Finansowa Forteca – recenzja

Gdy Marcin Iwuć, autor bloga Finanse Bardzo Osobiste, ogłosił ponad dwa lata temu, że napisze podręcznik inwestowania – kilkanaście miesięcy później zdradzając jego tytuł, „Finansowa Forteca” – blogosfera i czytelnicy wstrzymali oddech. Tym bardziej, że autor zaczął określać go mianem „najlepszej książki o inwestowaniu”. Pojawiły się pytania, czy da się zawrzeć najważniejsze informacje o inwestowaniu w jednej publikacji? Czy o inwestowaniu można napisać w sposób zrozumiały dla laika, poprowadzić go za rękę po labiryntach trudnych terminów, mechanizmów rynkowych i wzorów? Byśmy mogli uzyskać odpowiedzi na te pytania, przyszło nam czekać do jesieni 2020 roku. Minęło kilka miesięcy od premiery i chwili, gdy „Finansowa Forteca” trafiła w moje ręce. Czy spełniła ona oczekiwania? Czy autor sprostał wyzwaniu i wysoko ustawionej poprzeczce? Opasła i ambitna książka wymaga podobnej recenzji, dlatego zarezerwuj sobie więcej czasu – poniżej możesz przeczytać moją opinię i dokładną analizę książki.

„Finansowa Forteca” i związane z nią oczekiwania

Nadzieje i obawy

Dzisiaj Marcin Iwuć jest na tyle znaną osobowością polskiej blogosfery, że postanowiłam darować sobie notkę biograficzną. Na samym początku recenzji podlinkowałam jego blog, więc jeśli nazwisko Iwuć nic Tobie nie mówi, po prostu zajrzyj na stronę autora 🙂

A tymczasem chciałam poświęcić kilka akapitów na moje przemyślenia związane z powstawaniem „Finansowej Fortecy” i „grillowaniem” tego tytułu.

Nie będę ukrywać, że sama z wielkim zainteresowaniem śledziłam kolejne relacje na blogu Marcina dotyczące prac nad „Finansową Fortecą”. Wierni czytelnicy doceniają sposób przekazywania wiedzy przez Marcina i wysoki poziom merytoryczny publikowanych przez niego treści. Nie tylko artykułów, ale też podcastów i live’ów w social mediach.

Przyzwyczajeni do wysokiej jakości, którą Marcin serwuje odbiorcom od lat, pokładali w „Finansowej Fortecy” ogromne nadzieje. Ale mieli też obawy, czy aby Marcin nie podszedł do tematu zbyt ambitnie.

Gdy człowiek słyszy wyrażenie „książka o inwestowaniu”, przed oczami staje mu np. „Inteligentny Inwestor” Benjamina Grahama. Czyli pokaźne tomiszcze, ogromna dawka wiedzy, ale też nie dla każdego lekkostrawna i do łatwego przyswojenia. No i też nie traktująca o świecie inwestycji jako całości, a tylko o konkretnym jego wycinku. W przypadku przywołanego Grahama, o inwestowaniu w wartość na giełdzie.

Czy da się zatem pożenić w temacie inwestowania prostotę z wysoką wartością merytoryczną i rozległym zakresem tematycznym?

Jakby nie patrzeć, jeszcze nikt nie podjął się dotychczas w Polsce tak kompleksowego potraktowania tematu inwestowania. Ujęcia zagadnienia z szerszej perspektywy, ale bez trywializmów i uogólnień. Profesjonalnie, a jednocześnie w taki sposób, by treść takiej publikacji była zrozumiała dla zwykłego zjadacza chleba.

Nic dziwnego, że wśród czytelników zaczęło się emocjonalne wyczekiwanie na „najlepszą książkę o inwestowaniu”.

Hype na „Finansową Fortecę”

Nazywam to efektem Cyberpunka. Przez lata jesteśmy szykowani do otrzymania produktu najwyższej jakości, przełomowego, rewolucyjnego, top of the top. Im więcej odbiorca słyszy obietnic o nieprzeciętności produktu, tym bardziej rosną też jego oczekiwania.

Człowiek się nakręca, a wraz ze zbliżaniem się daty premiery rośnie jego entuzjazm i podniecenie. Napięcie związane z oczekiwaniem szybuje hen wysoko, poza skalę. W mediach robi się wokół premiery coraz więcej szumu. A to dodatkowo podgrzewa emocje.

W świecie gier komputerowych taki stan emocjonalnego napięcia w oczekiwaniu na jakiś tytuł nazywa się „hype”. I podobny hype powstał w przypadku książki „Finansowa Forteca”.

Uspokoję jednak: w przeciwieństwie do gry Cyberpunk 2077, wokół której narosło wiele kontrowersji po premierze, jakościowo „Finansowej Fortecy” nic nie można zarzucić. Chociaż przyznam, że dałam się nieco ponieść hype’owi i po jej przeczytaniu doszłam do wniosku, że… Nie wywołała u mnie takiego efektu WOW, jakiego się spodziewałam, mimo że książka sama w sobie jest wyśmienita.

Czy będzie nowy rekord?

Nie ukrywajmy, był też inny czynnik, który podkręcał temperaturę wokół powstawania „Finansowej Fortecy”.

Wiele osób było ciekawych, czy Marcinowi uda się pobić rekordy popularności i sprzedaży książki Michała Szafrańskiego pt. „Finansowy Ninja”, która od dnia premiery sprzedała się w nakładzie przyprawiającym o zawrót głowy. Czy da się powtórzyć tak ogromny sukces? Za wcześnie, by osądzać. Czas pokaże. Już teraz możemy jednak mówić o „Fortecy” jako bestsellerze.

Takie pytania i porównania mnie nie dziwią, tym bardziej, że Marcin postanowił wydać swój tytuł w modelu self-publishing. Szedł więc szlakiem w Polsce przetartym i dokładnie opisanym przez Michała m.in. na jego blogu Jak Oszczędzać Pieniądze.

W dyskusjach pojawiały się ponadto obawy, czy będzie sens kupować „Finansową Fortecę”, jeśli ktoś posiada już „Finansowego Ninja”, czy te treści przypadkiem nie będą się powielać. Obawy tego typu szybko rozwieję: zdecydowanie treści w tych książkach się NIE powielają.

Gdybym miała to ująć jednym zdaniem: „Finansowy Ninja” to podręcznik idealny do przyswojenia fundamentalnej wiedzy finansowej, który stanowi dobrą bazę do zagadnień omawianych na łamach książki Marcina Iwucia.

Lekturę obu tych tytułów postrzegałabym raczej jako kolejne kroki stawiane na ścieżce rozwoju przez czytelnika. Ewolucji z osoby świadomie oszczędzającej i dbającej o bezpieczeństwo finansowe w początkującego inwestora.

Premiera „Finansowej Fortecy” w czasie pandemii

Jest jeszcze jedna rzecz, której poświęcę nieco miejsca, nim przejdziemy do właściwej części recenzji. Chodzi mi o czas, w którym „Finansowa Forteca” ukazała się na rynku, czyli w trakcie epidemii koronawirusa.

Dla wielu przedsiębiorców rok 2020 był czasem próby, w którym musieli nieraz zmienić całkowicie sposób działania, by w ogóle utrzymać się finansowo na powierzchni. Odnoszę wrażenie, że rok 2021 będzie dla wielu z nas rokiem próby jeszcze większej.

Tymczasem dla twórców internetowych pandemia okazała się zdecydowanie łaskawsza, a dla niektórych stanowi wręcz idealny moment, by złapać większy wiatr w biznesowe żagle.

I mam nieodparte wrażenie, że na podobną falę wznoszącą trafił Marcin z premierą „Finansowej Fortecy”. To dobry moment na wydanie takiej książki. Oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych jest żenująco niskie, co skłania wiele osób do przełamania strachu przed inwestowaniem – szukają różnych sposobów dywersyfikacji.

Niestety, często gorączkowo szukają też „złotych rozwiązań” i robią to np. wśród znajomych. Ostatnio z ust osoby z bliskiego mi kręgu usłyszałam, że teraz trzeba kupować ziemię, bo „bogaci ludzie mówią, że trzeba kupować ziemię, a oni wiedzą, co robią”. Trudno skomentować taki argument bez parsknięcia śmiechem…

„Finansowa Forteca” alternatywą dla samozwańczych guru inwestycji

Nie da się ukryć, że w całym tym ludzkim rozgorączkowaniu pojawili się naciągacze, wietrzący szybki i łatwy zysk płynący z cudzej niewiedzy, emocji i naiwności. Naganiacze wciskający „pewny zysk” we wszelkiej maści szemranych inwestycjach wyrośli w czasie pandemii jak grzyby po deszczu. Niektórzy dali się im namówić, nieraz płacąc za to słoną cenę.

Skuteczną tarczą chroniącą przed takimi cwaniaczkami jest „Finansowa Forteca”. Książka, która nie obiecuje niestworzonych zysków, nie rekomenduje żadnych konkretnych rozwiązań, ale która pozwoli dobrze nawigować po całym tym inwestycyjnym oceanie. Stanowi kompas. I zmusza do samodzielnej analizy i MYŚLENIA.

Marcin Iwuć wielokrotnie podkreśla na łamach swojego podręcznika, jak powinno wyglądać racjonalne podejście do inwestowania. Najpierw staranna analiza inwestycji, potem zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa dla naszych pieniędzy, a dopiero na końcu sprawdzenie rentowności. Tymczasem ludzie w koronapanice patrzą tylko na ten ostatni krok (spodziewane zyski), zupełnie pomijając dwa pierwsze.

„Finansowa Forteca” może podziałać na takich rozgorączkowanych ludzi jak kubeł zimnej wody. Przynosi otrzeźwienie i pokazuje, jak podejść do tematu na spokojnie, bez pośpiechu, z cierpliwością i odpornością na różne finansowe zakręty.

Finansowa Forteca - Marcin Iwuć - cytat o spekulacji

To jest największa zaleta tej książki. Jakie są pozostałe? Przeczytasz nieco dalej w części „Co mi się podoba w książce „Finansowa forteca”.

Najpierw jednak zajrzyjmy do jej spisu treści.

Zawartość „Finansowej Fortecy”

Książka podzielona jest na 3 duże części oraz tzw. „Dodatek dla dociekliwych”:

1. Podstawy strategii

Pierwsza część książki przypomina długi esej. Autor przedstawia, jak nazwa wskazuje, podstawy: pisze o konieczności wyznaczania celów finansowych, o tym, że nikt nie zwalnia z nas myślenia o sposobach lokowania własnych pieniędzy i ponoszenia odpowiedzialności za podjęte ryzyko. Każdy sam jest swoim najlepszym doradcą finansowym. Nie powinniśmy więc ślepo wierzyć innym, a tym bardziej podążającemu za modą tłumowi.

Znajdziemy tutaj też rozdział o tym, na czym polega cykliczność rynku, co wpływa na PKB. Taka wiedza o działaniu gospodarki w pigułce.

Dużo miejsca poświęca Marcin też psychologicznym aspektom inwestowania. Odpowiada na pytanie, co trzeba zrobić, zanim zdecydujemy się zainwestować w cokolwiek. Przekornie wskazuje też, kiedy nie powinniśmy inwestować.

Opisuje strategię 3 portfeli, z czego każdy z nich powinien być zbudowany i dlaczego. Te 3 portfele są dla niego niezbędne przy racjonalnym i spokojnym inwestowaniu, nazywa je następująco:

  • cytadela – tworzy ją finansowa poduszka bezpieczeństwa,
  • mury obronne – stanowi je inwestycyjny portfel o charakterze defensywnym, długoterminowy,
  • koszary wojskowe – portfel ofensywny, generuje największe stopy zwrotu, ale i pociąga za sobą największe ryzyko.

To właśnie te 3 elementy tworzą tytułową finansową fortecę.

2. Elementy strategii

Ta część ma charakter bardziej encyklopedyczny. Przypomina leksykon, w którym opisane zostały najważniejsze klasy aktywów, w które możemy inwestować: akcje, obligacje, złoto i surowce, nieruchomości, przedmioty kolekcjonerskie, waluty i kryptowaluty.

W dalszej części omawiane są różne formy „opakowań” aktywów: rachunek maklerski, fundusze inwestycyjne zarządzane aktywnie, fundusze indeksowe oraz ETF, polisy ubezpieczeniowe UFK, antypodatkowe pokrowce emerytalne (IKE, IKZE, PPE, PPK).

Opisy tych elementów są bardzo szczegółowe. Marcin przedstawia plusy i minusy każdego rozwiązania, przybliża wiążące się z nimi ryzyka. Są takie aktywa i ich „opakowania”, które nienachalnie faworyzuje, ale są i takie, które wprost odradza i uzasadnia, czemu (vide: UFK).

Co ciekawe, przez wiele stron chłodno tłumaczy, dlaczego inwestorzy indywidualni na giełdzie są na dość przegranej pozycji oraz że dużo działań przez nich podejmowanych nie ma de facto nic wspólnego z inwestowaniem. Tym stwierdzeniem z pewnością u niektórych graczy giełdowych wywoła głosy wzburzenia 😉

"Finansowa Forteca", cytat o inwestorach indywidualnych

3. Realizacja strategii + Dodatek dla dociekliwych

W porównaniu do dwóch poprzednich części, ta jest relatywnie krótka. Część trzecia to tak naprawdę zbiór 31 najczęściej zadawanych pytań przesłanych przez czytelników bloga „Finanse bardzo osobiste” i próba Marcina odpowiedzenia na nie (tzw. FAQ).

Oto niektóre spośród nich:

  1. Czy finansową poduszkę bezpieczeństwa lokować w waluty obce i złoto?
  2. Mam wolne 10 tys. zł. W co zainwestować?
  3. Czy warto wykorzystać IKE do przechowywania poduszki finansowej?
  4. Boję się inwestowania w ryzykowne aktywa. Co robić?
  5. Jakie strategie są polecane dla osób, które chcą minimalizować ryzyko w inwestowaniu?
  6. Jak inwestować, gdy ma się mało czasu?
  7. Jak mądrze inwestować w okresie bessy na giełdzie?
  8. W co inwestować, gdy ma się 20, 30, 40, 50 i więcej lat?

Natomiast w „Dodatku dla dociekliwych” znajdziemy pogłębienie niektórych zagadnień omawianych wcześniej w całej książce. Są to często szczegóły „techniczne”, trudniejsze, dlatego autor zdecydował się je wydzielić do osobnego rozdziału. Nie każdego zainteresują i nie każdemu są do szczęścia potrzebne.

Przeczytamy tu m.in. o pięciu dodatkowych strategiach inwestowania w akcje, czym jest krzywa rentowności, jak popyt i podaż wpływają na ceny obligacji, o specyfice funduszy dłużnych czy o metodzie obliczania historycznych stóp zwrotu.

Co mi się podoba w książce „Finansowa Forteca”

Wysoka zawartość merytoryczna podana zjadliwie

Ogromnym atutem „Finansowej Fortecy” jest prosty i barwny język, którym Marcin Iwuć opisuje nieraz bardzo trudne zagadnienia w przystępny sposób. Najlepszym tego dowodem jest to, jak szczegółowo, a jednocześnie bez przynudzania, zostały opisane różne klasy aktywów.

W książce pojawiają się też wzory matematyczne, ale nie odstraszają. Zostały przez Marcina rozebrane na mniejsze elementy i „oswojone”.

Nie ma tu mowy o ciągnących się na setki stron blokach jednolitego tekstu. Przeplatają go liczne schematy, diagramy, wykresy (aż 101!), listy i tabele. Dzięki nim całość łatwiej się czyta i szybciej przyswaja wiedzę.

Autor nie udaje, że pozjadał wszystkie rozumy i jest nieomylny

Marcin Iwuć nie pisze do nas z pozycji mentora, któremu należy ślepo wierzyć na słowo. Wręcz przeciwnie. Niejednokrotnie podkreśla, że rozwiązania dobre dla niego niekoniecznie muszą być takimi dla innych. I żeby wszystkie jego wskazówki poddać samodzielnej, krytycznej analizie.

Nie zadziera nosa i nie udaje, że wie wszystko. W kilku miejscach przyznaje, że nie czuje się ekspertem w jakimś zagadnieniu. To powoduje, że czytelnik ufa mu, iż nie zostanie wywiedziony w pole, bo autor jest z nim szczery.

Wrażenie to potęgują dodatkowo życiowe wstawki, w których Marcin obnaża własne finansowe błędy. Opisuje swoje chybione wybory inwestycyjne i ich konsekwencje.

Pewnie wiele osób znajdowało lub znajduje się w podobnych sytuacjach, które nakreśla nam na łamach książki Marcin. To może pomóc im w podjęciu właściwych decyzji. No i stanowi to kolejny element, który skraca dystans między autorem a czytelnikiem. Można pomyśleć: „swój chłop, jeden z nas, żaden finansowy półbóg”.

Słowem-kluczem w podejściu Marcina do inwestowania jest POKORA. I daje nam to jasno do zrozumienia podczas lektury „Finansowej Fortecy” na każdym kroku.

Cytat o podejściu do inwestowania: "Musisz wyrobić sobie własną opinię."

Liczne ciekawostki historyczne i anegdoty

Książka o inwestowaniu – to brzmi nudnie. Ale nie w przypadku „Finansowej Fortecy”. Czyta się ją jak zręcznie napisaną historię. Czasami nawet napotkamy na momenty z zaskakującym zwrotem akcji. To wszystko dzięki opowiadaniu przez Marcina wielu ciekawostek historycznych i anegdot.

Jak opisać i wytłumaczyć, czym jest inflacja i jakie pociąga ze sobą konsekwencje, żeby czytelnik nie zasnął z nosem w książce? Bach, proszę bardzo: mamy zaserwowaną historię hiperinflacji w Republice Weimarskiej z roku 1923, zilustrowaną archiwalną fotografią, która może wstrząsnąć (str. 44).

Jak udowodnić, że psychika i emocje mają często w inwestowaniu większe znaczenie niż posiadana wiedza? A na przykład opowiadając inwestycyjne perypetie genialnego Izaaka Newtona przy zakupie akcji Kompanii Mórz Południowych w latach 1719-1720 (str. 193-197).

Takich wstawek pobudzających wyobraźnię jest w „Finansowej Fortecy” sporo. Odbiorca zastanawia się, co stanie się dalej? Lektura książki jest więc urozmaicona i nie nuży. Super!

Ładna i przejrzysta oprawa graficzna sprzyjająca utrzymaniu uwagi

Napiszę od razu, żeby nie zapomnieć: ilustracje od Zucha dodają humoru i fajnego klimatu całej książce. Ich umieszczenie to był bardzo dobry ruch.

Od razu widać, że nie będzie w „Finansowej Fortecy” drętwoty, a autor pozwolił sobie na szczyptę luzu. Podobnie jak wcześniej wspomniane anegdoty, jest to atrakcyjny element „Finansowej Fortecy”, który wyróżnia ją spośród wielu innych książek finansowych.

Ale ilustracje to nie wszystko. Książkę cechuje estetyczny minimalizm. Nie atakuje nas w niej feeria barw. Próżno szukać tu niepotrzebnych ozdobników i zapchajdziur graficznych.

Nowe rozdziały wyraźnie sygnalizowane są wkładką kolorystyczną z ciekawym, nawiązującym do prezentowanej treści cytatem i wspomnianymi ilustracjami od Zucha. Kluczowe fragmenty książki są pogrubione, wypunktowane lub ujęte jako motto/cytat.

Wizualny minimalizm sprzyja zachowaniu skupienia, nie odciąga uwagi na esy-floresy. Bardzo lubię taką przejrzystość i czytelność w książkach, ułatwia to zapamiętywanie.

Brak jednoznacznych rekomendacji – w zamian sami musimy pomyśleć

Nie ma w „Finansowej Fortecy” naganiania na konkretne produkty. Autor jest obiektywny, stara się rzetelnie omówić wszystkie znane mu plusy i minusy różnych typów inwestycji.

Na końcu każdego rozdziału podsuwa nam pytania, które zmuszają do myślenia (i które przy okazji sprawdzają, na ile uważnie czytaliśmy książkę). Jest nad nimi pracować tym łatwiej, że na potrzeby analizy przeznaczono całkiem sporo miejsca na własne notatki. Są to wręcz mini-zeszyty ćwiczeń na końcu rozdziałów.

Zadania wymagają koncentracji, sięgania do poznanej teorii i przeniesienia jej na praktyczny grunt. Często są to pytania, wymagające rozpoznania własnej sytuacji i próby znalezienia zastosowania przedstawionej wiedzy w naszym konkretnym przypadku.

Każdy czytelnik może odpowiedzieć nieco inaczej, nie znajdzie jednoznacznej odpowiedzi wprost w danym rozdziale. Często trzeba zastanowić się nad kwestiami typu: „Co wiem na ten temat? Co byłoby dla mnie najlepsze? Co jestem w stanie zaakceptować?”. Świetny zabieg, bardzo mi się to podobało.

Finansowa Forteca - cytat o pokorze w inwestowaniu
Inwestowanie to niełatwa sztuka, a nieuzasadniona pewność siebie może sprowadzić nas na manowce.

Umiejętne połączenie wiedzy ścisłej i humanizmu

No dobra, inwestowanie i ekonomia to nie są nauki ścisłe 😉 Ale chodzi mi tu o podkreślenie, że pomimo iż książka opisuje zagadnienia ekonomiczne, to bardzo mocno jest zakorzeniona w wartościach humanistycznych.

Zysk za wszelką cenę to zdecydowanie nie jest motto „Finansowej Fortecy”. Wręcz przeciwnie, na pierwszym miejscu stawiany jest człowiek i jego dobrostan psychiczny, zdrowotny, społeczny, rozwojowy.

Wystarczy zajrzeć do rozdziału „Najważniejsza ze wszystkich klas aktywów”, by się o tym przekonać. W innych miejscach książki też da się zauważyć, że opisane w tym rozdziale 5 kluczowych dla Marcina obszarów stanowi motor napędowy jego działań. A więc przekładają się bezpośrednio na jego strategie inwestycyjne.

Rozdział ten pojawia się znienacka gdzieś po przebrnięciu 3/4 książki i dla niektórych może być zaskoczeniem. Co u diaska robi wstawka filozoficzna-motywacyjna w książce o inwestowaniu?! A jednak!

Dla mnie to strzał w 10, choć osobiście umieściłabym ten rozdział gdzieś na początku książki. Dzięki temu czytelnicy mogliby lepiej (czy raczej: szybciej) zrozumieć, dlaczego Marcin ma takie, a nie inne podejście do finansów, poszczególnych klas aktywów, sposobu inwestowania. Szczególnie, jeśli książka to ich pierwsze „spotkanie” z Marcinem.

…czy mam jakieś „ale”?

TLDR: tak, mam 😉 I o ile większość z tych „ale” to drobnica, która nie wpływa na pozytywny odbiór całości, o tyle jedna rzecz mi w „Finansowej Fortecy” mocno doskwiera.

Jak wspomniałam, książka jest pięknie wydana. Zastosowano w niej dobrej jakości, gruby papier, twardą okładkę… Niestety, niesie to ze sobą ciężkie konsekwencje. Dosłownie ciężkie, bo książka waży, bagatela, 1537 g. Tak orzekła moja waga kuchenna, a ona się nie myli.

„Finansowa Forteca” to cegła w pełnym tego słowa znaczeniu

Rekordowe 800 stron ważące ponad 1,5 kg – dla mnie to dużo. Za dużo.

Sprawa jest na tyle poważna, że… „Finansowa Forteca” nie mieści mi się do damskiej torebki 😀

Swoją torebkę uważałam dotychczas za worek bez dna. Gdzie kącik znajdzie i kosmetyczka, i część zrobionych po drodze zakupów (zamiennie z laptopem), i przysłowiowy śrubokręt.

Nawet jeśli książkę udałoby mi się do niej upchać (nie lada wyzwanie przy twardej obwolucie), bo jednak nie planowałam zrobić po drodze zakupów, a i laptop akurat został w domu, to jej waga skutecznie zniechęcała mnie, by się nią dodatkowo obciążać.

Efekt 1: nie zabierałam „Finansowej Fortecy” ze sobą w żadną mniejszą czy większą podróż. Z powodu jej gabarytów po prostu nie nadawała się dla mnie na lekturę wyciąganą przy okazji wypadów na miasto, jazdy pociągiem, autobusem, tramwajem… Gdy gdzieś wyskoczyliśmy z mężem samochodem, to pakując „materiały rozrywkowe”, również odkładałam „Finansową Fortecę” na bok i wybierałam bardziej poręczne alternatywy.

Gdy piszę „poręczne”, to ma to jeszcze dla mnie drugie dno. Głupia sprawa, ale… „Finansowa Forteca” uświadomiła mi, jak bardzo małe i słabe mam dłonie – i trochę było to dla mnie, hmm, przykre odkrycie.

Podczas stania gdzieś w kolejce (w koronaczasach nierzadka sytuacja, zwłaszcza, gdy coś można załatwić tylko stacjonarnie) utrzymanie w rękach „Finansowej Fortecy” sprawiało mi na dłuższą metę kłopot. Wywoływało fizyczny dyskomfort, a czasem nawet ból. W domu opierałam ją sobie najczęściej o kolana, siedząc wygodnie (albo i niewygodnie) na kanapie. Jednak poza domem takie ułatwienie było poza moim zasięgiem.

Wiąże się z powyższym ściśle efekt numer 2: jako że akurat często-gęsto w ostatnim kwartale minionego roku gdzieś wychodziłam, jeździłam, załatwiałam różne sprawy, to przeczytanie „Finansowej Fortecy” wciąż odkładałam na kolejny dzień, a niekiedy i tydzień.

Do torebki wpadał albo Kindle, albo coś w druku, ale zdecydowanie lżejszego.

Nie lubię przerw w czytaniu, ale nie dałam rady inaczej…

Podczas lektury „Finansowej Fortecy” przeczytałam równolegle 5 innych książek. Z tego tylko powodu, że uciążliwe było dla mnie nosić ją ze sobą. I było to o tyle irytujące, że po powrocie do czytania trudno mi było ponownie się w nią wgryźć i odnaleźć swój rytm.

Trochę zabrało mi to wszystko frajdę z obcowania z nią.

Czytanie książki Marcina rozciągało mi się w czasie niemiłosiernie. Zaczęłam ją we wrześniu 2020, skończyłam w drugiej połowie stycznia 2021 – kilka dni przed napisaniem tej recenzji. Jasny gwint! Kończąc czytać książkę nie pamiętałam, co było na jej początku. Na szczęście robiłam dużo notatek i zaznaczeń, więc uff – łatwo było wszystko, co uważałam dla mnie za ważne, odnaleźć i odtworzyć 😉

Zastanawia mnie, czy ktoś jeszcze zderzył się z takim samym problemem, czy to tylko ja cierpiałam podczas lektury „Finansowej Fortecy” z powodu ułomności kończyn górnych, hehe 😉

Gdyby istniało alternatywne wydanie tej książki, bardziej kieszonkowe, mobilne, to pewnie mój „romans” z „Finansową Fortecą” nie byłby przerywany takimi czytelniczymi skokami w bok.

Co mam na myśli? W tym przypadku bez porównań z książką „Finansowy Ninja” Michała Szafrańskiego się nie obejdzie. Chodzi mi o nieco gorszy, makulaturowy, lżejszy papier plus elastyczną okładkę. W zamian otrzymuję jako czytelniczka większą wygodę w użytkowaniu.

Dzięki zastosowaniu wymienionych „odchudzaczy”, książka Michała przy 540 stronach waży 683 g. Czyli dwa egzemplarze jego książki, łącznie niemal 1100 stron, nadal są lżejsze niż jedna „Finansowa Forteca”.

Wygoda to priorytetowa cecha książki edukacyjnej. Zwłaszcza, gdy określamy ją jako tytuł, z którym chcemy trafić do jak najszerszego audytorium.

Mnie – a zwłaszcza moje plecy – w czasach szkolnych wkurzały ciężkie podręczniki. Cegiełki drukowane czasem nawet na kredowym papierze, które trzeba było po kilka sztuk tachać w tę i z powrotem na trasie szkoła-dom. A Ciebie? Być może dlatego ta kwestia tak bardzo we mnie rezonuje (a konkretnie w moim zdeformowanym kręgosłupie 😉 ).

Zastanawiam się, czemu Marcin nie podzielił „Fortecy” na trzy fizycznie osobne części. Tzn., czemu nie wydał jej w formie np. pakietu 3 tomów w etui sprzedawanych jako całość (coś na wzór wydania choćby Trylogii Husyckiej Sapkowskiego). Z takim założeniem, że nie ma możliwości zakupu każdej części z osobna, bierze się komplet albo nic.

Pytanie, jak znacząco podbiłoby to koszty druku? W sumie wiele chyba Marcin by na tym nie stracił, za to komfort czytania u odbiorcy znacząco by wzrósł. Przynajmniej w moim wypadku. Na pewno zabierałabym takie oddzielne części gdzieś w trasę i ukończyła lekturę znacznie szybciej.

Fun fact: sam Marcin pisał u siebie na blogu, że przy 800 stronach to nie ma bata, będzie ciąć. Stąd pytanie, czemu tak się nie stało, nasuwa się samo. Podzielenie książki na tomy bardzo by pomogło. Poniższy fragment pochodzi z dyskusji pod tym artykułem:

Dyskusja pod artykułem na blogu "Finanse Bardzo Osobiste" Marcina Iwucia.
800 stron? Nieee, niemożliwe… A jednak 🙂 Rafał, wygrałeś toster 😛

Sporo osób pyta o wersję e-bookową „Finansowej Fortecy” i przypuszczam, że jej mała poręczność, tj. jej znaczne gabaryty i waga, są jednym z głównych powodów.

Gdy piszę te słowa, wiadomo już, że Marcin nie ma w planach wydania e-booka w bieżącym kwartale. Trochę szkoda, ale z drugiej strony, nie dziwię mu się. Wykonał solidną, tytaniczną pracę i należy mu się odpoczynek.

I w zasadzie kwestie poręczności to mój jedyny poważny zarzut pod adresem „Finansowej Fortecy”. Reszta to zarzuty, które już nie są takie… Ciężkie 😉

Powtórzenia słowo w słowo w podsumowaniach

Każdy rozdział „Finansowej Fortecy” jest zakończony wyróżnionym graficznie podsumowaniem: streszczeniem w kilku punktach poruszonych w nim kwestii.

Bardzo lubię w książkach takie podsumowania. Szybki rzut okiem na nie pozwala mi nie tylko sobie przypomnieć, o czym traktował rozdział, co było w nim najważniejsze, ale pomaga także w szybkiej nawigacji do istotnych fragmentów w samym rozdziale.

O ile przeważnie najistotniejsze informacje są w takich podsumowaniach skracane i parafrazowane, o tyle w „Finansowej Fortecy” zdarza się, że pojawiają się w formie powtórzeń słowo w słowo pokaźnych fragmentów rozdziałów.

Najjaskrawszy tego przykład znajduje się w podsumowaniu rozdziału o inwestowaniu w złoto. Strona 522 jest niemal przeklejką w całości treści strony 506. Pytanie: po co? Naprawdę nie dało się tego skrócić, przeredagować? Może akurat w to miejsce wskoczyłaby jakaś kolejna wyborna anegdotka.

Na szczęście nie jest to nagminne, więc powielanie treści 1:1, bez przeformułowania, aż tak nie drażni.

Potraktowanie niektórych klas aktywów po łebkach

Rozdziały poświęcone poszczególnym aktywom są w książce bardzo rozbudowane. Niektóre z nich opiewają na kilkadziesiąt stron! Ale kilka rodzajów inwestycji moim zdaniem zostało potraktowanych po macoszemu.

Mam tu na myśli rozdziały o walutach, kryptowalutach, surowcach i przedmiotach kolekcjonerskich. Po ich przeczytaniu odczuwam pewien niedosyt.

O skali rozbieżności niech świadczy fakt, że np. rozdział o walutach to raptem 5 stron treści, a ten poświęcony obligacjom – aż 68 stron. I to licząc ze wspomnianymi podsumowaniami i zestawem pytań dla czytelników.

Marcin w wymienionych rozdziałach często podkreśla, że nie poświęca tym aktywom dużo miejsca, bo albo ich nie ma w swoim portfelu inwestycyjnym, albo mają one dla niego zbyt spekulacyjny charakter. Przy przedmiotach kolekcjonerskich pisze uczciwie, że widzi ogromną dysproporcję w wiedzy między sobą a znawcami tematu i czuje się przy nich jak ignorant.

Marcin inwestuje w wartość, w jego opinii inwestycje powinny opierać się na wnikliwej analizie i zrozumieniu, w co wkładamy pieniądze. Popieram takie podejście i się z nim w 100% zgadzam. Pewnie dlatego podszedł do tych kilku aktywów „jak do jeża”. Co nie zmienia faktu, że po lekturze tych rozdziałów uderzyła mnie ich powierzchowność na tle reszty.

Nie zrozumcie mnie źle, ale według założeń i obietnic autora, trzymam w ręku najlepszą książkę o inwestowaniu napisaną i wydaną w Polsce, która pretenduje do miana podręcznika o inwestowaniu.

Laik, skuszony takimi obietnicami, oczekuje otrzymania kompendium wiedzy. Książki, po której przeczytaniu nie będzie musiał szperać dodatkowo w internecie w poszukiwaniu wyjaśnienia niuansów.

Rodzi to obawy, do jakich miejsc trafi taki czytelnik z niezaspokojonym głodem wiedzy, np. w temacie kryptowalut. Jaka będzie jakość i bezstronność tych materiałów. Gdyby zostały szczegółowo opisane w książce przez Marcina (lub doproszonego przez niego do przygotowania tych rozdziałów eksperta dziedzinowego), to nie wątpię, że byłyby przygotowane rzetelnie.

Sama nie inwestuję we wspomniane aktywa i przez najbliższe lata nie zamierzam. Ich pobieżne opisanie więc mi specjalnie nie przeszkadza. Ale co, gdy ktoś chciał się akurat w tej materii dowiedzieć więcej? Jak duże będzie jego rozczarowanie?

W tym miejscu kończę z marudzeniem! Jak mawia porzekadło – jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził 🙂 Wyżej wymienione rzeczy dla kogoś mogą stanowić mankament nie do przeskoczenia. Ktoś inny nawet ich nie zauważy, tak go pochłonie i zafascynuje „Finansowa Forteca”. Ja zauważyłam, odnotowałam, idziemy dalej.

Dla kogo książka „Finansowa Forteca” jest w sam raz, a kto może ją sobie odpuścić?

No właśnie, czy „Finansowa Forteca” to książka dla każdego?

Komu rekomenduję tę książkę?

„Finansowa Forteca” adresowana jest głównie do osób, które mają opanowane podstawy zarządzania finansami osobistymi, ale dopiero zaczynają swoją przygodę z inwestowaniem.

Znajdą w niej szereg odpowiedzi na fundamentalne pytania:

  • jak stworzyć strategię inwestycyjną,
  • jak budować portfele inwestycyjne,
  • jakie zasady inwestycyjne należy uwzględniać,
  • jak oceniać ryzyko i rentowność,
  • jakie pułapki i koszty pociągają za sobą poszczególne sposoby inwestowania,
  • jakie są fundamenty, na których opiera się inwestowanie w wartość,

itp.

Przyda się ona także każdemu, kto próbował już inwestować, ale bez powodzenia. Z pewnością książka „Finansowa Forteca” pomoże mu w namierzeniu popełnionych błędów i wyciągnięciu wniosków na przyszłość. Pomocna będzie też dla tej grupy odbiorców, którzy dotychczas inwestowali tylko w jeden rodzaj aktywów i chcą zdywersyfikować swój portfel.

Mnóstwo wskazówek znajdą tu osoby, którym zależy na inwestowaniu w wartość, inwestowaniu długoterminowym. Osoby, które chcą rozgraniczyć inwestycje ofensywne od defensywnych i budować zabezpieczenie finansowe np. na emeryturę.

Nie powinno jej także zabraknąć na półce kogoś, kto dotychczas uważał temat inwestowania za zbyt trudny, ale chce dać sobie szansę. Np. omijał go z powodu zawiłych opisów w książkach traktujących o tym temacie. Kogoś, kto skończył z inwestowaniem, nim na dobre zaczął: poddał się, bo „jestem za głupi/-a na to całe inwestowanie”. Albo kogoś, kto na lekcjach matematyki w szkole grał w kółko i krzyżyk, zamiast uważać – i teraz finansowo cierpi 😉

Można zaryzykować stwierdzenie, że książka Marcina Iwucia spadła im z nieba. Nie wywoła wstydu i poczucia winy, że jakieś pojęcie czy mechanizm finansowy jest zbyt skomplikowany i trudny do zrozumienia. Marcin takim czytelnikom wszystko cierpliwie wytłumaczy.

Najlepszym na to przykładem jest rozdział, w którym pojawia się… SUM 🙂 i taki oto wzór przedstawiający sumę przepływów finansowych zdyskontowanych stopą procentową R:

Suma przepływów pieniężnych.
Sum jako symbol sumy. Czyż to nie jest piękne?

Wzór przekształcony na prostą do zapamiętania grafikę to jedno, ale te wszystkie tłumaczenia krok po kroku, co jest tutaj czym i dlaczego, które są rozpisane na kilka stron, to majstersztyk. Naprawdę trzeba się bardzo postarać, by nie zrozumieć przekazu 🙂 Brawa dla Marcina za kreatywność!

Ogółem: jeśli zależy Ci na świadomym, spokojnym i bezpiecznym inwestowaniu… Na zdobyciu wiedzy, która uruchomi Twój instynkt samozachowawczy w obronie przed pułapkami naszej psychiki czy naciągaczami piejącymi o „gwarantowanym, dwucyfrowym zysku” w krótkim czasie – kupuj „Finansową Fortecę” w ciemno!

Komu nie przyda się „Finansowa Forteca”?

Nie jest to książka dla kogoś, kto ma drobne dłonie i słabe nadgarstki… Dobra, żarty na bok, to wcale nie jest śmieszne ( 😛 ).

„Finansowa Forteca” nie zadowoli osób, które szukają gotowych rozwiązań. Autor podpowiada, jak podejść do analizy poszczególnych aktywów. Zdradza, jakimi kryteriami się kierował, tworząc swoje portfele. Nie serwuje nam jednak uniwersalnej, gotowej strategii do zastosowania u każdego. Co i rusz nakłania do przeprowadzenia własnych analiz.

Jeśli więc ktoś oczekuje, że znajdzie tu rozwiązania szybkie, łatwe i zyskowne, do wdrożenia bez zaangażowania własnych szarych komórek, czasu i energii, to niech lepiej sięgnie po poradnik w stylu „Zostań milionerem w 48 godzin”. A na dokładkę do snu niech poczyta „Sekret” lub inne bajki.

Nie jest to też pozycja dla kogoś, kto z jednej strony szuka wiedzy w pigułce, a z drugiej cierpi na chroniczny brak czasu czy motywacji, by wiedzę przyswoić. Czyli kogoś o postawie: chciał(a)bym, ale mam X wymówek, by ostatecznie nie zainwestować w siebie.

Książka ma 800 stron, wymaga nie tylko skupienia przy czytaniu, ale także aktywnej praktyki, by faktycznie mogła wnieść pozytywną zmianę w nasze finanse. Bez zamiaru praktykowania przedstawionej w niej teorii, ta książka raz, że może przytłoczyć, dwa, wiedza z niej wyciągnięta szybko uleci z głowy. Tak więc kup i działaj, albo nie kupuj wcale!

No chyba że kupisz ją w celach kolekcjonerskich i spekulujesz, że za 50 lat będzie białym krukiem wydawniczym… I zarobisz na niej miliony 😉

Na książkę będą kręcić nosem również ci, którzy parają się aktywnym day-tradingiem. Osoby, które próbują przewidywać przyszłość na podstawie danych historycznych i dotychczasowego szczęścia, twierdząc, że nie mogą się mylić. Które z nadzieją czekają na swój „złoty strzał” i lubią nutkę adrenaliny podczas gry na giełdzie. Jeśli należysz do tej grupy, „Finansowa Forteca” ciebie znuży.

"Finansowa Forteca" - cytat o timingu rynkowym

A co z zaawansowanymi inwestorami?

Ktoś może stwierdzić, że książka Marcina Iwucia nie przyda się doświadczonym osobom. Oczywiście, inwestujący z wieloletnim doświadczeniem będą zapewne ziewać przy rozdziałach o tym, czym są poszczególne aktywa i „z czym to się je”.

Ale byłabym mimo to ostrożna z kategorycznym stwierdzeniem, że nie znajdą w „Finansowej Fortecy” dla siebie nic ciekawego. Może akurat podpatrzą coś w 3 części książki poświęconej realizacji strategii inwestycyjnej? Porównają ją do swojej własnej strategii, zdecydują się na korekty w portfelach? Kto wie 😉

Moja opinia o „Finansowej fortecy” – werdykt

Jeśli śledzisz bloga, podcast i kanały social media Marcina Iwucia na bieżąco, możesz mieć czasem wrażenie podczas lektury „Finansowej Fortecy”, że „ale to już było”. I owszem, ale z drugiej strony, nie musisz „skakać” po różnych kanałach autora i starać się wszystko zebrać do kupy. Tu masz całą wiedzę zebraną i podaną na tacy, w uporządkowany sposób, uzupełnioną o wykresy, tabele, przykłady i anegdoty z życia wzięte.

Poza tym, pamiętajmy o jednym. Marcin ambitnie postawił sobie za cel, by dotrzeć ze swoją edukacją finansową do jak największej liczby osób. Założył, że będzie to 15 milionów rodaków (sic!). A że nie wszyscy czytają jego bloga i słuchają nagrań live czy oglądają YouTube’a, to wydanie książki było kolejnym sposobem… Dywersyfikacji 😉

„Finansowa Forteca”, mimo, że mam do niej kilka zastrzeżeń, to bez wątpienia książka bardzo, bardzo dobra. Zdecydowanie bezkonkurencyjna, jeśli chodzi o zakres i sposób przedstawionej wiedzy. I czuję, że – o ile nie załamią się gospodarka i system finansowy, jakie znamy – to przez wiele lat będzie lekturą uniwersalną i ponadczasową. Dla osób początkujących to bez wątpienia najlepsza książka o inwestowaniu, jaka jest teraz dostępna na rynku. Jednak nie jest to pozycja dla każdego.

Czy warto na „Finansową Fortecę” wydać 89 zł? Moim zdaniem warto. Jeśli prychasz z niezadowolenia z powodu ceny, że czemu taka wysoka, że taka wiedza dla laików powinna być udostępniona za niższą cenę… To może lepiej nie bierz się za inwestowanie, co? Przemyśl to sobie na spokojnie.

Ach, jeszcze jedna uwaga na koniec. Marcin Iwuć tą książką zawiesił bardzo wysoko poprzeczkę dla standardów, które powinna spełniać profesjonalna publikacja finansowa.

Złożyły się na to forma, tj. sposób prezentacji wiedzy, rozkręcona wokół książki akcja marketingowa, bieżąca komunikacja z odbiorcami, umożliwienie im wywierania wpływu na to, jakie treści ma zawierać „Finansowa Forteca”… To wszystko bez dwóch zdań przeprowadzone zostało na mistrzowskim poziomie. Polski rynek wydawniczy może z Marcina brać przykład – a nawet powinien.

„Finansowa Forteca” – zalety w skrócie:

  • Antidotum na różne szemrane inwestycje, od których w czasie pandemii zaroił się internet.
  • Uniwersalna wiedza, przedstawiona w logiczny, uporządkowany sposób.
  • Praktyczne wskazówki, bez trywializowania, ale i bez zakopywania się w skomplikowane szczegóły.
  • Trudne zagadnienia opisane w łatwy, zrozumiały sposób.
  • Dokładnie objaśnione najpopularniejsze klasy aktywów.
  • Autor sugeruje racjonalny sposób analizy i działania, nie obiecuje cudów na kiju.
  • Świetna baza dla bardziej zaawansowanych treści.
  • Barwny styl, ciekawa narracja – książka napisana z poczuciem humoru i swadą.
  • Promuje zdrowe podejście do finansów, bazujące na humanistycznych wartościach.
  • Bardzo dobre sekcje z ćwiczeniami i pytaniami dla czytelników.
  • Ładna, estetyczna, ale i minimalistyczna oprawa graficzna.
  • Duży plus za ilustracje od Zucha.
  • BARDZO dużo przykładów, tabel, zestawień, porównań, wykresów, graficznych objaśnień, które lepiej trafiają do człowieka niż tysiąc słów.
  • Pięknie wydana – imponująco prezentuje się na półce 😉 ale przez to…

„Finansowa Forteca” – wady w skrócie:

  • …jest masakrycznie ciężka i nieporęczna, w efekcie dużo osób może ją właśnie trzymać w domu na półce, zamiast zabrać gdzieś ze sobą i czytać na bieżąco. Czy i kiedy wrócą do czytania?
  • Zdarzają się niepotrzebne powtórzenia słowo w słowo znacznych fragmentów rozdziałów w podsumowaniach.
  • Pobieżnie omówione niektóre klasy aktywów – pozostawiają niedosyt.
  • Z powodu dużego hype’u – brak efektu „WOW, TO REWOLUCJA!” po przeczytaniu – pomimo rewelacyjnej jakości i zawartości (bardzo subiektywne wrażenie, więc do końca nie można tego punktu traktować jako wady książki samej w sobie).
Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za przydatny? Chcesz mnie wesprzeć?
Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się nim ze znajomymi!
Nieco niżej znajdziesz przyciski do udostępniania artykułu w różnych serwisach internetowych. Dla Ciebie to jeden klik, który trwa chwilę, a dla mnie szansa na dotarcie z wartościowymi treściami do nowych odbiorców 🙂 DZIĘKUJĘ!

Zapraszam Cię też do polubienia bloga Kobiece Finanse na Facebooku oraz śledzenia go na Twitterze lub obserwowania na Instagramie. Jestem również obecna na platformie Pinterest.

Najbardziej zachęcam jednak do zapisania się na mój newsletter. Wtedy zawsze będziesz na bieżąco z nowymi wpisami, ciekawostkami, wartymi odnotowania wydarzeniami i poradami 🙂

Absolwentka germanistyki oraz informatyki i ekonometrii. Propagatorka idei edukacji finansowej. Pomaga kobietom zdobyć pewność siebie w obchodzeniu się z pieniędzmi, wspiera je w budowaniu własnej stabilności i niezależności finansowej. Autorka poradników "Pieniądze dla Pań" oraz "Kariera dla Pań". Zawodowo związana z branżą IT, gdzie pracowała jako twórczyni stron internetowych, kierowniczka projektów, scrum master i dyrektorka finansowa.

13 komentarzy do “Finansowa Forteca – recenzja”

  1. Finansowa Forteca jest bardzo lekko strawna, a na pewno w porównaniu do Grahama, o którym wspomniałaś. Robiłem 3 podejścia i za każdym razem odpadam po 20 stronach, straszne drewno, ale kiedyś się zmuszę.

    Faktycznie, Marcin wybrał idealny moment na wypuszczenie książki o inwestowaniu. Tragiczny poziom oprocentowania przeniósł sporo kapitału z lokat chociażby na giełdę (rekordy nowych kont maklerskich). Strzałem w dziesiątkę było też opisanie wielu aktywów i pstryczek w nos „guru” od tylko jednego. A zazwyczaj nie znają się za dobrze nawet na tym jednym. Zamiast naganiania na „swoje”, dostajemy opis działania każdego rodzaju inwestycji i sami możemy podjąć decyzję, co będzie dla nas komfortowe.

    Wracając do zjadliwości treści, dla mnie szło idealnie – w 4 dni przeczytałem i jeszcze napisałem recenzję. Tylko jednego dnia wymiękłem po 50 stronach, akurat na obligacjach. Rozdział nie jest zły, ale dla mnie to okropnie nudny i nieciekawy temat. Na pewno w budowie tekstu bardzo pomogło początkowe założenie o budowie fortecy i ułożenie w okół tego całej opowieści.

    Rozmiar trochę jednak przeszkadza, ja po prostu kładem ją na biurku i czytałem. Zawsze tak robię z większymi pozycjami, bo faktycznie szkoda nadgarstków.

    A ten screen z moim udziałem <3 Nieźle to wyliczyłem. Gdzie mój toster?

    Co do powtórzeń treści z bloga/podcastu/live, nie rozumiem tego narzekania ludzi. Nie da się tego nie powtórzyć, skoro w obu przypadkach mamy kompleksowe podejście do tematu. Płacąc za cegłę (do budowy fortecy), płacimy za całość uporządkowaną i podaną w logicznej całości.

    Tak samo nie rozumiem narzekania na cenę specjalistycznych książek w naszym kraju. Kupuje się wiedzę, a nie makulaturę, więc nawet 200 stron może kosztować 100 zł. Choć tu, przy ilości stron, nawet ten argument jest obalony. Ale poczekajmy do wydania e-booka, będzie oburzenie, dlaczego nie jest taniej od druku…

    Mi brakowało rozdziału o REITach, a przeszkadzały powtórzenia, że coś będzie w dalszej części książki. Rozumiem dlaczego, ale na początku bywało gęsto.

    Sam dałem 9,5/10 i widzę, że mamy bardzo podobną opinię. Warto

    Odpowiedz
    • Po całym dniu pracy przy biurku, ostatnią rzeczą, o której marzę, jest czytanie przy biurku 😂 Nic więc dziwnego, że lektura szła mi ślimaczo przez 4 miesiące. No nic, nadal uważam, że podział jednego opasłego tomu na mniejsze części byłby dla czytelnika najlepszy ☺️

      Odpowiedz
  2. Cześć Dana,

    dziękuję Ci bardzo serdecznie za recenzję mojej książki i przybliżenie jej Twoim Czytelnikom. Jestem pod wielkim wrażeniem pracy, którą wykonałaś, mierząc się z tą „pierwszą cegłą do budowania Finansowej Fortecy” 🙂

    Włożyłem mnóstwo serca w jej przygotowanie i – biorąc pod uwagę złożoność tematu – jestem bardzo zadowolony z odbioru przez Czytelników. Przede wszystkim z tego, że udało mi się dotrzeć do osób początkujących (moje główne założenie) i równocześnie zebrać dużo pozytywnego feedbacku od kolegów z branży inwestycyjnej, którzy przeczytali Finansową Fortecę „dla sportu” 🙂

    Dziękuję Ci za wszystkie miłe słowa na temat książki – to naprawdę uskrzydla! Z wielką pokorą przyjmuję też Twoje uwagi i wrzucam je na listę: „Co poprawić w II wydaniu?” (ono zapewne pojawi się w 2025 roku, gdy będzie 5 lat historii opisanej w książce strategii). Takie spostrzeżenia są bardzo cenne i pozwalają mi jeszcze lepiej rozumieć odbiorców moich treści.

    Czuję jedynie potrzebę wyjaśnienia, że pod żadnym pozorem nie promuję mojej książki jako „najlepsza książka o inwestowaniu”. Mam w sobie zbyt dużo pokory, by robić takie rzeczy i jeśli ktoś mnie zna, doskonale to wie.

    To było hasło, którego używałem wyłącznie na etapie pracowania nad książką, które miało trzy zadania:
    (1) dodawać motywacji, gdy brakowało mi sił (prace trwały ponad 2 lata);
    (2) zmuszać mnie do dbania o najwyższą jakość i o szczegóły – zarówno w zakresie treści jak i i samego wydania – nawet wtedy, gdy kusiło, by pójść na skróty;
    (3) zaangażować moją społeczność we współpracę nad książką.

    Co rano powtarzałem sobie: „Ruszaj się chłopie i zrób najlepszą książkę o inwestowaniu, jaką tylko potrafisz!”.
    Świetnie się to sprawdzało w komunikacji z moimi Czytelnikami, którzy bardzo pomagali mi, podpowiadając, o czym chcieliby przeczytać, gdyby mieli w ręku „najlepszą książkę o inwestowaniu”.

    Gdy jednak ogłosiłem już docelowy tytuł – „Finansowa Forteca” – takie odniesienia nie były już do niczego potrzebne. Jedyne, co mogę powiedzieć o jakości, to że dałem z siebie wszystko i zrobiłem najlepszą książkę o inwestowaniu, na jaką było mnie stać (choć dziś oczywiście już wiem, że w przyszłości może być jeszcze lepsza – dzięki recenzjom takim, jak Twoja).

    Jak sama zauważyłaś powyżej, jestem raczej typem człowieka, który „Nie zadziera nosa i nie udaje, że wie wszystko.” Dotyczy to również marketingu książki. Jednak sam fakt, że zwróciłaś mi na to uwagę, uświadamia mi, że powinienem komunikować się w ostrożniejszy i bardziej wyważony sposób, nawet na etapie prac nad książką. Dziękuję Ci również za to, Dana 🙂

    Odpowiedz
    • Cześć Marcin! Dziękuję, że znalazłeś czas, przeczytałeś recenzję i odniosłeś się do moich uwag 🙂

      Faktycznie, o „najlepszej książce o inwestowaniu” pisałeś w kontekście dania z siebie wszystkiego, by zaoferować czytelnikom najwyższą jakość, na jaką Cię stać. Ale jednak jakoś tak „poszło w obieg” – jako pewien skrót myślowy – że ogólnie takie hasło Ci przyświeca przy jej tworzeniu. Teraz jak o tym myślę, to nawet w rozmowach ze znajomymi padały stwierdzenia typu, „Iwuć już wypuścił tę najlepszą książkę o inwestowaniu?”, „ja już przeczytałem, to naprawdę najlepsza książka o inwestowaniu” itp.

      Czyli ten zwrot zaczął trochę żyć własnym życiem, w oderwaniu od Twojej pierwotnej intencji.

      Niezależnie od tego – i tak jeszcze raz gratuluję, bo książka jest świetna! Życzę Ci, aby kolejna część, „trzeci filar”, o którym ostatnio na blogu wspominałeś, był równie dobry, a nawet lepszy. Powodzenia! 🙂

      Odpowiedz
  3. Mam tak samo jak moja poprzedniczka – książka mocno mnie zainteresowała. Jestem w trakcie budowania własnego biznesu więc z pewnością znajdę tu szereg trafnych porad i wskazówek. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  4. Książka tytułem brzmi jak Finansowy Ninja – a ta książka mnie pochłonęła.
    Czasem grubą książkę można pochłonąć szybciej jak książkę która ma zaledwie 92 strony 🙂 Dużo zależy od autora 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz