Czy bloger finansowy musi zarabiać na swoim blogu?

Czy bloger finansowy musi zarabiać na swoim blogu?

Tytułowe pytanie zadaję nie bez powodu. Jakoś tak naturalnie utarło się, że skoro ktoś określa siebie jako blogera lub blogerkę finansową, to musi spełnić jeden kluczowy warunek: musi zarabiać na blogowaniu. Najlepiej dużo, regularnie i z miesiąca na miesiąc coraz więcej. A przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, gdy przeglądam polskie i (głównie) zagraniczne blogi finansowe. Inaczej ów bloger jest niewiarygodny, marginalizowany, pomijany. Skąd to się u diabła wzięło???

Nie, żebym sama nie zarabiała na blogu lub widziała siebie w gronie pokrzywdzonych. Od czasu do czasu nawiązuję różne współprace barterowe i płatne na łamach bloga i poza nim. Ot, choćby ostatnia inicjatywa opisana w poprzedniej notce. Zamieszczam linki afiliacyjne, jeśli mam przekonanie do konkretnych produktów. Napisałam też dwie książki, z których nieco grosza spłynęło.

Można więc powiedzieć, że jakieś doświadczenie w zarabianiu wokół bloga posiadam. Choć z pewnością nie uważam siebie za guru zbijania kasy na prowadzeniu bloga. I nie zamierzam na ten temat organizować seminariów 😉

Natomiast nie robiłam u siebie wielkich podsumowań i raportowania (co miesiąc, kwartał itd.), ile, na czym i kiedy udało mi się zarobić w związku z prowadzeniem bloga. Raz czy dwa przebąkiwałam coś o zarobkach płynących z blogowania w ramach podsumowań rocznych.

Dlaczego nie piszę regularnie o zarobkach z blogowania?

Raz, że ich nie mam, ale przede wszystkim nie widzę takiej potrzeby. Nigdy nie traktowałam bloga jako głównego źródła dochodów. Podchodzę do sprawy bardziej hobbystycznie. Nie uważam też, by dla odbiorców, do których chcę trafić ze swoim przekazem, było to aż tak interesujące.

Ale może się mylę i popełniam jakiś strategiczny błąd? Może jednak właśnie powinnam ujawniać takie rzeczy? Tylko z drugiej strony, dlaczego panią Zofię, która zastanawia się, jak zmniejszyć rachunki za prąd w pięcioosobowym gospodarstwie domowym, miałaby interesować struktura mojego koszyka zarobków z bloga? Przecież na dobrą sprawę nie po to piszę blog finansowy, by się przechwalać wpływami z pisania. Kobiece Finanse to blog o finansach osobistych, a nie o robieniu biznesu na pisaniu o finansach.

Marek z Multiporadnika ostatnio zgryźliwie zauważył, że blogi finansowe skutecznie uzdrawiają finanse, ale tylko ich twórców. A ja odpowiadam na ten zarzut: to zależy. Nawet jeśli ktoś pisze ciekawie i umieszcza u siebie wartościowe treści, to nie daje mu to żadnej gwarancji, że zarobi kokosy. Trzeba jeszcze wokół siebie zrobić odpowiedni marketing, a to wymaga wysiłków i czasu.

W jakim celu blogujesz?

No i pada pytanie podstawowe. Czy zarabianie na pisaniu dany bloger finansowy stawia sobie za główny cel tworzenia bloga? Weźmy choćby jeden z ostatnich, szczery do bólu i jednocześnie nieco prześmiewczy wpis Wojtka z bloga Stabilizacja finansowa o tym, ile zarobił na blogu w 2018 roku. Nie chcę Wam psuć wrażenia, spojlerując, dlatego odsyłam do źródła. I wszystko jasne 😉

Ta moda na pisanie o tym, ile się zarabia z blogowania, przyszła oczywiście z zachodu. Tam to zjawisko przybiera absurdalne wręcz dla mnie rozmiary. Co miesiąc na setkach blogów publikowane są porównania, ile i na czym udało się komu zarobić. Skalę zjawiska uświadomiłam sobie dzięki Pinterestowi. Na jego łamach można znaleźć multum pinów prowadzących do wpisów, jak zarabiać na blogu. Z całymi rozpiskami strategii działania i wysokości notowanych przychodów.

Czy bloger finansowy musi zarabiać na swoim blogu? Czy tylko tacy uchodzą za wiarygodnych? Skąd ten wymóg? Dyskusja na blogu Kobiece Finanse #blog #blogowanie #bloger #blogerkafinansowa #kobiece #kobiecefinanse #zarabianie #dochód #zarobek #pieniądze

W Polsce nie robi się tego tak odważnie i bezpośrednio

Niewielu blogerów otwarcie publikuje raporty o swoich zarobkach. A nawet jeśli, to nie są one tak nachalne. Jednak presję o konieczności zarabiania na blogowaniu w wielu miejscach czuć w powietrzu.

Istne szaleństwo rozpętało się po sukcesie bloga Michała Szafrańskiego. Niektórzy na opak zrozumieli jego sukces, w związku z czym polską blogosferę finansową zalała fala słabych pseudoblogów eksperckich pisanych na zamówienie przez agencje SEO dla m.in. firm pożyczkowych (tzw. zaplecza), a także cała masa blogów-słupów ogłoszeniowych z bankowymi promocjami. Rzecz jasna naszpikowanych po brzegi linkami z programów partnerskich.

Kiedyś już sobie na to zjawisko ponarzekałam. Nieraz, gdy otwieram agregator blogów finansowych, wyskakuje mi pod rząd X wpisów traktujących o tej samej promocji w banku XYZ. Z niemal identycznymi tytułami, różniącymi się pojedynczymi wyrazami.

Teraz pomyślałam, że do takich stron pasuje określenie „blogi afiliacyjne”, a nie „blogi finansowe”…

Weźmy sobie przypadkowego internautę, który trafia na taki agregator. Albo wchodzi na podobne „promocyjne” blogi bezpośrednio przez Google’a. Co sobie o nich pomyśli? Jakie zdanie wyrobi sobie na ich podstawie o całej finansowej blogosferze? A z drugiej strony – czy autorzy tych reklamowych blogów wezmą na siebie odpowiedzialność, gdy nakłonią mniej obeznanego w tematach finansowych człowieka do zainwestowania pieniędzy w coś, na czym tenże się przejedzie? W coś, czego sami dokładnie nie zgłębili, nie zweryfikowali, nie przeanalizowali?

Da się też zaobserwować boom na płatne kursy, ebooki, videotutoriale itp. oferowane przez blogerów i blogerki. Nic do nich nie mam – jest zapotrzebowanie, są i odpowiednie produkty. Jeśli kupujący jest gotowy wydać określoną sumę pieniędzy na ofertę blogera finansowego, wszystko moim zdaniem gra.

Jednak znów, szokuje mnie nieco mnogość tego typu produktów. Mnie samej parę razy chodziło po głowie pójście w tym kierunku, ale póki co nie chcę powielać wyeksploatowanych już pomysłów.

A może to pułapka?

Tak się zastanawiam: czy brać blogerska nie dała się załapać w pułapkę sukcesu kilku wybrańców? Czy jako społeczność nie myślimy trochę obsesyjnie o tym, by powtórzyć sukces Tomczyka, Szafrańskiego, Flynna, Adeney’a (wstaw dowolne znane nazwisko przedstawiciela blogosfery, który na blogowaniu zbudował swoją niezależność finansową 😉 )?

Lektura książki Michała Szafrańskiego „Zaufanie, czyli waluta przyszłości” uświadomiła mi, że niewielu blogerów osiągnie to, co Michał. Po prostu mało kto jest gotowy lub może sobie pozwolić na takie poświęcenie i mrówczą robotę nad blogiem. Dosłownie „rzucam wszystko, będę blogować”. Przecież po to, aby blog JOP „zaskoczył”, Michał zarwał wiele dni, wieczorów i poranków.

W jednym fragmencie przyznał wręcz, że jego rodzina straciła na jakiś czas męża, ojca i że nie czuł się z tym dobrze. Ile osób jest gotowych na coś takiego? Ile znajdzie zrozumienie i wsparcie u najbliższych do swojego „bzika”? I ile zbudowało na tyle solidne zabezpieczenie (kłania się poduszka finansowa, ha!), by pozwolić sobie tak zaryzykować? By postawić wszystko na jedną kartę i sprawdzać różne scenariusze działania na przestrzeni wielu miesięcy?

Podziwiam Michała i to, co i jak zrobił wokół bloga. Ale martwi mnie, że wiele osób chce iść na skróty, by zarobić na (pseudo)blogowaniu. Inna część przedstawicieli blogosfery finansowej ślepo wierzy, że i im się kiedyś uda bez większych wysiłków, bo ktoś już przetarł szlak i pokazał, że można. Smutna konstatacja jest taka, że szanse na takie samo powodzenie są niewielkie. Zwłaszcza, jeśli głównym celem jest szybki zarobek, a nie pomoc w rozwiązywaniu realnych problemów czytelników i czytelniczek.

Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za przydatny?
Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się nim ze znajomymi!
Możesz też polubić Kobiece Finanse na Facebooku lub śledzić mój blog na Twitterze!
Wtedy zawsze będziesz na bieżąco z nowymi wpisami, ciekawostkami, wartymi odnotowania wydarzeniami i poradami 🙂

20 komentarzy do wpisu „Czy bloger finansowy musi zarabiać na swoim blogu?”

  1. Wiesz, Dana, mnie martwi totalne niezrozumienie u przeciętnego cztacza/autora blogów, skąd się wziął sukces rzędu JOP [wstawić dowolny sukces blogerski w to miejsce].
    JOP: Michał zajmował się tym zawodowo. Nie ukrywał tego, pisał o tym wielokrotnie, opisywał stosowane narzędzia i napisał o tym mnóstwo tekstów, na blogu i w swoich książkach. Blog stał się jego produktem, kwintesencją i realizacją umiejętności zawodowych dotychczas sprzedawanych w formie umowy o pracę dla konkretnych zatrudniających. On doskonale wedział co robi, tworząc swój produkt. Przygotował się do tego finansowo, traktował to jako pracę i inwestycję. Widać to w każdym aspekcie blogowania gdy spojrzy się na sam początek.
    A inni? W większości nie posiadają nawet części umiejętności, jakie widać w stworzeniu marki i produktu u Michała Szafrańskiego. To nie jest coś, co się wydaje – to się „nie udało” samo z siebie. To zwyczajnie, efekt konkretnej pracy – tego ludzie najczęściej nie rozumieją, zapatrzeni w sukces finansowy.
    Zaślepieni na efekcie, nie rozumieją, że to pewien proces doprowadził do takiego a nie innego sukcesu zawodowego i finansowego. Dokładnie jak piszesz. Autorzy zakładają bloga, który staje się afiliacyjnym. Nie mają nie tyle pomysłów na siebie, co przede wszystkim – wiedzy zawodowej niezbędnej ku temu, by w jakiejś części wykreować z sukcesem siebie i swoją markę. Żadnego pomysłu na to.
    To było też powodem, dla którego ja przestałam blogować a skupiłam się na innej aktywności i kreowaniu marki w sieci. Zamiast pisać anonimowego bloga, przeniosłam się na fora fachowe. Dzisiaj przynosi mi to wymierne efekty, zarówno w kwestii marki jak i przepływów finansowych, wynikających bezpośrednio z zaufania do tego, co robię i jak robię. Nie mam umiejętności produktowych na poziomie Michała Szafrańskiego, ale zbudowałam sobie renomę i biznes dzieląc się darmowo (i dalej to robię) wiedzą na forach fachowych, w dziesiątkach rozmów, wiadomości prywatnych. Biznes buduje się na zaufaniu, na pokazaniu powodów, z których wynika to zaufanie do naszej marki.
    Wszystkie te blogi finansowe były budowane nie tyle z niewłaściwych powodów, bo takich nie ma, co z innym celem niż ci, którzy odnieśli sukces w tej formie – i z innym poziomem umiejętności.

    • Świetne podsumowanie.

      Dodam, że są strony, które wcale nie idą na skróty, autorzy wcale nie pracują mniej od Michała, ale nie odnoszą takich sukcesów. Zarabiają na pewno, ale o kilka rzędów wielkości mniej niż Michał, który po prostu wszystko wykonał wzorowo.

      • To prawda. Dużą rolę odgrywa tu także obcinanie organicznych zasięgów przez Google’a, który od około 2 lat promuje wykupywanie u niego reklamy. Jeśli ktoś chce jednak oprzeć pozyskiwanie czytelników przez naturalny organic search, to nowym blogom lub autorom, którzy nie promowali się kilka lat temu intensywnie poprzez budowanie dużej bazy backlinków do-follow (w wyniku np. wpisów gościnnych), aktualnie o wiele trudniej jest się przebić na pierwsze trzy strony wyników. A smutna prawda jest taka, że statystycznie jeśli Twój link nie znajduje się na którymś z pierwszych miejsc wyników wyszukiwania, to mało kto na niego trafi przez wyszukiwarkę 🙁

  2. Cześć, Dana 🙂

    Zawdzięczam Ci kolejną wzmiankę – jest mi bardzo miło. Pozwól, że się wypowiem.

    Najpierw o tej wzmiance: rzeczywiście, sformułowałem taką tezę. Uważam mianowicie, że wiele blogerek i wielu blogerów finansowych zwyczajnie naciąga czytelników na kursy, szkolenia, ebooki i webinary zawierające bezwartościową „wiedzę”, dostępną zresztą w internecie za darmo. Ludzie mający problemy finansowe inwestują w takie rzeczy w nadziei, że im się od tego poprawi, choć w rzeczywistości poprawia się tylko samozwańczym nauczycielom, którzy na tej pseudoedukacji zarabiają.

    Co do tego zarabiania i agregatora finansowego – myślę, że to problem całej blogosfery, nie tylko finansowej. Sukces paru osób jeszcze przed Szafrańskim przekonał tysiące innych do udanych lub nieudanych prób uwolnienia się od normalnej pracy i przejścia na blogowanie. Coś, co kiedyś było tylko piękną pasją, zamieniło się w komerchę. Trudno znaleźć blog bez zakładki „współpraca”. BTW: ja jej nie mam 🙂

    Wiesz, ja mam głębokie wewnętrzne przekonanie, że prawdziwym problemem nie są blogerzy, ale ich publiczność. Pamiętasz może taką scenę z ostatniego odcinka serialu „Nikodem Dyzma”, w której grany przez Wojciecha Pokorę hrabia wyśmiał głównego bohatera, ale nie zapomniał też wykrzyczeć: „To wy wywlekliście to bydlę na piedestał!”. To czytelnicy uczynili blogowanie niektórych żyłą złota, nie patrząc na to, ile ono rzeczywiście jest warte.

    To jest prawdziwy problem. Gdyby nikt nie odwiedzał tych żałosnych blogasków naszpikowanych do granic bankowymi promocjami typu „stówka za konto”, gdyby nikt tam kont przez afiliacyjne linki nie zakładał, toby po tym chłamie nawet kurz nie został. Ale jest inaczej. Podobnie, gdyby tysiące naiwnych nie kupowało tych „kursów” i „szkoleń”, to nie opłacałoby się ich tworzyć.

    A agregator? Dobrze wiem, o którym mówisz. Kilkakrotnie usiłowałem dodać tam mój Multiporadnik, ale to jest pisanie na Berdyczów. Ostatnia aktualizacja listy blogów miała miejsce w czerwcu 2018. Myślę, że nikt już się tym blogiem nie opiekuje, on po prostu sobie jest, zapomniany przez Boga i ludzi. Ale znów: gdyby nie agregował tych blogasków z promocjami, toby Cię one w oczy nie kłuły, może nawet nie wiedziałabyś, że tyle ich jest.

  3. Jest dużo płaszczyzn, o których warto mieć pojęcie, prowadząc bloga – i nie mówię tutaj o głównym temacie. Warto wspomnieć chociażby o marketingu, który dla blogerów powinien być bardzo ważny

  4. Ja do swojego bloga również dopłacam – ale mam „misję” ukazania w Polsce minimalizmu jako stylu życia dającego dużo radości, a nie jako skąpstwa i wyboru z przymusu (z biedy). Im więcej osób zauważy, że podążanie za reklamą nie jest niczym dobrym, tym lepiej! Oczywiście, mam w swoich postach zaszyte linki z afiliacją, ale informuję swoich czytelników o tym, że to, co polecam jest w pełni ze mną zgodne i że sam z tego korzystam.
    Co do blogerów typowo afiliacyjnych – nie mam nic absolutnie przeciwko! Przecież robią dobrą robotę, szczegółowo tłumacząc na prosty język warunki promocji bankowych. Sam niejednokrotnie skorzystałem z ich poleceń i dzięki temu mam więcej pieniędzy na koncie. Sytuacja win-win 🙂

  5. Blog nie musi zarabiać ale daje klientów. Mówisz o SEO, że po sukcesie Michała pojawiła się tona blogów z „fantazyjnie” przygotowanymi tekstami pod kątem SEO. Takie blogi powstają odkąd pamiętam (od 2005 roku) i to żadna nowość.

    Problem jest inny – blogi finansowe, jakiekolwiek, ale robione pod SEO, wzmacniają dużych graczy (np porównywarki finansowe czy ubezpieczeniowe) – bo na tę chwilę tak działa algorytm Google i bez tego nie staniesz się dużym chcąc przegonić wielkich. Niestety ale afiljacja, gdy powstaje w jakiejś branży, wycina to co dobre.

    • Dzięki Zgred za ten komentarz, bo to bardzo trafne spostrzeżenie, że opieranie wielu stron o afiliację wzmacnia i tak głównie liderów. Pozdrawiam 🙂

  6. Dana – świetny tekst. Pierwszy wysyp blogów pamiętam po poscie Michała – gdzie rzucił kontrowersyjnym tytułem ile zarobił na linkach afiliacyjnych jakiejś lokaty. Podłapały wszystke większe portale. Michał miał darmową promocję – a my czytelnicy – kolejne 5 tysięcy blogów – głównie o promocjach bankowych – które zwykle 2 lat nie przetrwały 🙂 Wbrew pozorom – blogowanie to nie bułka z masłem 🙂 I nie ma dróg na skróty. Dokładnie tak jak piszesz 🙂 Więc tu chyba bardziej liczy się wytrwałość i ciągłość działania niż huraoptymizm na kilka miesięcy. Tak się nie da 🙂 Ja też bloguję – i też o finansach 🙂 Czasami coś na tym zarobię – w większości nie 😀 Na razie nie promowałam żadnego produktu bankowego.Pewnie to jest sposób – ale wolałabym mieć na blogu wiecznie zielone treści. Niż takie – które po miesiącu są przeterminowane. Tworzenie postów kosztuje mnie sporo wolnego czasu – i jakoś się ze mną kłóci. Przynajmniej na razie. Może za jakiś czas jednak w to uderzę 😉 Nie mówię nie – bo nie wiem co życie przyniesie 🙂 A czy wpadliśmy w pułapkę? Pojęcia nie mam. Ja osobiście traktuję blogowanie jako hobby i odskocznię. Miejsce gdzie mogę wyrazić siebie. Jeśli przy okazji ktoś to przeczyta i inaczej spojrzy na wychowanie dzieci – już jest super. Jeśli komuś w czymś pomogę – jeszcze lepiej 🙂 Będe miała poczucie – że jednak moje życie miało sens. I to poczucie jest aktualnie dla mnie ważniejsze niż zarobki z bloga. Pewnie – fajnie byłoby zarobić i na tym więcej złotówek 🙂 Jednak – nic na siłę

  7. Ja na swoim blogu na początku roku opublikowałem wpis, w którym przedstawiałem moje zarobki z bloga. Mogę również teraz pochwalić się tym ile zarobiłem na blogowaniu w 2018 roku- 0 zł.

    Nie prawdą zatem jest, że każdy bloger finansowy zarabia 🙂

  8. Blogowanie to przede wszystkim pasja, hobby i głównie z tego powodu ludzie je zakładają. Ja również zakładając swoją stronę, nie myślałem o pieniądzach. Chciałem pomóc szerzyć wiedzę o finansach osobistych wśród znajomych i obcych mi ludzi. Nie ukrywam jednak, że miło by było zarobić na tym kilka złotych, które pokryłyby chociaż koszty takiej działalności.

    Mam jednak wrażenie, że takich stron, gdzie znajdziemy jednak dużo ciekawej treści, mądrych artykułów i merytorycznych wypowiedzi jest więcej niż tych z linki affiljacyjnymi i kursami ( przynajmniej jeśli chodzi o blogi finansowe). Lista blogów na które zaglądam, bo wiem, że znajdę tam coś co mnie ubogaci jest na prawdę bardzo długa i wiem również, że ich autorzy nie liczą na zyski tylko robią to z czystej pasji i chęci pomocy innym.

    • Widzisz Wojtku, bo Ty te afiliacyjne blogaski po prostu odsiewasz i tworzysz sobie bazę stron wartych odwiedzana z uwagi na merytoryczne treści. Ja tych afiliacyjnych blogów też nie czytuję, są często jak klony o tych samych treściach, ale widzę skalę zjawiska obserwując niektóre agregatory finansowe. Faktem jest, że dużo takich blogów dość szybko odchodzi w zapomnienie i znika z sieci; bo jeśli masz 10 stron o podobnym ostatnim wpisie, to tylko jedna z nich będzie beneficjentem klików – ta, która na liście pojawi się najwyżej, opublikuje informację o promocji jako pierwsza, reszta raczej przejdzie po ścianie agregatora bez echa…

  9. Nie każdy blog jest tworzony w celach zarobkowych, mam wrażenie iż ostatnio zrobiła się na to moda i bardzo spora ilość blogów jest robiona na siłę i w bardzo krótkim czasie po prostu pada. Blog trzeba tworzyć z pasją – wtedy ma sens.

  10. Wydaje mi się że niechęć do publikowania wyników finansowych bloga wynika w dużej mierze z mentalności. U nas nie mówi się otwarcie o zarobkach, ba, często nawet nie są one podane w ogłoszeniach o pracę I traktowane są jak temat tabu. A z drugiej strony, na fali tych wszystkich wpisów o sukcesach ludzie chcą je powtórzyć. Niezależnie od dziedziny. Dlatego internet jest zalany blogami nastawionym wyłącznie na zarobek gdzie zapomniane jest budowanie zaufania, o którym piszesz.

  11. Ja swojego bloga, który jest częściowo finansowy traktuję jako odskocznię – najpierw od „nudy” siedzenia na macierzyńskim, teraz by odreagować po pracy. Mam po prostu taką potrzebę swojego dodatkowego świata i blog mi to idealnie zapewnia.
    Nie mówię, że nie chciałabym na pewnym etapie zarabiać w jakimkolwiek stopniu na blogu (chociażby po to by pokryć jego koszty), ale na pewno nie chciałabym by stał się źródłem utrzymania. Nie mam talentu Michała Szafrańskiego, a bardzo nie chciałabym tanio sprzedawać się i publikować wpisy afiliacyjne lub SEO. Niestety wiele osób zachłysnęło się możliwością zarabiania na blogu nie zdając sobie sprawy z tego, że to też jest ciężka praca, i że za sukcesem największych blogerów stoją tysiące godzin poświęconych blogowi. Po sukcecach Michała, Marcina Iwucia powstało mnóstwo blogów nastawionych na zysk. Zresztą podobnie było z blogsferą parentingową.

  12. Tak naprawdę to sam bloger decyduje na czym będzie zarabiać, czy będzie zarabiać itd. Nie ma żadnych przymusów. Największy sukces osiąga taki bloger wtedy, kiedy rzeczywiście znajduje przyjemność w blogowaniu, a przy okazji może na tym zarobić. 🙂

Dodaj komentarz