Potęga przyzwyczajenia i siła małych kwot

Potęga przyzwyczajenia i siła małych kwot

„Im więcej człowiek zarabia, tym mniejszy ma szacunek do pieniędzy” – czy spotkaliście się z takim stwierdzeniem? Ja już kilkukrotnie. Dla osoby zarabiającej 10 tys. złotych miesięcznie netto, jednorazowy wydatek rzędu 100 zł za obiad nie będzie niczym nadzwyczajnym. Dla kogoś, kto zarabia minimalną krajową – łoj, będzie to kwota zawrotna. Mała kropla nie jest widoczna w ogromnym oceanie – i zapewne dlatego wielu nie docenia jej siły. A tymczasem duże pieniądze biorą swój początek właśnie z małych kwot.

I dlatego zawsze zachęcam, by próbować cokolwiek regularnie oszczędzać. Jeśli czyjeś zarobki nie są oszałamiające, nie oznacza to jeszcze, że nie da się z nich niczego „uciułać”. Nie wierzysz? Ha – prześledźmy zatem taką oto sytuację 😉

Nazwijmy naszą bohaterkę Anią. Ania pracuje w międzynarodowej firmie i zajmuje bardzo odpowiedzialne stanowisko, co oznacza także dużo stresu. Jest typem osoby, która wcześnie wstaje i późno chodzi spać – i nie widzi problemu w robieniu nadgodzin. Nie zarabia źle, chociaż do bycia osobą zamożną jeszcze jej dużo brakuje. Najgorsze, że ma ten przeklęty kredyt, rata 1 600 zł miesięcznie – gdyby nie to, poszalałaby sobie i pojechała na zasłużone wakacje. Ale póki co, na koncie oszczędnościowym pustki, bo co zarobi – wydaje.

Ania dzień rozpoczyna szybkim prysznicem, pośpiesznym zrobieniem sobie makijażu i dzikim pędem do centrum miasta, w którym zlokalizowane jest jej biuro. Zazwyczaj jeździ tramwajem, ponieważ nie ma cierpliwości do jazdy samochodem i tkwienia w porannych korkach. Auto stoi więc przeważnie przez cały tydzień nieużywane, dopiero odpalane jest na weekend, kiedy Ania jedzie za miasto odwiedzić przyjaciół czy rodzinę. Albo na większe zakupy do galerii handlowej.

Czynnik latte
Źródło: tiverylucky / FreeDigitalPhotos.net

Gdy Ania wsiada do tramwaju, za każdym razem kupuje bilety jednorazowe, 3 zł za sztukę, bo do dziś nie miała kiedy wyrobić sobie karty miejskiej, na którą mogłaby kupić bilet miesięczny. Przecież gdy wychodzi z pracy, to punkt obsługi klienta, w którym mogłaby sobie ją wyrobić, jest już dawno zamknięty. A przecież nie będzie marnować czasu na bzdety i brać okienka w czasie pracy, by odebrać jakąś tam kartę!

No więc wysiada w końcu na właściwym przystanku i zamaszystym krokiem zbliża się do celu: już widzi swój biurowiec. A tu nagle… Burczenie w brzuchu. „Kurcze” – myśli sobie – „muszę coś zjeść, jestem bez śniadania”. Bez dłuższego zastanawiania się kupuje w znanej kawiarnianej sieciówce kubek z kawą latte za 12 zł (350 ml) i croissanta za 4 zł. Do tego w kiosku zgarnia paczkę papierosów za 11 zł (20 sztuk, starczy jej na tydzień, nie jest nałogowym palaczem), bo przecież w trakcie przerwy i plotkowania z koleżankami z pracy trzeba sobie jakoś umilić czas…

Właśnie – jak przerwa, to koniecznie na lunch. W okolicy jest gdzie zjeść, można przebierać w ofertach: od budek z kebabem, po stoiska z sałatkami, dania typowo polskie, pizzerie… Chwilowy skok cukru po porannej kawce i ciastku spowodował nagłą zapaść: Anię skręca z głodu, więc na obiad zamawia porcje większe, niż tak naprawdę potrzebuje. Ale trzeba się napchać, bo potem najbliższy posiłek zje koło 18, jeśli nie później. I tak lekką ręką wydaje 18-20 zł.

W pracy młyn – przez cały tydzień, dlatego czasem trzeba sobie wieczorem odreagować: pogaduszki ze znajomymi w kawiarni, do tego ciacho, potem pub, a w nim jedno piwko, po nim kolejne, a do nich przystawki, np. solone orzeszki. I tak jednego wieczora pozbywa się kolejnych 40 zł, jeśli nie lepiej.

Życie Ani toczy się i toczy… Aż mija rok, a Ania pomstuje, że nie uzbierała na wakacje.

No to teraz sobie szybko podliczmy, dlaczego nie uzbierała:

Podliczanie niepotrzebnych wydatków
Źródło: patpitchaya / FreeDigitalPhotos.net
  • Jednorazowe bilety komunikacyjne, tam i z powrotem – dzienny wydatek to 6 zł; tygodniowy 30 zł, miesięczny 120 zł, roczny 1 440 zł.
  • Poranna kawka z ciachem, dzienny wydatek 16 zł, w tygodniu (no, powiedzmy, że Ania tak kupuje co drugi dzień) – 48 zł, miesięczny 192 zł, roczny 2 304 zł.
  • Paczka 20 papierosów, tygodniowo 11 zł, miesięcznie 44 zł, rocznie 528 zł.
  • Obiady na mieście, ok. 18 zł każdy, w ciągu tygodnia kosztują ją 90 zł, miesięcznie 360 zł, rocznie 4 320 zł.
  • Wieczorne wypady na miasto, jednorazowo 40 zł, w miesiącu – różnie bywa, ale zazwyczaj takich wypadów ma 4 – więc 160 zł, co rocznie kosztuje ją 1 920 zł.

Podsumujmy więc i otrzymamy… 10 512 zł. Może w rzeczywistości wyszłoby trochę więcej, może nieco mniej – w końcu człowiek nie robot, nie zawsze robi wszystko tak samo, z taką samą częstotliwością… Ale na zobrazowanie sytuacji te uproszczone obliczenia wystarczą. Za te ponad 10 tys. zł można by było sobie niezłą wycieczkę sprawić, prawda? 😉

Zjawisko powyżej opisane nosi nazwę czynnika latte. Nie uświadamiamy sobie prawdziwej wielkości naszych „małych i niewinnych” wydatków, póki ich sobie nie podliczymy. I nagle okazuje się, że nasze przyzwyczajenia słono nas kosztują! Ponoć najbardziej przepłacamy na używkach: papierosach i alkoholu – statystyczny Polak wydaje na nie rocznie ponad 4,5 tys. zł!

A tymczasem wystarczyłoby zastosować kilka trików, by nie wydawać aż tak dużych kwot:

  • zamiast biletów jednorazowych kupić sobie bilet miesięczny – co miesiąc wyszłoby to Anię ok. 20-30 zł taniej; 
  • poranną kawkę pijać w domu – opakowanie 200 g kawy rozpuszczalnej kosztuje zależnie od producenta od 20 do 30 zł, a na przygotowanie sobie 1 porcji wystarczy zużyć 2-3 g kawy na 150 ml wody (plus mleko) – jeśli Ania będzie tak pijać codziennie, w tym w weekendy, kawy starczy jej na ok. 3 miesiące;
  • darować sobie puste kalorie w postaci croissanta i… Zaopatrzyć się np. w musli błonnikowe z dodatkiem owoców; po takim śniadaniu cukier nie poszybuje Ani do nieba i później nie spadnie gwałtownie, wywołując wilczy apetyt (a co za tym idzie, nie przerodzi się w większe porcje spożywane w porze obiadowej); no i w portfelu też więcej zostanie – za 4-6 zł można mieć opakowanie 200 g takiego przysmaku, które wystarczy na 4 porcje;
  • rzucić palenie papierosów – już nawet pal licho względy finansowe, ale przede wszystkim zdrowotne! Poza tym, gdy zdrowie szwankuje, to dochodzą dodatkowe koszty – leczenia; nasza Ania nie przesadza z paleniem i nie pożera jej to zbyt wiele pieniędzy, więc tym bardziej łatwo powinna się uporać z pożegnaniem tej „rozrywki”;
  • zamiast imprezować wciąż na mieście – zorganizować spotkania w domu, za każdym razem gospodarzem może być ktoś inny z kręgu znajomych;
  • zamiast codziennie jadać obiad na mieście, przygotować sobie go w domu lub zabrać ze sobą domowy zestaw kanapek (wiem – obiecałam niedawno, że pojawią się na blogu przepisy na dania smaczne, tanie i zdrowe – i pojawią się!). Absolutnie najbardziej przepłacanym gotowym daniem jest według mnie pizza. Do mnie samej to dopiero niedawno dotarło. Dopiero jak zaczęłam sama sobie wypiekać pizzę, zobaczyłam, ile kasy utopiłam w tym włoskim przysmaku…

Nie ma co rozpaczać. Najważniejsze, by zdać sobie sprawę z tego, co u nas tworzy ten podstępny czynnik latte i… Obrócić go na naszą korzyść.

Wszystko sprowadza się do siły przyzwyczajenia – dlatego warto wyrobić sobie jak najlepsze nawyki. Wedle źródeł, na to, by coś weszło nam w krew, potrzebujemy od 21 do 30 dni świadomego powtarzania danej czynności. Później będzie ona nam już naturalnie towarzyszyć. I w ten sposób małe kwoty będą kumulować się u nas nie w kolumnie „wydatki”, tylko w kolumnie „oszczędności”.

A jak u Was wygląda walka ze zgubnymi przyzwyczajeniami? 🙂

14 myśli na temat „Potęga przyzwyczajenia i siła małych kwot

  1. W 100% się z tym zgadzam. W zeszłym miesiącu przeszłam z ekspresu na kapsułki, na ekspres ciśnieniowy z kawą mielona. W kieszeni miesięcznie zostaje 220 zł. Dzięki Twojemu blogowi szukam tez innych oszczędności i zmieniam swoje myślenie:-)

  2. O, a ja kiedyś liczyłam ile kosztuje domowa pizza i wyszło mi, że średnio się opłaca. Moim zbędnym wydatkiem było dodatkowe ubezpieczenie samochodowe, które miałam w swoim banku, płatne niby niewiele, bo jakieś 7 zł miesięcznie, ale potrzebne jak dziura w moście, bo ja samochodem jeżdżę z raz-dwa na miesiąc 🙂 Dopiero niedawno z niego zrezygnowałam.

    • Gdy opublikuję moje przepisy, to też podam koszt przygotowania 🙂 ogółem przygotowanie pizzy jest tak banalne i mało czasochłonne, że dla mnie szybciej i taniej jest zrobić u siebie, niż wychodzić na miasto lub zamawiać gotową do domu. Ale pewnie wiele zależy też od użytych składników. Pozdrawiam 😉

  3. Mieszkam w niewielkim mieście, mam dwoje małych dzieci, które chodzą do przedszkola. Nie pracuję, więc bilet mam 30% tańszy kosztuje 2 zł, Gdy nie leje, nie jedziemy autobusem. W zamian za to wrzucam po 1 zł każdemu z dzieci do skarbonki. Dzięki temu moja córcia ostatni, za swoje „zarobione własnymi nóżkami” pieniążki kupiła sobie wymarzona lalkę. synek zbiera na większy zestaw lego. Ja sama z zakupów odkładam 2 czy 5 złotych. miesięcznie jest to kilkadziesiąt złotych, które wrzucam na konto oszczędnościowe. ktoś powie, że mało, ale dzięki takim zabiegom nigdy nie mam problemu z prezentami pod choinkę i to porządnymi, bo po prostu pieniążki na to mam. Mam również drugie konto oszczędnościowe, na które wrzucam końcówki z rachunków. Jest to konto , którego nie ruszam. I mimo, że utrzymujemy się z jednej pensji, to udaje się odłożyć. Zawsze można odłożyć, trzeba tylko chcieć.

  4. Twój wpis jest bardzo inspirujący. Trzeba przyznać, że mało kto zastanawia się nad drobnymi kwotami, które na co dzień wydaje się na jakieś drobnostki. A gdyby to podliczyć… Świetnie opisane.
    Będę zaglądać tu częściej.

  5. Jeśli chodzi o oszczędzania na mniejszych przyjemnościach zawsze radzi się podliczać ile coś kosztuje w skali roku i szukanie innych alternatyw. Jako osoba, która lubi oszczędzać takie podejście jest dla mnie naturalne. Znam osoby, które zanim coś kupią sprawdza każda dostępna ofertę, aż w końcu wybiorą te najtańsza, ale znam tez takie osoby, które wydaja swoje pieniądze w pierwsze parę dni od wypłaty, a resztę miesiąca biduja… ani na myśl nie przyjdzie im odłożyć przyjemność na później.

  6. Wydaję pieniądze dosyć świadomie i staram się nie kupować na mieście w tygodniu zbyt wielu rzeczy. Ale znam osoby, które nie zwracają na to uwagi i wydają bardzo dużo pieniędzy sami nie wiedząc kiedy.

  7. Witam,
    zgadzam się, że na rzeczy typu kawka, jedzenie na mieście, fast foody można wydać krocie. Osobiście przyjrzałam się moim wydatkom i próbuje zredukować w/w pozycje, ale z drugiej strony w życiu ważne są też małe przyjemności. Wypicie kawy rozpuszczalnej to nie to samo co latte zamówione w kawiarni. Odmawianie sobie wszystkiego na zasadzie „w domu taniej” byłoby dla mnie pewnego rodzaju wegetacją.
    Podsumowując, nie jestem zwolenniczką oszczędzania za wszelką cenę i odmawiania sobie wszystkiego (o ile sytuacja życiowa nas do tego nie zmusza), trzeba znaleźć balans i odróżniłać sprawianie sobie drobnych przyjemności od zwykłej niegospodarności.

  8. Niestety to prawda. Najtrudniej zobaczyć to co małe. A że z małych kwot robią się niekiedy naprawdę duże pieniądze…
    Pare razy w życiu zdarzyło mi się spisywać z wyciągów bankowych swoje wydatki pogrupowane w różne kategorie. Najtrudniej było z kategorią gotówka…. Na co myśmy to wydali. Nikt nigdy nie pamiętał. Parkingi, zakupy na bazarach, kawa gdzieś po drodze itp…

Dodaj komentarz