Awans - oczko wyżej

Oczko wyżej. Młode pokolenie Polaków na rynku pracy

Czytam sobie ostatni wpis Mistrza i się uśmiecham – jakby wyjął mi z głowy garść moich przemyśleń i je u siebie zamieścił. Trudno nie zgodzić się z faktem, że w Polsce postawa roszczeniowa zbiera swe żniwo. Z jednej strony uwiera problem rosnącego prekariatu, z drugiej znowu bolączka znikomej przedsiębiorczości wśród młodych ludzi, którym teoretycznie mentalność wcześniejszych pokoleń przecież powinna być raczej obca. Rząd powinien tworzyć miejsca pracy – brednie – pobudka, nie ten ustrój! Rząd może co najwyżej tworzyć dobre przepisy i procedury pod rozwój działalności i inwestycje (=ułatwiać start nowym przedsiębiorcom, odpowiednio ich stymulować do działania – co nie ma nic wspólnego z dawaniem na tacy gotowych rozwiązań), sam jednak miejsc pracy jako takich nie otworzy – chyba, że chodzi o zwiększenie zatrudnienia w administracji państwowej, ZUSach  i innych wrzodach… Chyba nikt by nie chciał.

Wśród moich znajomych wyraźnie kreślą się dwie grupy – pierwsza, do której należą osoby, które odważyły się zostać „własnymi szefami” i prowadzą działalność gospodarczą (i często jednocześnie pracują na etat) oraz druga – którzy pracy nie mają, mają bardzo nisko opłacaną lub pracują na podstawie „umowy śmieciowej”. Ba, sama na śmieciówkach przez pewien czas jechałam (co się dumnie zwało „przedłużeniem stażu” 😉 ). Z doświadczenia wiem, jak frustrujące potrafi być poszukiwanie pracy dla kogoś z umiejętnościami, chęcią – no i wykształceniem (a uchowaj, jeśli nadal się kształcisz! Dziękują na starcie). Jednak kompletnie nie rozumiem postawy osób, które mają źle, narzekają, że mają źle i nie robią przy tym nic, by swą sytuację zmienić – lub prowadzą „działania pozorowane” w postaci 3 CV wysłanych na przestrzeni kilku(nastu) miesięcy – taka nieco wypaczona postawa asekurancka, o której pisała jakiś czas temu Gazeta Prawna.

Grupa „samodzielnych i zaradnych” też narzeka – bo kto nie narzeka? – jednak są to, jak się przekonałam, narzekania innego kalibru. Nie jest to złorzeczenie na partacką ekipę rządzącą (bo to w 99% ich wina, że na te 3 CV nikt nie odpisał 😉 ), na konieczność ciągnących się kolejny tydzień nadgodzin, za które nie dostaną pieniędzy (swoją drogą – skoro Tobą poniewierają i na to bez słowa sprzeciwu pozwalasz, to się nie dziw, że wykorzystują i nie płacą) itp. Problemem dla nich jest zbliżający się termin egzaminu z dziedziny XYZ, bo przez taki a taki okres w roku na niego uczęszczali, by podnieść swoje kompetencje – a tutaj przecież gonią kolejne zlecenia, doba za krótka. Albo dokładnie planują swoje nowe przedsięwzięcie, które ma wielkie szanse stać się dochodowym, dogrywają więc warunki umów i rozglądają się za pewnym źródłem dofinansowania, spluwając przez ramię, że wyjdzie drogo. Albo wzdychają, że konkurencja duża, po czym siadają przy biurku i szukają nowych rozwiązań na zwiększenie swojej konkurencyjności…

Skąd ta różnica? Po części wina leży w braku wiedzy finansowej, na co już wcześniej zwróciłam uwagę. A po drugie, o czym pisał Mistrz – świadomość (lub jej brak),  że nie będą powstawać nowe miejsca pracy, skoro nie ma chętnych na otwarcie własnego (mikro)biznesu, w którym inni – mniej przedsiębiorczy, mniej o osobowościach przywódczych – mogliby dla siebie jakiś etat znaleźć. Świadomość, że nikt tak dobrze nie zadba o nasz własny interes, jak my sami. Bo państwo na pewno nie zadba.

Powoli kiełkuje we mnie chęć otworzenia „czegoś swojego”. W tej chwili nie czuję się jednak dostatecznie pewna (i z dostatecznie odpowiednim zapleczem wiedzy), by się na HURRA! rzucać po własny numer REGON. Najpierw wiedza – więc wciąż się „doszkalam” w czasie wolnym – a potem rzecz jeszcze ważniejsza – pomysł i odpowiednie zaplanowanie jego realizacji. Co nagle, to po diable – trafiła mi się mało przyjemna okazja prześledzenia trafności tego porzekadła na przykładzie mojej przyjaciółki: kredyt na otwarcie szkoły językowej, bez biznesplanu, pospieszne wynajęcie i remont lokalu (wyburzanie ścianki przez wynajętą ekipę, zakup farb i innych materiałów, wyposażenie salek w tablice, meble, podstawowe przybory), nieprzemyślana promocja (a właściwie jej brak PRZED otwarciem szkoły), brak klientów, opłacenie 2 miesięcy najmu w kosmicznej kwocie (ktoś czegoś nie doczytał w podpisanej umowie…), odstąpienie od umowy, odsprzedanie mebli, spłacanie kredytu. Koniec historii.

Niby na własnych błędach człowiek się uczy najlepiej, jednak ja wolałabym takich błędów uniknąć – i uczyć się od kogoś z doświadczeniem 🙂

Tak więc, póki co, dalej etat – ale oczko wyżej. Od czerwca awans na kierownika 🙂 Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że ktoś docenił moją pracę. Kolejny krok w karierze zawodowej postawiony.

Jedno przemyślenie nt. „Oczko wyżej. Młode pokolenie Polaków na rynku pracy

Dodaj komentarz