Koncert Bon Jovi w Gdańsku, 2013

Wakacyjne podsumowanie

Co za szalony tydzień! Człowiek wraca po urlopie od razu w wir pracy, w sam środek korporacyjnego rytmu, zdezorientowany, nie może się pozbierać. Chyba nawet złapałam w poniedziałek „pourlopowego doła” – serio, chciałam wyskoczyć przez okno mojego biurowca i pędzić sprintem nad morze 🙂 na niczym nie potrafiłam się skupić, jakby mnie ktoś wybudził z bardzo przyjemnego snu… Całe szczęście – zły nastrój już minął, a ja po uporządkowaniu spraw bieżących zasiadłam w końcu do sterty paragonów, która uzbierała się z mojego urlopu „we dwoje”.

Zgodnie z przewidywaniami – nie wyszło tanio i „po kieszeni nam dało”. Specjalnie jednak nie oszczędzaliśmy, mogę przyznać z ręką na sercu – chcieliśmy zaszaleć, bo nie wiem, kiedy ostatnio byliśmy na tak długim urlopie (jesteśmy ze sobą dwa lata, a mimo to nie zafundowaliśmy sobie aż do teraz żadnego dwutygodniowego odpoczynku – w dodatku w minionym roku w ogóle nie byłam na wakacjach!). Ale co się dziwić – wpakowaliśmy się na największe, czerwcowe wydarzenie w Gdańsku – koncert Bon Jovi. Grupa grała po raz pierwszy w naszym kraju i dała niezłego czadu. A że koniecznie chcieliśmy zobaczyć ekipę w natarciu z bliska, wybór padł na Golden Circle – minus 350zł od osoby… W sumie 2,5 godziny rockowego grania kosztowało nas 700zł. Było warto wydać tę kasę 🙂

Środku transportu też nie wybraliśmy taniego – mój mężczyzna koniecznie chciał jechać swoim samochodem, bo uwielbia siadać za kółkiem i go to relaksuje. Nie rozumiem co prawda, jak kilkugodzinna jazda w tej samej pozycji i w ciągłym napięciu – bo trzeba zwracać baczną uwagę na innych uczestników ruchu przecież – może być sposobem na odprężenie, ale mój protest i tak by nic nie dał 😉 Chyba nigdy tego zamiłowania nie pojmę, bo osobiście, pomimo zrobienia prawa jazdy jakoś 6 lat temu – nie mam samochodu, nie lubię jeździć autem, denerwują mnie nieodpowiedzialni kierowcy piratujący na drogach i szkoda mi mojego zdrowia na stresowanie się „co ten debil w Hyundai’u robi, przecież nie zdąży wyprzedzić”.

Mniejsza o to 😉 Na trasie Wrocław – Głogów (ewakuacja kota do moich rodziców) – Gdańsk – Białogóra – Głogów (odbiór kota) – Wrocław spaliliśmy benzynę w kwocie 360zł.

Kolejny punkt – żywienie. Stwierdziliśmy, że śniadania sami będziemy sobie robić (na trasę z kolei porobiliśmy kanapki), kolacje będą lekkie (lody lub owoce), natomiast obiady będziemy jadać w barach i restauracjach. A że pojechaliśmy nad morze, to dieta była zdecydowanie rybna, a do tego piwna… Schłodzone regionalne specjały pijaliśmy niemal codziennie. Na naszych talerzach zawitał: pieczony w całości pstrąg, sandacz z sosem kurkowym, flądra na maśle, turbot, łosoś bałtycki z grilla, zapiekany miętus… W drodze na plażę jedliśmy zupy, w drodze z plaży – dania obiadowe. Pewnie gdybyśmy robili obiady sobie sami, wyszłyby nam bardzo tanie posiłki, ale po prawdzie – wychodzę z założenia, że nie po to jadę na urlop, by się na nim ścierać w kuchni, pichcić, kroić czy smażyć, tylko by zwiedzać, ruszać się, podziwiać krajobrazy, oddychać pełną piersią nadmorskie powietrze, pływać i łapać słońce! 😉 Bardzo lubię gotować i w domu większość posiłków przygotowuję samodzielnie, ale na wakacjach też chciałam od tego odetchnąć. I z takim nastawieniem w okresie od 17-go do 28-go czerwca ubyło nam na żywności i napojach procentowych 597,11zł.

Przy okazji polecę naszych żywicieli, bo każda złotówka u nich zostawiona była tego warta 😉 jeśli kiedykolwiek przytrafi Wam się wpaść do Białogóry, polecam restaurację Antonio, restaurację Bursztynową oraz smażalnię ryb Barakuda.

Problemem miejscowości tak małej, jak Białogóra, jest brak dostępu do terminali płatniczych. Jedynie w restauracji Antonio mogliśmy zapłacić kartą (przy zamówieniu powyżej 20zł mogliśmy też u nich wybrać gotówkę), podobnie na kartę mogliśmy zrobić zakupy w sklepie spożywczym Ola. W reszcie punktów gastronomicznych płaciliśmy gotówką. Ciekawe, czy terminale pojawiły się teraz, w sezonie, czy to jednak u nich norma. Jest to też przestroga, by mieć wystarczający zapas gotówki pod ręką, gdy jedzie się do takich małych miejscowości.

Ostatnia sprawa – nocleg. I tutaj wyraźnie duże miasto cenowo przebija mniejsze. 3 noce w Gdańsku kosztowały nas 324zł (a to i tak najtańsza wolna opcja, jaką udało mi się znaleźć podczas przeglądania zakamarków internetu w marcu), 6 nocy w Białogórze – 360zł, a pokój był znacznie większy, przytulniejszy, lepiej wyposażony – i z balkonem oraz stołem ping-pongowym w ogródku, z którego skwapliwie też skorzystaliśmy. Pokoje oczywiście w obu przypadkach dwuosobowe.

Podsumowując – za samochodowy urlop nad Bałtykiem z koncertem w tle nasz duet zapłacił w sumie 2341,11zł. Uff! Chociaż gdy tak patrzę na ubiegłoroczne zestawienia w internecie, to nie wyszło aż tak źle… 🙂

Co nie zmienia faktu, że wspomnienia i wrażenia pozostają bezcenne!

Specjalnie dla czytelników mojego bloga – pocztówka z Białogóry:

Tłum na plaży
Nie ma to jak tłum na plaży.

Ach… Nie, sorry… To nie to miejsce, nie ta bajka, nie ten klimat 😉

Oto i moje wspomnienia:

A tym, którzy dopiero planują swój urlop, polecam się zapoznać z portalem booking.com, który niejednokrotnie mi pomógł znaleźć szybko tani nocleg. Jeśli po zapoznaniu się z moim wpisem, zdecydowaliście się pojechać nad polskie morze, sprawdźcie, jak będzie dla Was najtaniej i najdogodniej się nad nie dostać. No i koniecznie podzielcie się wrażeniami! 🙂

Jedno przemyślenie nt. „Wakacyjne podsumowanie

Dodaj komentarz