” pana Mordasewicza. Dzisiaj też, gdy czytam niektóre błyskotliwe wypowiedzi naszych (p)osłów, zaliczam przysłowiowy facepalm – bywa, że po prostu brakuje już słów.

Nie twierdzę, że u nas w Polsce jest idealnie. Ale gdy czytam kretynizmy, że trzeba żyć na krechę, bo inaczej się nie da, to jak takie dyrdymały można skomentować?

Nie posiadam samochodu. Da się z tym żyć. Telewizji też nie posiadam. Nawet, gdy mieszkałam z rodzicami, to mało jej oglądałam – drażni mnie bełkot i zalew reklam z niej bijący. Od 14 roku życia TV dla mnie nie istnieje. Niewyobrażalna oszczędność, czasu przede wszystkim. Nie kupiłam i póki co nie kupię mieszkania, bo wiem, że mnie na nie nie stać. Mój wkład własny dopiero się tworzy. I po co miałabym poza tym się już teraz przywiązywać na stałe hipoteką do jednego miasta, niczym pies przywiązany łańcuchem do budy? Może jednak Wrocław nie jest tym miejscem, w którym będę chciała spędzić resztę życia? Może znajdę jakąś ekstra ofertę pracy gdzieś indziej? Gdybanie, ale nie mam takiego wielkiego parcia na zakup mieszkania już, teraz.

Przede wszystkim jednak nie jestem ani emerytką, ani dzieckiem prominentów, ani nie rzygam kasą. Mimo że komentarz nie był kierowany osobiście do mnie, to po jego przeczytaniu poczułam się odrobinę dotknięta tym tekstem, bo to, co osiągnęłam dotychczas, przez jakie przeciwności się przedarłam, ile się przy tym napociłam i namęczyłam – to wiem tylko ja. Wszystkie te doświadczenia mnie ukształtowały, jednak nie żałuję tego, że mi się przytrafiły.

Ilekroć czytam takie opinie, jak zacytowana we wpisie, to z jednej strony z ubolewaniem, a z drugiej strony z dziką satysfakcją sobie uświadamiam, że posiadam to, czego znacznej części populacji brakuje – odrobiny oleju w głowie.

I tak, zgodzę się z panem Mordasewiczem, że ta sama zrzędząca część populacji ma problem – ze sobą. Pisałam o tym już wiele miesięcy temu, przed tym nieszczęsnym wywiadem. O tym samym pisała również na swoim blogu ostatnio Freelancerka, przeczytajcie jej wpis Jest praca dla każdego. Ale nie dla 30-letnich nieudaczników. Duży odsetek młodych ludzi ma problem ze swoim roszczeniowym podejściem, życiem na modłę carpe diem i postawą „bo państwo powinno mi zapewnić”.

Może zamiast pisać takie brednie, odejdź od Facebooka, odejdź od laptopa, przestań pierdzieć w fotel i przejmij inicjatywę. Zgodzę się, w wielu branżach nie jest łatwo znaleźć pracę. Póki nie skończyłam studiów, nikt mnie nie chciał zatrudnić na etat, więc wiem, jakie to przykre i dołujące uczucie. Ale jeśli uzyskanie dyplomu uczelni masz już dawno za sobą, a taki stan rzeczy ciągnie się latami, to na co czekasz? Jeśli nie możesz znaleźć pracy, to ją sobie stwórz. Chyba że faktycznie ci nie zależy i wolisz siedzieć i wylewać swoje gorzkie żale na fejsie, ale pamiętaj, że wtedy to już nie wina państwa, układów, korupcji, Twojej mamy, Kowalskiego spod 9 ani jego psa.

W zasadzie w całym wywiadzie były dwa bardzo szokujące jak dla mnie akapity: o niemożności pozbycia się z pracy kobiety przebywającej na urlopie macierzyńskim i o tym, jakie zyski można by było osiągnąć, demontując nasz system emerytalny. Żaden z tych punktów nie wzbudził takich emocji, jak ta krótka wzmianka o oszczędzaniu i konsumpcjonizmie… Wymowne?

13 myśli na temat „Młodzi, gniewni, roszczeniowi?

  1. Dana, całkowicie rozumiem Twoje oburzenie, ale tym lepiej się czuję wiedząc, że nie należymy do tej grupy młodych i roszczeniowych. Tak jak już pisałam u Freelancerki, trzeba zacząć dbać o swoją przyszłość jeszcze przed zakończeniem edukacji i zaopatrzyć się w wiedzę na temat finansów. Dodatkowo proponuję porzucić próżny konsumpcjonizm i przyjąć w zamian racjonalne planowanie. Niestety mało młodych tak to postrzega, ale i tak odnoszę wrażenie, że jest nas coraz więcej. Pozdrawiam 🙂

  2. Rozumiem oburzenie, ale bardziej mnie to utwierdza w przekonaniu, że mimo wszystko należy działać i ludzią uświadomić, że się da 🙂

  3. Nie można się nie zgodzić. Mam 27 lat choc juz blizej 28 i wśród moich znajomych lepiej czy gorzej wykształconych widzę brak chęci oszczędzania, budowania jakiegoś funduszu bezpieczeństwa, wiedzy finansowej a czasami „oleju w głowie”. Wśród młodych ludzi duża część chce wydawać wydawać wydawać. A pracować już tak wielu nie chce.

  4. Dzięki za podlinkowanie w tekście 🙂
    Masz 100% racji, mnie też zawsze szokują takie wypowiedzi w komentarzach – dwie osoby zarabiają po 2700 zł netto i nie mogą nic odłożyć? Ok, może i Warszawa jest droższa niż moja Łódź, ale nie przesadzajmy, samochodu za 30 tysięcy nikt nikomu kupować nie każe. Ja mam samochód za 3 tysiące, AC nie płacę (bo i tak go nikt nie ukradnie), auto wprawdzie sporo napraw wymaga, ale jeździ.

    Ale wiecie co mnie jeszcze bawi? Ponieważ akurat mocno interesuje mnie teraz temat ślubno-weselny – mogę się założyć, że wszyscy ci narzekający młodzi ludzie, którzy nie mają pracy albo narzekają, że nie mają z czego oszczędzać, bo mało zarabiają, kiedy biorą ślub, wydają na jedną imprezę jakieś 40-50 tysięcy. Ok, może to pieniądze ich rodziców, ale to zdumiewające, że w tym kraju prawie 30% młodych ludzi nie ma pracy, wszyscy narzekają, jak to jest ciężko, odłożyć nic nie można, a kiedy przychodzi do organizacji wesela – znajduje się kasa na wypuszczanie motyli, pokazy sztucznych ogni, morze wódki na poprawinach i 4 tysiące na fotografa.

    BTW – Koncert Bon Jovi to jedno z najfajniejszych moich wspomnień z 2013 roku 🙂

    • U mnie też temat wesela na czasie, ale tak jak wszystko i przy jego organizacji można to zrobić z głową. Jeśli ktoś panuje nad swoimi finansami, racjonalnie wydaje i nie planuje wesela w Wersalu, to nie będzie problemem zebranie pieniędzy i przygotowanie takiej uroczystości. Jeśli ktoś potrafi racjonalnie do tego podejść i mierzy siły na zamiary to dlaczego miałby sobie takiej imprezy odmawiać 🙂
      Inna sprawa jeśli robi się to na pokaz, albo jeszcze gorzej – zaczyna się małżeństwo kredytem na wesele! Myślę, że ma to dużo wspólnego z nastawieniem na konsumpcję i brakiem świadomości finansowej.

    • Hej Agnieszka, całkowicie się zgadzam – tak to dookoła słychać narzekania, że ludzie nie mają z czego oszczędzać, ale jak przyjdzie do wesela, to panuje zasada „zastaw się a postaw się”. Niewiele osób organizuje skromne wesela. Pozdrawiam 🙂

  5. Amen.
    Świetny artykuł całkowicie reprezentujący moje poglądy. I cieszę się, tak, jak napisała Gosia, że my, ta nasza grupka, nie należymy do tych młodych, gniewnych, roszczeniowych i że wzięliśmy życie w swoje ręce.

  6. to napisz mi parę tekstów na blog, za 5 złotych… tak, tak, takie są stawki. Jak ktoś ma tak zwane chody to może z ceną poszybować, ale początkujący, chociaż dobry freelancer musi przyjąć stawkę głodową. Masa potakiwaczek-koleżanek w komentarzach, każda podziela pogląd, abyś nie usunęła jej wpisu, bo może zyskać czytelników, może ktoś po linku przejdzie na jej bloga. Będą odwiedziny, będą reklamy, może i będą podcasty jak u znanego pana Michała, co to tak umie oszczędzać, ale za artykuł chciał 12 koła… Żenada, jak młodzi nie będą roszczeniowi to będą towar w markecie za 4 złote wykładać, bo inne posady będą obstawione przez córeczki, którym to mamusie z kasą i sławne blogerki załatwiły, reszta to pomiot niech idzie roszczenia mieć gdzie indziej. Kto na waszą emeryturę wówczas zapracuje, no nikt, przecież Wy z taką wiedzą finansową same na nią odłożycie, to po co te etaty, wynocha z nic… i dalej, niech „wy, ta wasza małą grupka przyśle mi parę tekstów za 5 zł…”

    • Cześć Dominiku – oj, straszna gorycz przemawia z Twojego komentarza. I z jednej strony niby pogarda, a z drugiej wyczuwam nutkę zazdrości.

      Co natomiast przykuło szczególnie moją uwagę, oprócz wylewania żalu:
      „początkujący, chociaż dobry freelancer musi przyjąć stawkę głodową” – nic nie musi. Może, jeśli się na to godzi. Jego wybór. Skoro się na stawki głodowe zgadza, to później wyrabia o sobie opinię, że „z nim po taniości można” – i później mało kto się nim przejmuje. Ba, poza tym sam przyczynia się do psucia rynku – bo „skoro jeden się wystawił, to pewnie z innymi też tak można”… Trzeba szanować siebie, jeśli się chce, by inni też nas szanowali.

      Również zaczynałam od niewielkich zarobków. Chyba nikt od razu nie zarabia kokosów, prawda? Ale gdy osoba po studiach, dajmy na to, kulturoznawczych ( z całą sympatią i szacunkiem dla kulturoznawców! Można wstawić cokolwiek innego), bez doświadczenia zawodowego, idzie do firmy i chce na start 8 tys. zł miesięcznie, z powodu samego tylko faktu, że „jestem magistrem”, no to niestety – taka roszczeniowa postawa jest tak samo śmieszna, jak godzenie się na 4 zł netto / h po tychże samych studiach… Pozdrawiam!

  7. Tylko, że kiedyś a dziś cztery złote to różnica. A czego ja ma drogiej pani zazdrościć, to jest jednostronny biznes, same komentarze z bloga na blog komentuję inni blogerzy. Wszyscy niczym gwiazdy z Hoolywod od pucybuta do milionera. A teraz zarobki za tekst tyle co niejednego pensja na rok. Podobny wpis u pani koleżanki Madzi, jak to się pochwaliła, że jest za podwyżkami dla posłów, bo oni tyle lat nie mieli. A Ci co pracują i też nie mieli komu mają się pożalić, tym przysłowiowym 10, którzy czekają na ich miejsce, bo jak tylko gębę w tej kwestii otworzą to zaraz taki tekst usłyszą? Co to za wtrącenie „jestem magistrem”, jak miliony osób, a okazuje się, że ci właśnie zarabiają najmniej. Ci co coś potrafią, ci co coś wnoszą pracą np. fizyczną, swoja wiedzą są wykorzystywani. Bo to teraz się tak świat pozmieniał, że ten co szklanki i brudne talerze, bez stałej umowy w knajpie sprząta po panach i paniach frelancerkach zarabia grosze, a ona na spotkaniu rzuca kwotami bo „wyrobiła” książką, której nawet w mniejszych miastach nie ma, a taka niby sławna. Pisanie dla pisania, a a jak się okazuje nic to nie wnosi poza zapchaniemserwerów i podbijaniem stawek, bo zawód pisacza taki ważny się rozbił nie rolnik nie lekarz czy nauczyciel a pisacz co mu się wydaje, że świat zbawia. Do tego cała „obsługa sieci” seo, zbieranie lead bo może ktoś się na jakiś lp kredytu wpisze, trzeba się pospamować na forach, tysiąc stron na jedno kopyto ustawić. Pytanie do pani i pani kolegów i koleżanek ile dają zarobić swoim pracownikom, na jednym z blogów jeszcze nie dawno było ogłoszenie „o pracę”. Moim zdaniem nie o pracę a na wolontariat. I to nie, że młody chce pracować i łudzi się, że będzie lepiej i kiedyś będzie więcej zarabiał, dostanie podwyżkę, uhhm, podwyżkę chyba obowiązków! Ciągłe narzekanie szefa, że nie jesteśmy na tym etapie by dawać podwyżki. Tylko to jest tak, że pracujesz za doświadczenia albo za grosze i doświadczenie albo spadaj, taka jest większość ofert, nie masz wyboru, albo praca jaką „Ja” pan i władca ci daję to albo masz puste cv. I tak młodzi szukają nic na stałe. Niestety, po takie pracy rzadko potem dostaje się intratne inne miejsca trzeba no to czasu i wielu lat, a i tak wygra ten z poparciem i znajomościami.

    • Dominiku, jacy wszyscy, jakie gwiazdy Hollywood? Jak pisałam, blog nie jest moim głównym źródłem utrzymania, mam normalną pracę na etacie. Traktuję go bardziej hobbystycznie, zarobki z niego mam, owszem, ale to raczej miły dodatek niż rzeka dolarów. A ostatnio i nawet na niego nie mam czasu, bo tak mnie pochłania życie w „realu”. Tak samo przy blogu nikt nie pracuje prócz mnie. „Gwiazdy” w blogosferze są, ale to tylko, hmm, kilka procent społeczności?

      Z wpisem Magdy o podwyżkach pensji dla posłów akurat się nie zgadzam, poza tym to raczej temat na odrębną dyskusję 😉

      „Pisacz”, jak to pogardliwie określasz, też się napracuje, by wydać książkę. Ja swoją książkę pisałam po godzinach mojej normalnej etatowej roboty, czyli po godz. 18, do późnych godzin nocnych, nie tylko w dni robocze, ale i w weekendy i święta, bo termin i umowa z wydawnictwem goniła. Tak samo było przy drugiej książce. Obie wydane w oparciu o umowę o dzieło, gdzie wynagrodzenie było z góry określone, nie czerpię % zysków od każdego sprzedanego egzemplarza. To tak a propos rzucania na spotkaniach kwotami, jak sprzedaje się książka i jaka z tego jest wielka kasa (swoją drogą, nie wiem za bardzo, o jakim spotkaniu piszesz, bo na żadnym jeszcze nie występowałam w roli prelegenta i raczej szybko się to nie zmieni).

      Tak więc, wybacz, ale akurat w moim przypadku uważam, że skoro zarabiam więcej od „etatowca zmywającego szklanki w restauracji”, to po prostu dlatego właśnie, że sobie na to zapracowałam i zasłużyłam. Sam tytuł magistra niczego dziś nie gwarantuje. Nadal też podtrzymuję, że piszesz w zbyt zgorzkniałym tonie 😉 naprawdę, nie potrzeba wcale we wszystkim „poparcia i znajomości”, by coś w życiu osiągnąć. Czasem po prostu trzeba się przełamać i spróbować kilku rzeczy, sprawdzić się w różnych zawodach.

      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz