Podsumowanie 2016

Podsumowanie 2016 roku i plany, plany, plany…

Początek nowego roku powinnam była zacząć standardowo podsumowaniem roku ubiegłego, ale notka o smogu wyszła przed swoją kolejność. Stąd z poślizgiem, ale jednak, pojawia się post, w którym rozprawiam się z minionym rokiem. I który obiecałam już od dłuższego czasu, bo tłumaczy po części słabą częstotliwość pojawiania się u mnie nowych notek w 2016r. Co tu dużo kryć, rok ten był dla mnie wymagający, by nie napisać, że wręcz ciężki. Zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym działo się u mnie wiele. Od razu uprzedzam, że z tego powodu ten wpis jest najdłuższym, jaki kiedykolwiek się u mnie ukazał, pisałam go od kilku tygodni. Dlatego przed rozpoczęciem czytania zachęcam do zaopatrzenia się w kawę lub herbatę i coś na ząb 😉

Mieliśmy mocny i przyjemny start w 2016 rok. Spędziliśmy fajne, aktywne ferie na nartach w Czechach. Właśnie tam, na początku marca, zaręczyliśmy się. Z Markiem jesteśmy parą od 2011 roku, w końcu dojrzeliśmy do tej decyzji.

Po wielomiesięcznych poszukiwaniach, w końcu znaleźliśmy też odpowiadające naszym wymaganiom mieszkanie. W ostatni weekend października 2016 zamieszkaliśmy na swoim! O tym, jakie były nasze kryteria wyboru, rozkład mieszkania itp. pisałam. m. in. tutaj.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z okolicy. W zasadzie, gdyby nie to, że trzeba jechać do pracy, do centrum – to mogłoby ono dla nas równie dobrze nie istnieć, ponieważ dzielnica jest samowystarczalna. Mieszkamy w pobliżu odrestaurowanego, kameralnego ryneczku Psiego Pola. Odświeżono go w 2013 roku i jest naprawdę urokliwym miejscem. Możecie porównać jego obecny wygląd do stanu sprzed remontu m.in. na stronie dolny-slask.org.pl

W rynku prócz wszelkiej maści punktów usługowych i sklepików (w ciągu 5-10 minut od wyjścia z domu można trafić do: biblioteki, kwiaciarni, sklepu AGD, papierniczego, 2 aptek, fryzjera, filii kilku banków i ich bankomatów, pasmanterii, drogerii, kilku kosmetyczek, poczty, fotografa, szewca, krawcowej, kilku sklepów odzieżowych, głównie z odzieżą polską; sklepów obuwniczych, spożywczych, rybnych i mięsnych, w tym z lokalną garmażerką, warzywniaka, dwóch różnych piekarni i cukierni) jest bardzo dużo punktów gastronomicznych: restauracja Tu i Tam, Czaku, Kamienica, Mati i Przyjaciele; bar Na Schodkach, kawiarnia Słodki Adres, Sushi Kushi, lada dzień otwarty zostanie drugi punkt z sushi – Maiko Sushi.

W promieniu kilku kilometrów mamy jeszcze restaurację Od Kuchni, Ha-Noi, Telepizzę, FatBoy Sushi, Pierogarnię, a nawet KFC. Rzut beretem mamy też do Lidla i Netto, nieco dalej jest Tesco, z którego zamawiam zakupy online. W pobliżu znajduje się ponadto kilka paczkomatów, obiektów sportowych, placów zabaw, niewielki park, 4 kluby fitness oraz basen, a także 2 przychodnie, przedszkola, żłobki i szkoły. W dodatku ok. 15 minut samochodem dzieli nas do Centrum Handlowego Korona, gdzie jest wszystko, czego człowiekowi potrzeba – z kinem włącznie.

A jak z dojazdem do pracy? O tym przeczytacie w osobnym wpisie.

Wracając do meritum – cały ten proces z poszukiwaniem i zakupem mieszkania niesamowicie nas zmęczył. Czytanie umów, konsultacje prawnicze, poszukiwania specjalistów… Te i inne działania były bardzo czasochłonne. Cieszę się, że z narzeczonym mamy zbliżony gust, więc przy wyborze elementów wykończenia, materiałów i mebli nie było między nami żadnych starć.

Nie wszystko jednak z kupnem mieszkania poszło po naszej myśli. Ale po kolei.

Pierwszy zgrzyt pojawił się przy wyborze firmy, która miała nam mieszkanie wykończyć. Najpierw szukałam poleceń wśród znajomych z pracy – dostałam kontakt, który jednak był dla nas zbyt drogi (ok. 40 tys. zł za robociznę w mieszkaniu o powierzchni ok. 60 mkw, czyli mniejszym od naszego). Więc nawet nie pytałam się o wycenę dla nas 😉 Namiar do kolejnej firmy dostałam od znajomego, u którego robiona była łazienka. Zadzwoniłam do nich, przesłałam plan mieszkania, umówiliśmy się na wizytę-oględziny, na podstawie której przygotowali nam wycenę, a następnie podpisaliśmy umowę.

Działo się to tuż przed naszym urlopem, zależało więc nam, by ekipa mogła wkroczyć do mieszkania w pierwszej połowie sierpnia. Tym bardziej, że już mieliśmy upatrzone materiały: kafelki, panele, farby itp. I tu się pojawił pierwszy znak zapytania, ponieważ pomimo deklaracji, że ekipa wkroczy po 1 sierpnia, usłyszeliśmy, że wejdą w czasie do 3 miesięcy od podpisania umowy.

Podzieliliśmy się swoimi wątpliwościami z rodzicami Marka, a ci słusznie zauważyli, że cena za wykończenie mogłaby zostać znacznie obniżona, gdybyśmy zrezygnowali z położenia gładzi. Mieszkanie jest nowe, blok ciągle „pracuje”, więc w ciągu kilku najbliższych lat na pewno pojawią się na ścianach pęknięcia, których i tak gładź nie ukryje. Położenie gładzi ma sens za 5-7 lat, gdy będziemy mieszkanie odświeżać. Trudno się nie zgodzić, tym bardziej, że dostaliśmy mieszkanie od dewelopera w dobrym standardzie, z równymi ścianami, na których została położona już warstwa białej farby.

Nie dawało mi też spokoju, że przedstawiona wycena była bardzo ogólna. Nie było w niej wyszczególnienia, która czynność ile będzie kosztować – jedynie lista rzeczy do zrobienia i na końcu podana cena: 27 tys. zł. Pierwsza wymieniona firma miała przynajmniej wszystko rozpisane w excelu.

Skontaktowałam się więc z właścicielem i poprosiłam o przesłanie szczegółowej wyceny do umowy oraz o aneks, w którym rezygnujemy z położenia gładzi. Umowa umożliwiała zmianę zakresu prac, a jednak w praktyce okazało się, że według właściciela firmy zmiany mogły być chyba tylko na jego korzyść.

Usłyszałam, że nie trzeba tego aneksować, bo rezygnacja z gładzi i tak nic nie zmieni w cenie końcowej. Mocno się zdziwiłam, gdyż kładzenie gładzi to jedna z droższych czynności przy wykończeniu mieszkania! Właściciel firmy stwierdził, że i tak, gdy będą jakieś nierówności, to oni gładź położą. Na co odparłam, że ok, ale przecież nie będą jej kłaść po wszystkich powierzchniach w całości.

Odmówił mi także przesłania szczegółowej rozpiski cen za robociznę. Na pytanie dlaczego, odparł, że taką mają politykę firmy. Nie liczą tego za roboczogodzinę ani od metra kwadratowego, mają inny algorytm, więc nie ma co porównywać ich ceny do wyliczonej w kalkulatorach budowlanych online.

Czara goryczy została przelana, gdy usłyszeliśmy, że obiecywany nam darmowy transport materiałów ze sklepów i ich wniesienie będzie gratis tylko wtedy, gdy wystawimy faktury z zakupu materiałów na jakiegoś znajomego właściciela firmy wykończeniowej, który prowadzi własną firmę. Oczywiście na stronie internetowej czy w umowie nie było o tym ani słowa. Pachniało jakimś przekrętem podatkowym i utratą gwarancji za materiały.

Stwierdziliśmy, że nie chcemy pakować się w tę kabałę. Szczerze mówiąc, byliśmy też na siebie wściekli, że od razu nie poprosiliśmy o szczegółowy cennik, do umowy załączona była tylko wspomniana ogólna wycena. Działaliśmy pod presją czasu i omal nie przypłaciliśmy tego jakąś aferą. Gość stwierdził, że podpisaliśmy umowę, jest ona wiążąca i mamy cierpliwie czekać, aż jego firma wkroczy nam do mieszkanie.

Na szczęście, przepisy prawne przyszły nam z pomocą. Zgodnie z nimi, umowy podpisane przez osobę fizyczną poza siedzibą przedsiębiorstwa obowiązują takie same reguły reklamacyjne, jak w przypadku zakupów dokonywanych na odległość, przez internet. Czyli w takim przypadku od momentu podpisania umowy przysługuje 14 dni na odstąpienie od niej bez żadnych konsekwencji finansowych i nawet bez wymogu podawania przyczyny. A tak się składa, że umowę podpisaliśmy w naszym mieszkaniu, a nie w biurze firmy wykończeniowej.

Decyzję o odstąpieniu przesłaliśmy pocztą (listem poleconym), mailem, a także poinformowaliśmy o niej w rozmowie telefonicznej, na jeden dzień przed upływem tego terminu. Facet był wściekły i groził nam sądem, że tego tak nie zostawi. Nie daliśmy się zastraszyć. Wiedzieliśmy, że prawo jest po naszej stronie i pójście z tym do sądu to dla niego tylko strata czasu i dodatkowych pieniędzy. Rozeszło się więc po kościach.

Uzyskaliśmy kontakt do jeszcze innej ekipy remontowej od naszej sąsiadki. Z powodu zamieszania z firmą wykończeniową, mieliśmy ponad miesięczną obsuwę z przygotowaniem mieszkania do przeprowadzki. Ekipa spoza Wrocławia zrobiła nam mieszkanie za 15 tys. zł i wkroczyła na mieszkanie niedługo po naszym powrocie z urlopu. Z całością uwinęli się w niecały miesiąc, nocowali u nas, by praca szła szybciej i aby nie tracić czasu na dojazdy.

Kolejne potknięcie zaliczyliśmy w trakcie robienia zakupów materiałów. Przygotowałam wielki plik excela, w którym rozpisałam, gdzie ile mkw płytek którego rodzaju potrzebujemy, ile litrów farby, ile opakowań z panelami oraz ile to wszystko będzie nas kosztować. W dniu, gdy pojechaliśmy zamówić towar – tuż przed naszym wyjazdem na urlop (o nim nieco niżej), okazało się, że nie mam jak wydrukować tego arkusza. Złośliwość rzeczy martwych! Spisałam więc dane z komputera na kartkę. Jak nietrudno się domyślić –  w pośpiechu pomyliłam się przy spisywaniu nazw i liczby opakowań.

Jako że dostawa ze sklepu wraz z usługą wniesienia miała odbyć się w czasie, gdy byliśmy na urlopie, przekazaliśmy klucze do mieszkania rodzicom Marka, by odebrali transport. Gdy akurat minęliśmy granicę polsko-niemiecką, otrzymaliśmy telefon z pytaniem, czy czegoś źle nie zamówiliśmy, bo liczba opakowań 2 rodzajów kafli jest odmienna od tego, co było w arkuszu kalkulacyjnym. Terakoty na podłogę do kuchni przyszło kilkanaście opakowań więcej niż opakowań z materiałami na podłogę w toalecie i łazience – kafli do tych pomieszczeń było oczywiście za mało.

Cóż, pech! Po powrocie z urlopu mieliśmy więc dodatkowe bieganie i wożenie po 2 sklepach Obi nadmiaru kafli i prób ściągnięcia brakujących płytek do kuchni. Tak, by były z tej samej partii, o tym samym odcieniu i wielkości (różnice w wymiarach między partiami mogą być nawet kilkumilimetrowe, niestety; tak samo odcień może być o kilka tonów ciemniejszy lub jaśniejszy). Ostatecznie wszystko się udało skompletować, ale ile było z tym stresu! Opakowań było za mało, by opłacało się nam ponownie zamówić transport z wniesieniem, więc przewoziliśmy i nosiliśmy wszystko we dwoje. „Darmowa” siłownia.

A to i tak nie koniec przygód… Pewnego dnia, gdy wracaliśmy z zakupów z Castoramy, zaliczyliśmy stłuczkę. Na skrzyżowaniu samochód wjechał nam „w rufę” i to tak skutecznie, że uszkodził bagażnik. Kierowca-sprawca o aparycji gangstera (czarna skóra, dziary – później się okazało, że jest… Lekarzem!) twierdził, że nie posiada przy sobie dokumentów, w tym potwierdzenia zawarcia ubezpieczenia OC oraz dowodu osobistego i prawa jazdy. Chciał wszystko załatwić na zasadzie „jakoś się dogadamy, gdy przyjadę do domu i odszukam dokumenty”. Nie poszliśmy na to, rozdygotana zaczęłam dzwonić na policję – i wtedy nagle dokumenty się znalazły.

Cała historia, mimo że wypadek sam w sobie to sprawa pechowa, okazała się dla nas szczęśliwa – ubezpieczalnia ostatecznie wypłaciła ok. 10 tys. zł na naprawę auta i za auto zastępcze, które miało o wiele pojemniejszy bagażnik od naszego samochodu! W sam raz przydało się na czas naszych zakupów rzeczy do mieszkania. W sumie mieliśmy je do dyspozycji przez niemal 2 miesiące.

Wiedząc, że ubezpieczyciel sprawcy należy do jednych z najtańszych na rynku i będąc świadomymi problemów związanych z wyegzekwowaniem należnego odszkodowania w takich przypadkach, zdecydowaliśmy się naprawić auto w formie bezgotówkowej i przekazaliśmy całą sprawę zaufanemu warsztatowi. Dzięki temu nie musieliśmy użerać się z ubezpieczycielem (a, jak się okazało, sprawiał mnóstwo problemów). Najważniejsze jednak było to, że w czasie zawieruchy związanej z wykończeniem mieszkania nie musieliśmy dodatkowo przejmować się (i denerwować) kwestią samochodu. Polecam taką właśnie formę uregulowania spraw związanych z wypadkiem.

Nieco sparzyliśmy się także na firmie transportowej, która miała nam przewieźć część umeblowania z mojego rodzinnego Głogowa. Za pierwszy transport (100 km w tę i z powrotem) wraz z wniesieniem i montażem zapłaciliśmy 500 zł. Przy drugim transporcie nie było z ekipą właściciela firmy przeprowadzkowej i jeden z jego pracowników naciągnął nas na dodatkowe pieniądze, ponad 100 zł. Na szczęście sprawa się wyjaśniła i pracownik poniósł tego konsekwencje. No ale niesmak pozostał.

I w końcu, historia najbardziej wyczerpująca psychicznie jeśli chodzi o przygotowanie mieszkania, najbardziej wkurzająca i na myśl o której robi mi się po prostu słabo – kuchnia. Posiadamy kuchnię o powierzchni niecałych 7 mkw i chcieliśmy tą przestrzeń maksymalnie zagospodarować. Ściągnęliśmy sobie darmowy program SweetHome 3D, by przygotować własny, poglądowy projekt.

Przejrzeliśmy różne oferty  – najpierw w sklepach Gawin, Agata Meble i Leroy Merlin. Nie robią w nich mebli na wymiar, mają kuchnie modułowe, do złożenia z tych komponentów, które posiadają w katalogu na dany rok. Cena przy tym nie była jednak jakoś szczególnie niska – w Agacie wyszło niecałe 9 tys. zł, w Gawinie aż 13 tys. zł, a w Leroy Merlin – prawie 7,5 tys zł. Wszystkie te ceny nie uwzględniały transportu i montażu. Niestety w przypadku tego rodzaju mebli bardzo dużo przestrzeni mielibyśmy niewykorzystanej – w wielu miejscach trzeba by było powstawiać kilku-, a nawet kilkunastocentymetrowe zaślepki. Nie chcieliśmy tracić na blendy miejsca, którego i tak nie było zbyt dużo. Zaczęliśmy się więc rozglądać za kuchniami robionymi na wymiar.

Dostaliśmy kontakt do firmy meblarskiej od kuzynki Marka, wykonanie jej kuchni spodobało się nam. Niestety firma ta totalnie nas olała. Nie odpisywali na maile, a po iluś próbach dodzwonienia się do ich siedziby, odebrała sekretarka z informacją, że akurat sami mają teraz remont biura i że oddzwoni w przyszłym tygodniu, jak się ogarną. Albo żebym sama oddzwoniła, bo mogą zapomnieć. Na kolejnego maila też nigdy nie odpisali.

Szukaliśmy więc dalej. Od tej samej sąsiadki, od której dostaliśmy namiar na panów, którzy wykończali nam mieszkanie, dostaliśmy polecenie do studia mebli kuchennych przy ul. Jedności Narodowej. Pojechaliśmy tam z naszym projektem i okazało się, że w zależności od tego, czy chcielibyśmy szafki i szuflady z cichym domykiem i z wysuwanym systemem do szafki narożnej czy też bez tych elementów, zapłacilibyśmy od 11 do 13 tys. zł.

Byliśmy trochę zawiedzeni. Nasz projekt wcale nie był jakoś mocno „zabudowany”. Chcieliśmy urządzić kuchnię w formie litery L, co wymagało wyrzucenia spod okna kaloryfera, by wstawić tam stojące szafki (a więc dodatkowo musielibyśmy uzyskać na taką operację zgodę od zarządcy). Po prawej stronie miały znajdować się szafki stojące i wiszące, dwa rzędy, w sumie sięgające po sufit. Po drugiej stronie kuchni wymyśliliśmy wstawienie wąskiego stolika z półką, przy którym mogłyby usiąść 2 osoby. Przy wejściu do kuchni miała znaleźć się wolnostojąca lodówka. Z prawej strony nieco przestrzeni zabierał pion wentylacyjny, który miałam zamiar wykorzystać na tablicę korkową i wieszak na fartuch i ręcznik. Poniżej schemat naszego pomysłu.

Pierwszy projekt kuchni
Nasz pierwotny pomysł na urządzenie kuchni w kształcie litery L. Nad stolikiem po lewej miała być jeszcze wysoko zawieszona półka, do której przymocowana miała być lampka oświetlająca blat.

Kolejną barierą okazały się terminy. Planowaną przeprowadzkę do nowego mieszkania mieliśmy ustaloną na ostatni weekend października, a tymczasem polecona firma mogła zacząć działać dopiero po listopadzie. Co oznacza, że przez ponad miesiąc musielibyśmy funkcjonować bez kuchni. Czas uciekał, mieliśmy za sobą już starcie z firmą wykończeniową, a nie mieliśmy jeszcze dogadanej firmy, która nam zrobi kuchnię na wymiar!

W drodze do pracy zawsze mijałam na Gaju pewien sklep sławiący się w nazwie tym, że robią stylowe kuchnie na zamówienie. Z ciekawości do nich zaszłam. Omówiłam z panią tam obsługującą klientów nasz projekt, wskazała, że jeśli zależy nam na uzyskaniu wielu skrytek i miejsc do przechowywania, to możemy urządzić kuchnię inaczej. Obiecała, że przygotuje swój alternatywny projekt. Kilka dni później był już gotowy – przeanalizowaliśmy go z Markiem i stwierdziliśmy, że podoba się nam.

Mebli było znacznie więcej, a wcale nie musieliśmy zrezygnować z blatu, przy którym można było usiąść we dwoje. Projekt zakładał, że kaloryfer zostaje na swoim miejscu – nie tracilibyśmy czasu na pisma do zarządcy i czekanie na zgodę na usunięcie ogrzewania (a przecież nasza prośba wcale nie musiała zostać rozpatrzona pozytywnie). Kuchnia mogła być wykonana między 24 a 28 października i kosztować 14 tys. zł – z opcjami cichego domyku we wszystkich szafkach i szufladach, wysuwanym koszem na śmieci i narożnymi, wysuwanymi półkami w lewej szafce, tzw. nerkami.

Drugi projekt kuchni
Nowy projekt kuchni zakładał pełną zabudowę, więcej szafek, w tym półkę na mikrofalę, chlebak i inne przenośne sprzęty po lewej stronie. U góry wisieć miały przeszklone szafki – obecnie trzymam w nich słoiki i książki kucharskie.

Zdecydowaliśmy się skorzystać z usług tej firmy – podpisaliśmy umowę na początku września. I, niestety, był to początek koszmaru, bo okazało się, że o ile dzięki propozycji projektantki zyskaliśmy na funkcjonalności kuchni wiele, o tyle jakość wykonania, kultura komunikacji i terminowość tej firmy pozostawiała wiele do życzenia.

Tak na dobrą sprawę, to kuchnia nadal nie jest skończona. A minęło już ponad 3,5 miesiąca od umówionego terminu! Mamy problemy z działaniem wspomnianej nerki, czekamy też na dostarczenie 3 półek, które zostały źle zwymiarowane. Oficjalnie właściciel firmy zwinął interes i wyjechał do Niemiec, co jednak nie jest prawdą – w CEIDG nadal ta firma figuruje jako aktywna. W każdym razie, całość stara się dokończyć za niego pracownik tej firmy, który ma więcej oleju w głowie niż jej właściciel. Właściciel nie odbiera korespondencji, więc pewnie nie odczytał jeszcze mojego przedsądowego wezwania do dokończenia „dzieła”.

Składanie tej kuchni to była mordęga. Co chwilę coś było robione nie tak i żądaliśmy wymiany elementów, np. uszczerbionych frontów czy rozwalonych laminatów, w które na siłę wkręcano śrubki. Raz nawet przywieziono nam półkę skandalicznie uwaloną błotem. Zgłosiliśmy też, że zabudowana lodówka powinna posiadać w cokole kratkę wentylacyjną, bo pierwotnie nawet jej nie wstawiono i lodówka zwyczajnie by się nam przegrzewała. Ostatnio dopiero zorientowaliśmy się, że okap zamontowano w szafce bez ściągnięcia z niego folii zabezpieczającej.

Stłuczono też szyby do szafki, przebito się nam do salonu, gdzie odpadł tynk, a także w wyniku upadku pracownika z drabiny uszkodzono ościeżnicę do drzwi kuchennych. Ościeżnica jest odkupiona, czekamy na jej dostawę (sprawdziliśmy w sklepie, czy jest na nas takie zamówienie), chociaż też musieliśmy się namęczyć, by w końcu ją zamówiono – właściciel firmy „kuchennej” się od tego wymigał.

Poniżej kilka przykładów radosnej twórczości tejże firmy (wskazane elementy są już naprawione/wymienione).

No i umawianie się na wizyty, by dokończyć prace… W życiu nie spotkałam się pod tym względem z tak niesolidną firmą. Tysiące wymówek, czemu nie mogą przyjechać, nieodbieranie telefonów, nieodpisywanie na maile czy SMSy. Kilka sobót w ten sposób zmarnowałam, bo czekałam na ekipę, która nie przyjechała. Dramat.

Zyskaliśmy więc praktyczny układ kuchni, ale moim zdaniem nie rekompensuje to ani szarpania się z firmą, by wykonała kuchnię porządnie, ani długiego czasu oczekiwania na zamknięcie tematu. To nie było warte tej kasy, niestety.

I po raz kolejny byłam na siebie zła. Gdy robiliśmy zakupy mebli w Agacie czy salonie Kler, wpłacało się zaliczkę, a reszta musiała być uregulowana w dniu przywiezienia mebli. Przelewy robiłam internetowe, tak było też w przypadku firmy od kuchni. Gdybym wiedziała, że sprawy się tak potoczą, to w życiu nie zrobiłabym im przelewu tego dnia, gdy przyjechali z elementami do montażu.

Uczcie się więc na moim błędzie – firmom robiącym meble na wymiar płaćcie całość dopiero, gdy skończą WSZYSTKIE prace – i najlepiej przelewem, żebyście mieli dowód zapłaty. Żądajcie też wystawienia faktur od razu po uiszczeniu należnej kwoty.

W opisywaną firmę wdepnęły jeszcze 4 inne osoby z mojego osiedla. Mam o tyle dobrze, że posiadam wystawioną fakturę, dokumentację zdjęciową i video, korespondencję, print screeny rozmów na FB (tak, mieli nawet swój fanpage, z którego usuwali wszelkie negatywne komentarze). Trzymam to na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że sprawa faktycznie będzie musiała znaleźć finał w sądzie. Jedna sąsiadka do dzisiaj nie otrzymała faktur, bo postanowiła, że zapłaci im tylko za materiały, a nie za robociznę. Przypuszczam (nie wiem tego, nie pytałam), że płaciła im gotówką, dlatego faktur już się nie doczekała – nie było dowodu, że faktycznie zapłaciła.

Ufff, tyle z przebojów mieszkaniowych. Na szczęście inne aspekty urządzania go przebiegły pomyślnie. Od znajomej mojej mamy udało się nam odkupić za śmieszne pieniądze meble w bardzo dobrym stanie do 2 pokojów z Black Red White, wersalkę, wielką szafę do przedpkooju oraz 2 witryny, stolik RTV, lustro i komodę do salonu z serii Opus marki Klose.

Później kupiliśmy do salonu stół i 6 krzeseł też marki Klose, by trzymać się stylu i kolorystyki oraz komplet wypoczynkowy z Bydgoskich Mebli; ławę kawową, zegary, hockery do kuchni, meble łazienkowe, dywany, lampy itp. akcesoria kupowaliśmy już w różnych sklepach – Obi, Castorama, Leroy Merlin, Ikea. Do sypialni część mebli wykonaliśmy na wymiar; w grudniu dostałam namiar do kolejnej firmy, która robi meble na zamówienie, a jest spoza Wrocławia, więc wyszło taniej. Szkoda, że wcześniej nie miałam do nich kontaktu, zamówiłabym u nich zrobienie kuchni.

Jeszcze wszystkiego nie podliczyłam (w marcu chcemy kupić jeszcze ostatnie potrzebne nam meble), ale koszty poniesione przez nas w 2016 roku na zakup mieszkania o powierzchni 80 mkw i 2 miejsc postojowych w garażu podziemnym, zakup materiałów do wykończenia mieszkania i wyposażenie go w potrzebne sprzęty RTV/AGD, meble i masę innej drobnicy, o której istnieniu człowiek zdaje sobie sprawę dopiero, gdy zaczyna urządzać swoje gniazdko (np. zasłony, firanki, pościele, poduszki, ręczniki, rośliny, brakujące naczynia i garnki), a także na robociznę ekipy wykończeniowej skutecznie wyczyściły nam nasze oszczędności, aczkolwiek środków gromadzonych na emeryturę zgodnie z planem nie tknęłam. Wyszło ponad pół miliona złotych! Dzięki temu, że sporo sfinansowaliśmy sami oraz z pomocą wsparcia udzielonego przez rodziców, nie zaciągnęliśmy dużego kredytu (i był tylko na zakup mieszkania, bez części wykończeniowej) – wzięliśmy go na 10 lat, ale mamy zamiar spłacić go wcześniej.

Jak nietrudno się domyślić, ciągiem dalszym układania sobie wspólnego życia będzie ślub. I jest to kolejny znaczny wydatek na najbliższe miesiące, gdyż całą ceremonię wraz z weselem planujemy na wrzesień tego roku. Aktualnie jesteśmy na etapie podjęcia decyzji, gdzie zorganizować imprezę weselną. Już w zeszłym roku zapoznaliśmy się z kilkoma potencjalnymi lokalizacjami, które jednak, po przybyciu na miejsce, z różnych powodów nam nie odpowiadały. Obecnie rozważamy dwa miejsca i prawdopodobnie w ciągu kilku najbliższych dni ostatecznie wybierzemy jedno z nich.

Na pewno z tej okazji pojawią się na blogu wpisy poświęcone tematyce szykowania ślubu i wesela, które już kiedyś obiecałam. Nie chcemy zaciągać żadnych pożyczek na ślub, co biorąc pod uwagę skalę naszych dotychczasowych wydatków na mieszkanie oraz postanowienie odbudowy oszczędności, jest nie lada wyzwaniem. Tak więc akcja o kryptonimie „niedrogo a elegancko” oficjalnie wystartowała;-)

2016 był eksploatujący dla mnie również pod kątem aktywności fizycznej. W sierpniu zaliczyłam największą przygodę życia – wycieczkę rowerową z Wrocławia do Świnoujścia! W sumie 700 km przejechanych w ciągu 11 dni, wliczając 4 dni wolne od jazdy. Pogoda trafiła się nam jak na zamówienie – nie było upałów, ale i nie było ulewnie – w zasadzie zdarzyły się tylko 2 pochmurne, deszczowe dni. Pozostałe były słoneczne, a temperatura oscylowała w granicach 22-26 st. C.

Szczecin
Szczecin… Mniej więcej taka właśnie pogoda towarzyszyła nam przez 11 dni podróży.
Rowery w pociągu IC
A tutaj już droga powrotna, pociągiem IC ze Świnoujścia do Wrocławia… Rowery odpoczywają od jazdy i bagaży 😉

Najdłuższy dystans przejechaliśmy na odcinku Szczecin-Świnoujście – aż 147 km jednego dnia. Każde z nas jechało z własnym bagażem. Moje sakwy Crosso zdały egzamin 😉

Do wyprawy nie przygotowywaliśmy się jakoś specjalnie, ponieważ praktycznie codziennie jeździmy na rowerach. W zasadzie kilka razy, m.in. podczas majówki, zrobiliśmy sobie dłuższy wypad rowerowy, ale bez bagażu. Ze względów bezpieczeństwa, rower miejski zamieniłam na trekkingowy, tj. kupiłam damski model Voyager polskiej marki Unibike.

Wycieczka rowerowa Szczecin-winoujście
Niemal 147 km w jeden dzień… Tym samym ustanowiłam swój nowy życiowy rekord 😉 i to z pełnym ekwipunkiem!

Poza pierwszym nocnym postojem, który zagwarantowany mieliśmy w Głogowie u moich rodziców, noclegi rezerwowaliśmy na bieżąco w miarę pokonywania kolejnych odcinków. Ceny kształtowały się różnie, w zależności od miejscowości. Przenocowaliśmy w zajazdach i hotelach w:

W ceny noclegów wliczone były śniadania (za wyjątkiem Cedyni i Świnoujścia), więc musieliśmy sobie załatwić albo obiadokolacje (dni, kiedy mieliśmy postoje regeneracyjne), albo robiliśmy kanapki na drogę, a dodatkowo zaopatrywaliśmy się w banany, orzechy i batony białkowe.

Głównym kryterium wyboru miejsc postojowych była dla nas dostępność kwater oraz możliwość przechowania w bezpiecznym, krytym miejscu rowerów. W każdym z powyższych pensjonatów rowery albo trzymaliśmy w strzeżonych wiatach, albo w magazynach czy garażach. Mogliśmy więc spać spokojnie.

Poniżej znajdziecie mapę, na której Marek zaznaczył całą naszą trasę (uwaga, sporo „waży” – najlepiej otwierać w osobnym oknie na zoomie).

Mapa z trasa rowerową Wrocław - Świnoujście
Cała nasza trasa, niemal 700 km – kliknij, by przejść do większej wersji.

Tyle z życia prywatnego. A co słychać u mnie „zawodowo”?

Powyższe aktywności skutecznie odciągnęły mnie od blogowania i działalności w sieci. Posty pojawiały się na Kobiecych Finansach sporadycznie, podobnie na fanpage’u – głównie umieszczane na szybko ze smartfona ciekawostki. Odbiło się to na dochodach płynących z pisania, a raczej – ich braku. W zeszłym roku nie zarobiłam na blogu nic – odmawiałam na przychodzące propozycje, bo wiedziałam, że nie zepnę tego wszystkiego czasowo. Smutne, ale prawdziwe.

Plany związane z blogiem w zeszłym roku miałam rozległe, ale z uwagi na „zawieruchę mieszkaniową” zmuszona zostałam je przesunąć na rok obecny, m.in. akcję promującą wprowadzenie edukacji finansowej do szkół (o tym też niebawem Was poinformuję, zebrała się nas grupa i planujemy najbliższe działania). Po prostu przeceniłam swoje możliwości.

Nie wiem, czy w tym roku mi się uda – raczej nie, nauczona doświadczeniem nie chcę sobie za dużo brać na głowę – ale na pewno w najbliższych latach ukaże się mój kolejny poradnik. Tym razem mam zamiar spróbować sił w self-publishingu. Póki co, odkładam pomysł na później.

W pracy też miałam niezły młyn. Może pamiętacie, może nie – pod koniec 2015 roku porzuciłam pracę w korporacji na rzecz polskiej firmy z sektora IT, która aktualnie zatrudnia ok. 40 osób. Przeskok z jednej rzeczywistości – procedur i formalizmu – do drugiej – gdzie panowało więcej luźnego zarządzania – był dla mnie, ujmując eufemistycznie, trochę szokiem (o różnicach, plusach i minusach każdego z takich miejsc pracy, poczytacie w jednym z kolejnych wpisów).

Trafiłam do dużego projektu, do którego zaangażowana jest ponad połowa pracowników. Było mi naprawdę ciężko – klient wymagający, projekt skomplikowany, a ja sama nie jestem aż tak zorientowana w tematach technicznych, programistycznych. Czasami wydawało mi się, że wychodzę na głupka, gdy zadawałam pracownikom niektóre pytania 😉

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to, iż nie czułam się w pełni zorientowana w zagadnieniach technicznych (a więc, w moim mniemaniu – nie byłam dość kompetentna, by kierować takim projektem) rzutowało na moją pewność siebie i samoocenę. Dlatego w tym roku postanowiłam sama podszkolić się w kwestiach technicznych, w tym bardziej zagłębić się w programowanie. Nie wymagają ode mnie tego w pracy, ale się uparłam, że muszę – choćby po to, by poprawić sobie samopoczucie.

Ostatnio analizowałam swoje sukcesy i porażki w minionym roku i chyba największy zarzut mam do siebie o to, że nie protestowałam, gdy przydzielono mi do zarządzania grupą niemal dwudziestoosobową. Z tak dużym zespołem nie da się skutecznie zbudować większej zażyłości, wszystkim poświęcić tyle samo czasu i wszystkiego przypilnować, by nikt nie czuł się ignorowany.

Do tego przez niemal pół roku kierowałam też kwestiami zatrudniania nowych pracowników i pozyskiwania kontraktów z firmami outsourcingowymi. No i oczywiście te wszystkie kwestie związane z samym zarządzaniem projektami – estymowanie, harmonogramowanie, przygotowywanie comiesięcznych rozliczeń. Lista zadań była długa i z różnych bajek. Czymś takim nie da się zarządzać w pełni efektywnie, chyba że się zajedziesz i okupisz dużym stresem. Nawet w podręcznikach do zarządzania jak byk stoi, że aby działać jako kierownik efektywnie, zespół powinien być co najwyżej kilkuosobowy. Wiedziałam o tym wszystkim. Czemu nie protestowałam?

Trzy główne powody – po pierwsze, raz tylko zasugerowałam, że przydałaby się druga osoba do kierowania tym projektem, że mogę nawet kogoś polecić. Niestety nie przewidziano budżetu na dodatkowy wakat, więc nie drążyłam tematu. Po drugie, nie pozwoliła mi na to moja ambicja (dopiero co przyszłam do firmy, chciałam się wykazać!) i po trzecie wreszcie – odnosiłam wrażenie, że każdy ma bardzo dużo pracy i skoro te zadania spadły na mnie, to widocznie musiały, bo nie było komu innemu ich przydzielić.

Częściowo było to prawdą – w zeszłym roku dopiero ukształtowała się w firmie struktura organizacyjna, trzeba było to uporządkować, bo firma z małej nagle się rozrosła do kilkudziesięcioosobowej. Ale częściowo było to też spowodowane właśnie moją ambicją i tym, że nie potrafiłam odmówić i przyznać się przed sobą, że ledwo wyrabiam.

Mnogość pracy nie przekładała się u mnie na zadowolenie z jej wykonania, nawet, gdy wykonywałam ją wystarczająco dobrze – więcej takiego głupiego błędu już nie popełnię. Uważam, że egzamin z asertywności pod tym względem w 2016 roku zdecydowanie oblałam.

Projekt, w którym działałam, prowadzony był waterfallowo, na kontrakcie fixed price; później z udziałem firmy konsultingowej udało się nam przekształcić go na modłę agile’ową, a wszyscy zaangażowani w nim pracownicy przeszli szkolenie ze SCRUMa. Doszło też do demokratycznych wyborów, w których pracownicy najpierw podzielili się na 3 mniejsze zespoły (mieli gwarantowaną pełną swobodę, musieli tylko zwracać uwagę, by każdy z zespołów posiadał zestaw wymaganych do pracy kompetencji), a później wybrali swojego scrum mastera.

Dla mnie nie było już tam miejsca. Aktualnie mam pod sobą 3 inne projekty, niewielki zespół, który mam zamiar w tym roku powiększyć, bo klient planuje na ten rok dwa duże wdrożenia. Sama firma rozwija się prężnie, mamy nowe biuro w atrakcyjnej lokalizacji i z widokami zapierającymi dech w piersiach (o ile akurat nie zasłania ich wrocławski smog :-P).

Bardzo dużo inwestujemy w naszych pracowników, w ich wiedzę, rozwój i komfort pracy. Wysyłamy ich na konferencje, szkolenia. Urządziliśmy dla nich chillroom, w którym mogą odsapnąć i np. pograć w piłkarzyki. Jako firma szukamy też aktywnie nowych zleceń. Dlatego jeśli macie jakiś ciekawy pomysł na biznes, przygotowaliście na niego budżet, ale nie wybraliście jeszcze wykonawcy do zaprojektowania i zrealizowania dla Was systemu – zapraszam do kontaktu 😉

W zasadzie to tyle, jeśli chodzi  o miniony rok, płynące z niego mniej i bardziej dobre wspomnienia, mniej czy bardziej dotkliwe nauki. Mimo że do lekkich on nie należał, ogólnie oceniam go pozytywnie. Nabrałam sporo doświadczenia w różnych dziedzinach. Zwłaszcza w wyniku tych wydarzeń, z których powodu miałam ochotę czasami walić głową w ścianę. Potwierdza się więc powiedzenie, że co Ciebie nie zabije, to wzmocni.

Na sam koniec, przekrój tematyczny wpisów na bloga, które pojawią się w najbliższej przyszłości (kolejność przypadkowa):

  1. Organizacja wesela – szacowanie kosztów.
  2. Test skuteczności i wygody maseczki antysmogowej – czy taka maseczka to gadżet warty swej ceny?
  3. Wykańczanie mieszkania – aspekty, o których często człowiek nie ma się pojęcia, a które znacznie wpływają na koszty.
  4. Dojazdy do pracy – jakie są opcje i co jest rozwiązaniem optymalnym?
  5. Korzystanie ze zmywaki kontra mycie ręczne. Czy to się opłaca czasowo i finansowo?
  6. Wpis gościnny, prawniczy, traktujący o wspólnotach mieszkaniowych.

A może podpowiecie, o czym chcielibyście przeczytać w pierwszej kolejności? Albo jest jeszcze inny temat, który Was ostatnio frapuje i o którym chętnie byście poczytały i poczytali? Dajcie znać w komentarzach!

Dodam także, że w najbliższym czasie spodziewajcie się moich tekstów na łamach magazynu naszemiasto.pl oraz w magazynie sieci Stokrotka.

Szykuje się kolejny pracowity rok 😉

 

15 myśli na temat „Podsumowanie 2016 roku i plany, plany, plany…

  1. Już miałam pisać, że wpis czytało mi się z dużą przyjemnością, ale chyba zabrzmiałoby to nie do końca fortunnie, biorąc pod uwagę wasze mieszkaniowe przejścia w tym roku. Napiszę zatem, że wpis bardzo ciekawy, pouczający, który pomimo długości czyta się jednym tchem. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że dobrze jest znać swoje prawa, a groźby skierowania na drogę postępowania sądowego przez pana, który podżegał Was do pomocnictwa w popełnieniu przestępstwa, to już absolutne kuriozum. Na co dzień spotykam się z osobami, które bardzo ucierpiały na nieświadomości i nieznajomości prawa, i tak sobie myślę, że w kwestiach edukacji prawnej niestety powinno się zacząć pracę u podstaw ( z edukacją finansową jest zresztą podobnie, wiem po własnych brakach). Wycieczka rowerowa – bardzo imponująca, niesamowity wyczyn 🙂 Udanego roku 2017!

    • O tak, zgodzę się – nas od wpakowania się w potencjalne kłopoty uchroniła właśnie znajomość prawa, ale wiele nieświadomych osób pewnie na naszym miejscu poddałoby się/dałoby się zastraszyć. Pozdrawiam!

  2. Nareszcie nowy wpis! I do tego niesamowicie długi 🙂 Super dzięki! Jeżeli mogłabym zagłosować, to chciałabym przeczytać kolejny wpis o wspólnotach mieszkaniowych. Jest to temat, który mnie w szczególności interesuje. Pozdrawiam!

  3. Noo, to piękne podsumowanie!
    Co do mieszkania, to trochę już wiedziałam, bo opowiadałaś mi w Warszawie.
    Jakby co, to mam cudowną firmę do polecenia, jeśli chodzi o meble kuchenne we Wrocławiu.
    Powodzenia w realizacji celów na ten rok!

    • Dzięki! Mam nadzieję, że ta kuchnia jednak obędzie się bez sądu, ale dobrze wiedzieć, że masz kogoś godnego polecenia – w razie czego się odezwę 🙂

  4. Rzeczywiście kawa się przydała 🙂
    Czytając o zawirowaniach przy mieszkaniu wracały wspomnienia z naszego zakupu, remontowania i meblowania mieszkania. Nie wspominam tego wcale mile, choć później mieszkało się miło i przyjemnie. Obiecałam sobie, że gdybym kiedyś jeszcze raz miała kupować mieszkanie czy dom, to zlecam to jednej firmie od początku do końca, a przynajmniej większą część rzeczy. Może będzie to drożej ale oszczędność czasu i nerwów – bezcenna.
    Wybacz pytanie – ślub we wrześniu, a nie Macie jeszcze miejsca? My 19 lat temu załatwialiśmy wszystko rzeczywiście pół roku przed, ale dziś przynajmniej w naszych okolicach rezerwuje się nawet 2 lata wcześniej. Dla mnie to szaleństwo, ale tak jest.

    • Cześć Magda! Są jeszcze wolne terminy, sama byłam zdziwiona 😉 może też dlatego, że szukamy daty spoza okresu największego boomu (maj-sierpień). Pozdrawiam!

  5. Ehhh urządzanie mieszkania… Koszmar! Tu zrobią, tu zepsują. Wybrać kolory, wzory wszystkiego, ile to czasu pochłania. Cieszę się, że udało się z kuchnią bez sądu 🙂

  6. No i po raz kolejny udowadnia się jak znajomość prawa potrafi ,,uratować życie”. Podejście większości ludzi, ignorancja niestety poraża a potem jak trwoga to płacz w internecie i nie tylko. Co do artykułu to pouczający i ciekawie się go czytało, chociaż nie jestem fanem takich długich tekstów to połknąłem go bez mrugnięcia 🙂

  7. Ach te mieszkania, najpierw trzeba je kupić. Potem zaplanować i wyposażyć. Na samą myśl aż boli mnie głowa jak sobie o tym przypomnę. Na dodatek każdy mój pomysł nie podobał się mojemu mężowi i trzeba było szukać kompromisu. Na szczęście mamy to za sobą.

  8. Mnóstwo zmagań na ten rok. Ja uznałam, że teraz zainwestuję w siebie i sukcesywnie realizuję plany. Za mną już kilka ciekawych szkoleń, przede mną kolejne. Teraz planuję szkolenia abi i zarządzaniu zasobami. Myślisz, że warto robić ich tyle? Szczególnie te związane z finansami wydają mi się warte zachodu, nawet jeśli na pierwszy rzut oka niekoniecznie jest sens..

  9. Myśmy meble kuchenne zamawiali w Agacie, wspólnie ze sprzedawcą zaplanowaliśmy na miejscu całą kuchnię. W planach wyglądało super ale w rzeczywistości po rozłożeniu w mojej kuchni jest jeszcze lepiej. Meble wyglądają świetnie i są bardzo dobrze wykonane, widać , że są solidne.

  10. My to urządzaliśmy kuchnię modułowymi meblami, też z agaty. Powiem szczerze, że sama byłam zaskoczona, ze tak fajnie można zabudować kuchnię modułami nie wydając majątku na meble na zamówienie.

    • U nas Agata odpadła dlatego, że meble modułowe, a właśnie niewiele wychodziło taniej od tych na zamówienie – i to w dodatku według naszego starego projektu, w kształcie litery L, a nie podkowy – więc mebli było w układzie mniej. Chociaż fakt, że były ładne.

Dodaj komentarz