Koszt pobytu nad Bałtykiem w 2014

Wakacje nad Bałtykiem – podsumowanie kosztów

W końcu udało się mi zasiąść to podsumowania kosztów naszego urlopu nad Bałtykiem. Miało być wcześniej, ale kolejne wesele w miniony weekend plus choroba skutecznie przesunęły moje plany. W sumie na wakacjach we dwoje spędziliśmy tydzień, ale były to bardzo aktywne dni. Poniższe podsumowanie będzie nieco nietypowe, ponieważ nie skupię się w nim tylko i wyłącznie na podliczeniu wakacyjnych wydatków, ale również na moich „życiowych rekordach” – zapraszam do lektury!

Urlop spędziliśmy w tej samej nadmorskiej miejscowości, co rok temu. W porównaniu z zeszłym rokiem, wyszło nam taniej – nie było żadnego koncertu po drodze. W sumie wakacje kosztowały nas 1805,69 zł. Już spieszę z wyjaśnieniem, co złożyło się na ten wydatek.

Na miejsce dojechaliśmy własnym samochodem. Podróż z Wrocławia do Białogóry i z powrotem wymagała zatankowania benzyny w cenie 350 zł.

Nocowaliśmy w tym samym domku, co rok temu. Za 7 nocy zapłaciliśmy w sumie 560 zł (sezon jeszcze trwał, ale i tak wynajmujący zeszli już z ceny), a otrzymaliśmy pokój z własną łazienką i balkonem (z widokiem na las). Na wyposażeniu były naczynia, sztućce, czajnik elektryczny, telewizja, radio, wspólna lodówka na piętrze, druga na parterze – we wspólnej kuchni. Internetu nie było i jakoś specjalnie nie płakałam z tego powodu – w końcu po to pojechałam nad morze, żeby odpocząć od cyberprzestrzeni 😉

Czy oszczędzaliśmy? Częściowo tak, częściowo nie. Prócz jednego magnesu lodówkowego nie kupiliśmy żadnych pamiątek (cacko to kosztowało mnie 5 zł, ach, szarpnęłam się 😉 ). Dwukrotnie skorzystaliśmy z biletów wstępu – najpierw do okolicznego skansenu kultury kaszubskiej (10 zł za dwie osoby), a następnie na wejściówki na wieżę widokową (18 zł).

Śniadania i kolacje przygotowywaliśmy sami, przy czym kolacje były bardzo lekkostrawne, składały się na nie praktycznie same owoce – banany, śliwki, truskawki, pomarańcze, arbuz. Co nie znaczy, że owoce mało kosztowały – truskawki chodziły po 8 zł za mniej niż kilogram! Dwa razy zdarzyło nam się do filmu wieczorem podgryzać jakieś chipsy, żeby nie było aż tak super zdrowo 😉 które popijaliśmy miejscowymi piwami. Piwa zresztą to osobna bajka, bo porobiliśmy zapasów na powrót (Amber Czarny Bez nas uwiódł), więc na złoty trunek trochę wydaliśmy (przywieźliśmy w sumie 9 butelek). Natomiast obiady jadaliśmy zawsze gdzieś w trasie. I na nich nie oszczędzaliśmy – na talerzu gościły mięsa i ryby plus dodatki, czyli konkretnie sobie ucztowaliśmy.

Napisałam „w trasie”, ponieważ urlop spędziliśmy głównie na wycieczkach rowerowych. Pogoda nad morzem była przyjemna, ale zbyt chłodna na kąpiel (16-24 stopnie), więc tylko raz zdołaliśmy się pomoczyć. Natomiast taka temperatura była idealna na wysiłek fizyczny. Wypożyczyliśmy więc na 3 dni dwa porządne rowery z amortyzatorami, błotnikami i bagażnikami i heja w drogę! Całkowity koszt wypożyczenia to 120 zł i uwzględniał on też darmowy serwis i np. odebranie z miejsca awarii, gdyby nam któryś jednoślad padł w trasie. Poza tym dostaliśmy gratis najświeższą mapę tras rowerowych okolicy. Niepotrzebnie więc kupiliśmy wcześniej w punkcie informacyjnym mapę (poszła na nią dyszka). Ech, plus chociaż taki, że każdy miał własną mapencję 😉

Czy 120 zł za 3 dni jazdy dla dwóch osób to dużo/mało? Aż tak się nie orientuję, ale biorąc pod uwagę fakt, że koleżanka zapłaciła w Jastarni za wypożyczenie jednego roweru 75 zł na dobę, to wydaje mi się, że pojeździliśmy z moim chłopakiem za śmieszne pieniądze.

W sumie przejechaliśmy 215 km. Nasz najdłuższy dystans przebyty jednego dnia (a zarazem, póki co, mój życiowy rekord rowerowy) wyniósł 107,25 km. W zasadzie gdybyśmy się rano z moim Markiem wcześniej zrzucili z łóżek, to spokojnie moglibyśmy cały Półwysep Helski objechać 😉 Pozostałe przejechane dystanse to 45,46 km i 62,24 km.

Rekord - 107 km na rowerze w ciągu jednego dnia
Mój rekord życiowy – 107 km na rowerze jednego dnia 🙂

Na rowerowe wojaże zabieraliśmy ze sobą oczywiście coś do picia, przygotowane kanapki oraz łakocie, coby uzupełnić dopływ świeżego paliwa w postaci glukozy we krwi. Na dokładkę jednego dnia zafundowaliśmy sobie długi spacer 23 km.

W efekcie tych sportowych działań udało mi się w sierpniu pobić kolejny rekord przebytych kilometrów 🙂

Przebyte na rowerze kilometry - sierpień 2014
Kolejny rekord pobity – takiego wyniku jeszcze nie miałam 🙂

Z wycieczek wracaliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Biorąc pod uwagę powyższe, chyba nikogo nie dziwi fakt, czemu nie szczędziliśmy pieniędzy na obiady – trzeba było zjeść porządny posiłek, żeby nie opaść z sił. Najdroższy obiad, jaki jedliśmy, kosztował nas 74 zł (zupa kaszubska + polędwiczki wieprzowe z dodatkami + pierogi ze szpinakiem w sosie z orzechami włoskimi + napoje), najdroższy obiad rybny kosztował równo 50 zł (sandacz i pstrąg z bukietami surówek i pieczonymi ziemniaczkami + sos czosnkowy), a najtańszy – 16 zł (dwie porcje żurku z jajkiem, ziemniakami i kiełbasą + chleb).

Gdy przejeżdżaliśmy przez Karwię (zatłoczoną turystami mimo końcówki sezonu tak samo jak Władysławowo i inne oblegane kurorty), wpadł mi w oko szyld kiermaszu książek. I tutaj miłe zaskoczenie – wyprzedawali tytuły za złotówkę! Oczywiście nie wszystkie, ale duża część asortymentu wyceniona była na grosze – serio, sama kupiłam sobie 3 książki, za które zapłaciłam tylko 2,99 zł (sic!). Dowód zakupu poniżej 😉

Kiermasz książek - książki po złotówce
Tak, 3 książki za niecałe 3 zł… Cuda się zdarzają 🙂

Jakie to były książki? Oczywiście o tematyce okołofinansowej 😉

Szczególnie tę ostatnią książkę uważam za perełkę, ponieważ sporządzona jest ona również w języku niemieckim – strony nieparzyste są po polsku, a parzyste w języku naszych zachodnich sąsiadów; ciekawy zabieg.

Myślę, że jak na ceny nad Bałtykiem, wyjazd wyszedł dla nas korzystnie. Gdybyśmy pojechali do najbardziej obleganych nadmorskich miejscowości, pewnie zapłacilibyśmy dużo, dużo więcej. Ale pewnie zapłacilibyśmy znowu mniej, gdybyśmy nie stołowali się w porze obiadowej jak szlachta 😉 Wychodzę jednak z założenia, że przecież po to się jedzie na urlop, żeby odpocząć od codzienności, od pichcenia, szorowania garów… Żeby pokosztować miejscowych specjałów. Pod tym względem nie żałuję ani jednej wydanej złotówki.

 

17 przemyśleń nt. „Wakacje nad Bałtykiem – podsumowanie kosztów

  1. 107 km na rowerze – jest się czym chwalić, gratulacje! A koszty wyjazdu nie wydają się oszałamiające, zwłaszcza nocleg w przyzwoitej cenie, obiady zresztą też… Chociaż ja właśnie przymierzam się do podobnego podsumowania wyjazdu do Włoch, więc wszystkie ceny wydają mi się teraz niskie przy tym, ile euro trzeba wydać na obiad we Włoszech 😉

    • W zeszłym roku pojechaliśmy w to samo miejsce tuż przed sezonem (ostatni tydzień czerwca) i zapłaciliśmy za 6 nocy tylko 360 zł 🙂 więc da się jeszcze taniej. Niestety w tym roku czerwiec z powodów osobistych nam nie pasował 🙂 pozdrawiam!

  2. Zasadniczo pierwszy raz jestem na tym blogu ale wrażenia są naprawdę pozytywne. Super gratulacje dla autorki będę częstym gościem.
    Co do artykułu fajne zestawienie kosztów wakacyjnych przede wszystkim realne i rzeczowe. Przede wszystkim wakacje w moim stylu aktywne nie leżak i plaża dowód ze można fajnie aktywnie no i nie drogo

  3. Ja rok temu byłem na dwa tygodnie w Kołobrzegu i udał mi się darmowy nocleg, ponieważ znajomy ma tam rodzinę i jeździ praktycznie co roku 😛 Tylko że pogoda była niezbyt dobra, więc na plaży byłem góra kilka razy. Poza tym się trochę nudziłem – nie mogliśmy zagrać np. w bilard, bo wtedy akurat ze dwa puby miały sezon urlopowy (!). Co mi się podobało w Kołobrzegu? Pewien bardzo prozaiczny fakt. To, że mogłem legalnie pić piwo przy plaży. I nikt nas za to nie spisał, nawet jeżeli nas mijali. 😛

  4. Zawsze zachęcam do chodzenia do pracy pieszo lub jeżdżenia rowerem, ale 107 km dla relaksu to za dużo nawet dla mnie! Gratulacje Dana!
    Co do wydatków to bardzo ładnie udało Ci się obalić stereotyp, że nad polskim morzem jest drożej niż zagranicą. Za to również brawa 🙂 Przekonujmy się o pięknie naszego kraju, a dopiero później ruszajmy zagranicę.

  5. Czyli stereotyp o drogich, nudnych i tandetnych wczasach nad morzem obalony 🙂 Gratulacje wyników sportowych!

  6. Oj tak, ja także uwielbiam te nadmorskie straganiki z książkami! Z każdych wakacji z nad morza do mojego bagażu dokładam nowych kilka książek. Nie raz znajdywałem tam istne „perełki” za dosłownie (!) kilka złotych!

Dodaj komentarz