Mniej plastiku – czy mi się udało?

Mniej plastiku – czy mi się udało?

Minęły 3 miesiące od mojego postanowienia, by zredukować ilość wytwarzanych plastikowych śmieci. Ogłosiłam je we wpisie Bezpieczny plastik nie istnieje. Wracam więc do Was z krótkim podsumowaniem moich starań i wnioskami, które wyciągnęłam w związku ze stopniową zmianą nawyków. Zapraszam 🙂

Wcale nie jest tak łatwo

Z jednej strony mam świadomość, że dopiero rozpoczęłam swoją przygodę ze stopniowym eliminowaniem plastiku z mojego otoczenia, z drugiej jednak czuję pewien niedosyt. Z pokorą i nutką zawstydzenia stwierdzam, że wcale nie jest tak łatwo zmienić swoje przyzwyczajenia. Wygoda i zwykłe lenistwo, szeroki dostęp do produktów oplastikowanych, a także działanie według określonego schematu potrafią skutecznie pokrzyżować szyki i zahamować najlepsze starania.

Gdybym miała obiektywnie ocenić swoje antyplastikowe dokonania według szkolnej skali ocen, dałabym sobie 3+ lub 4-. W wielu przypadkach nie doszło do całkowitej eliminacji plastiku, a jedynie do ograniczenia jego używania. Przejdźmy do szczegółów.

Produkt pierwszy: plastikowe woreczki jednorazowe

Tak jak wspominałam w poprzednim wpisie poświęconym plastikowi, już od dawna korzystam z wielorazowych, materiałowych toreb zakupowych. Postanowiłam pójść krok dalej i przestawić się na korzystanie z podobnych rozwiązań w przypadku woreczków śniadaniowych, na pieczywo czy do mięsa.

Jako że w domu rodzinnym bezproduktywnie stała i kurzyła się maszyna do szycia, sprowadziłam ją do siebie wraz ze skrawkami różnych materiałów. Jeśli wcześniej nie wspominałam, że dawno temu szyłam sobie na maszynie fartuszki, poszewki i „szmaciane” torby – nadrabiam. To było 15 lat temu, szyłam rzadko i w dodatku tylko według 1-2 podstawowych ściegów potrzebnych do łączenia i cerowania. Na pewno będę musiała sobie to wszystko odświeżyć.

Piszę w czasie przyszłym, ponieważ jeszcze nie siadłam do uszycia własnych woreczków. Mam zamiar porobić kilka sztuk na owoce, warzywa, bułki i chleb. Dobrałam już do nich rzemyki, tylko muszę w końcu wykroić na tę zabawę chwilę czasu…

Póki co, chodzę z własnymi, starymi workami plastikowymi i używam ich wielokrotnie. Będę z nich korzystać tak długo, póki w końcu się nie porozrywają. Część z nich przeznaczyłam na sprzątanie kociej kuwety. Właśnie – jeśli macie jakiś sprawdzony patent na opróżnianie kuwety z zawartości bez używania plastikowych woreczków, to dajcie znać. Czytałam o woreczkach papierowych, ale nie cieszyły się one zbyt dobrą opinią.

Czereśnie bez folii

A wracając do wielokrotnego używania woreczków foliowych. Pieczywo kupuję w piekarni niedaleko mojego miejsca pracy. Gdy po raz pierwszy poprosiłam sprzedawczynię o pokrojenie chleba i zapakowanie go do mojego woreczka, to najpierw była zaskoczona. Jednak już przyzwyczaiła się do mojej „fanaberii”. Teraz gdy u niej kupuję, to sama pyta „a ma pani swój worek?”.

Warzywa i owoce kupuję przeważnie na targowisku. Zawsze proszę o wrzucanie mi ich bezpośrednio do torby zakupowej, bez pakowania w foliowe woreczki. Z tym miałam więc najmniej kłopotu. Czasem zdarzy mi się zrobić zakupy warzywne w Lidlu czy Netto. W tym pierwszym raz musiałam nasłuchać się utyskiwania kasjerki, że czemu te warzywa nie są w workach foliowych, że brudzą jej taśmę i będzie musiała ją przecierać. Ze stoickim spokojem odparłam, że ograniczam liczbę produkowanych śmieci i nie wdawałam się w zbędną kłótnię. Po prostu robię swoje.

Natomiast kompletną klapą póki co okazały się próby zakupu mięsa we własne woreczki, słoiki czy pojemniki wielorazowe. Od jednego sprzedawcy usłyszałam, że mi tak nie zapakuje, bo nie chce mieć problemów z sanepidem. Jeszcze nie wiem, co z tym fantem zrobić. Nie uśmiecha mi się perspektywa objechania połowy miasta w poszukiwaniu sklepu, dla którego własny słoik klienta nie będzie problemem.

Produkt drugi: plastikowe butelki

Butelki z wodą starałam się już wcześniej ograniczyć, ale aktualnie udało mi się je z mojego otoczenia wyeliminować niemal zupełnie. Jestem z tego powodu naprawdę dumna. Jedyną wtopą ostatnio okazał się wyjazd integracyjny z moją firmą.  Zapomniałam zabrać bidon i niestety musiałam kupić butelkowaną wodę na stacji benzynowej.

A tak – w domu piję kranówkę. Używam dzbanka filtrującego i pijam ją nawet bez przegotowania. Władze miasta twierdzą, że wrocławska woda jest zdatna do picia „na surowo”. Staram się nie węszyć spisku w tych deklaracjach. Do dziś ani nie umarłam, ani się nie zatrułam, a piję tak wodę już drugi rok, więc chyba faktycznie jej jakość jest OK.

W pracy mamy dozownik z wodą i każdy może nalewać jej do woli do swojego kubka. Tutaj więc używanie plastiku też mi odpadło.

A gdy jestem poza pracą lub poza domem, korzystam z wielorazowej butelki lub bidonu. Też są plastikowe, ale starczą mi na długie, długie lata.

Mniej plastiku - jak wyeliminować plastik z codziennego życia? Blog Kobiece Finanse zaprasza #zdrowie #eko #nowaste #zerowaste #ekologia #bio

Produkt trzeci: jednorazowe maszynki do golenia

To jest produkt, którego nie udało mi się póki co wyeliminować w 100%. Prawdę mówiąc bardzo nie lubię depilowania się i jeśli tylko mogę, to sobie tę czynność przesuwam w czasie. Do golenia korzystałam albo z jednorazówek, albo z maszynki wielorazowej Wilkinsona, która ma wymienne ostrza. Jednak nawet i one są z plastikowymi elementami.

Poszłam na żywioł i kupiłam elektryczny depilator. Nie przycina on włosków, tylko mechanicznie wyrywa je razem z cebulkami. Taka szybka, „wielochwytowa” pęseta. Przy pierwszym użyciu do depilacji nóg myślałam, że sczeznę, takie to było nieprzyjemne. Ale po kilku użyciach skóra przyzwyczaiła się do tego uczucia. No i dla mnie dodatkowa korzyść: włoski odrastają po ok. 2 tygodniach. Na długo mam spokój, nie muszę co 2-3 dni się golić. Jednak nie odważę się z tego urządzenia skorzystać pod pachami i w okolicy pachwin. Póki co wykończę mojego wilkinsona, a potem chyba całkiem w miejscach wrażliwych przerzucę się na piankę chemiczną.

Produkt czwarty: kosmetyki do pielęgnacji ciała

Aż byłam zdziwiona, że do tego punktu podchodziłam z tyloma emocjami. Trudno mi było na początku zrezygnować z części ulubionych produktów kosmetycznych, by przestawić się na ich bardziej ekologiczne zamienniki. Naturalne zarówno pod względem składu, jak i opakowań. Bo niestety, ale przytłaczająca większość szamponów, odżywek, żeli do mycia ciała, balsamów, kremów czy dezodorantów jest pakowana w plastik.

Poszłam z ciekawości na wrocławskie targi kosmetyków naturalnych Natural Beauty organizowane w starej zajezdni tramwajowej (klub Czasoprzestrzeń). W najbliższy weekend odbędzie się kolejna ich edycja i też mam zamiar uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Na targach spotkałam się z lokalnymi i krajowymi producentami, którzy oferują kosmetyki naturalne produkowane nie na masową skalę. W dodatku często robione ręcznie. Sporo spośród ich produktów pakowanych było w sposób ekologiczny. Takie holistyczne podejście do ekologii praktykują np. mydlarnie Cztery Szpaki oraz Z Natury Lepsze. A np. marka OnlyBio rozlewa m.in. swoje żele do higieny intymnej w szklane buteleczki.

Do mycia twarzy używam aktualnie mydeł, do mycia ciała także mydeł oraz wykańczam stare żele pod prysznic. Mydła naturalne są przeważnie sprzedawane luzem, z papierową banderolką lub w kartoniku. Balsamy zastępuję olejkami rozlewanymi w szklane flakoniki. 

Powiem Wam, że to był strzał w dziesiątkę. Nigdy nie miałam tak ładnej cery, jak po mydełku z zieloną glinką czy obecnie stosowanym mydle błotno-solnym ze składnikami pochodzącymi z Morza Martwego. Fakt jednak, że takie naturalne kosmetyki są droższe od konwencjonalnych. Np. ceny mydeł startują od 12 zł za kostkę. Trzeba jednak przyznać, że są bardzo wydajne. Mydło glinkowe za 14 zł służyło mi przez około 3 miesiące. Koszt więc porównywalny do żeli do mycia twarzy, ale starczyło mi na dłużej.

Czy produkty naturalne są dostępne tylko na tego typu targach? Oczywiście, że nie. Znaleźć je można w lokalnych sklepach ekologicznych, a także w prywatnych drogeriach czy nawet dużych sieciach drogeryjnych. Z zadowoleniem stwierdzam, że ich oferta stale się powiększa.

Bardzo dużo ekologicznie pakowanych i wytwarzanych kosmetyków można znaleźć na półkach drogerii Hebe oraz Rossmann. Ta druga ma nawet własną linię kosmetyków naturalnych (marka Alterra). Ostatnio testowałam ich olejek antycellulitowy z wyciągiem z grejpfruta i brzozy (100 ml za ok. 20 zł).  Aktualnie korzystam z ekologicznego dezodorantu z wyciągiem z jojoby i szałwii.

Oba produkty dostępne są w szklanych buteleczkach, mają jednak plastikowe zakrętki. Może za jakiś czas ktoś wpadnie na pomysł, jak je zastąpić.

Bio-olejki sprzedawane w mniejszych buteleczkach, po 50 ml, oferuje też sieciowa marka Venus. Reklamują je jako uniwersalne do pielęgnacji włosów, ciała i twarzy. Póki co stosowałam na twarz – mam wybredną cerę mieszaną. Obyło się bez problemów, więc mogę polecić.

Ekologiczne kosmetyki z Rossmanna
Wybór ekologicznych, naturalnych produktów w Rossmannie jest coraz większy.

Reasumując: jeszcze nieco czasu mi zejdzie, zanim pozbędę się dotychczasowych, pakowanych w plastik kosmetyków pielęgnacyjnych. Jednak już około 1/3 z nich została zastąpiona przez kosmetyki naturalne w przyjaznych dla środowiska opakowaniach, jest więc progres. Kolejnym krokiem będzie zastępowanie kosmetyków kolorowych.

Produkt piąty: kobiece artykuły higieniczne

Od razu zaznaczam, że ten punkt opiszę bez ceregieli. Jeśli jesteś męskim czytelnikiem mojego bloga, możesz się poczuć mniej komfortowo. Dlatego uprzejmie ostrzegam, że czytasz na własną odpowiedzialność 😉 Niemniej wnerwia mnie, że temat kobiecej miesiączki jest w przekazie medialnym infantylizowany. Przywołam tu choćby legendarny niebieski płyn na podpaskach zamiast czerwieni krwi i rozanielone, wiecznie uśmiechnięte młode damy w białych sukienkach lub jasnych spodniach w reklamach telewizyjnych – serio? Te reklamy tworzy ktoś, kto kompletnie nie ma pojęcia o miesiączce. A w temacie ochrony środowiska kobiecy okres jest już w ogóle dyskretnie przemilczany. Powinno się o tym mówić głośno!

Mnie samej jest przykro, że nie pochyliłam się nad tym tematem wcześniej. Kobiece odpady znacząco wpływają na poziom zaśmiecenia planety. Podobnie zresztą, jak jednorazowe pieluchy dla niemowląt, ale o tym można by było napisać osobną notkę.

Każda kobieta w wieku rozrodczym co miesiąc generuje trudne do przetworzenia odpady, których rozkład trwa setki lat. Są nimi wszystkie jednorazowe podpaski i tampony. Co miesiąc jest to kilkanaście sztuk takich odpadów. Jeśli któraś kobieta ma dłuższe i obfitsze krwawienia – nawet kilkadziesiąt.

Co więcej, od wielu lat promowane są tzw. dzienne wkładki higieniczne (tzw. panty), mające m.in. chronić damską bieliznę przed odbarwieniami, pochłaniać wilgoć i zapachy. Skład mają podobny do zwykłych podpasek, różnią się jedynie wielkością i chłonnością.

Do produkcji tamponów, wkładek higienicznych i podpasek prócz bawełny wykorzystuje się sztuczny jedwab oraz tzw. włókna łączące wykonane z tworzyw sztucznych – głównie polipropylenu i polietylenu. Do produkcji stosuje się też całą masę innych substancji chemicznych (kleje, wybielacze, substancje zapachowe, pestycydy używane przy produkcji bawełny), z których sporo jest nieobojętnych dla zdrowia. Dodatkowo produkty te pakowane są na sztuki w folie ochronne, a i samo ich główne opakowanie to również plastik.

Garść ciekawych statystyk ekologicznych wyłowionych z sieci:

  • tylko w Polsce 10 milionów kobiet zużywa 150 milionów podpasek higienicznych, z których po roku można dziewięciokrotnie okrążyć cały równik (za: tabita.com.pl);
  • kobieta miesiączkuje w swoim życiu do 450 razy i zużywa nawet 20 tysięcy sztuk produktów higienicznych (za: poradnikzdrowie.pl);
  • podpaski i tampony to piąta pozycja na liście śmieci wyrzucanych przez morze na plażach (za: wiadomosci.onet.pl).

A do tego kilka finansowych:

  • producenci jednorazowych środków higienicznych zarabiają rocznie ponad 700 mln dolarów na swoich jednorazówkach (za: againamerica.com);
  • jedna miesiączka kosztuje kobietę od 6 złotych (gdy ma krótkie okresy i zużywa mało najtańszych produktów), do nawet 80 złotych (za: wysokieobcasy.pl).

Zdecydowałam się najpierw na podpaski i tampony produkowane bez wykorzystania silnych chemikaliów i plastiku, do których bawełna pozyskiwana jest z upraw ekologicznych. Padło na markę Ginger Organic. Jednak rozczarowała mnie zarówno ich cena, jak i wygoda.

Jedno opakowanie 16 sztuk mini tamponów na lżejsze dni to koszt 20 zł. A przecież na początek okresu potrzeba jeszcze tych bardziej chłonnych tamponów, czyli z portfela ubywa kolejne 20 zł. Niestety tampony okazały się nieszczelne. W dodatku strzępiły się, a ich specyficzny kształt wymagał głębokiej i mało wygodnej aplikacji. To wszystko bardzo mnie do tych produktów zniechęciło i odetchnęłam z ulgą, kiedy wykończyłam oba opakowania. Ekologiczne panty (opakowanie zawiera 30 sztuk) to kolejne 20 zł. Drogi interes.

Przede wszystkim jednak, kupując tego typu ekoprodukty higieniczne, wcale nie zmniejsza się ilości produkowanych śmieci. To nadal są jednorazówki, które wylądują na wysypisku. Szukałam więc dalej.

Byłam już bliska zakupu zestawu różnej wielkości wielorazowych podpasek materiałowych, do których nie byłam do końca przekonana.

Aż pewnego dnia dowiedziałam się o idealnym dla mnie produkcie: kubeczku menstruacyjnym z silikonu medycznego.

Selenacup - silikonowy kubeczek menstruacyjnyZalety? Oprócz tego, że nie jest uciążliwy dla środowiska, ma ich sporo.

Kubeczek kosztował mnie niecałe 70 zł, jest produktem wielorazowego użytku. Jego koszt zwraca się tak naprawdę już przy 3-4 miesiącu użytkowania. Starczyć może na bardzo długo! Producenci przekonują, że przetrwa nawet 10 lat. Jak dla mnie to ogromna oszczędność.

Kubeczek okazał się rozwiązaniem bardzo wygodnym. Sprawdził się podczas wyjazdu weekendowego, kiedy aktywnie spędzałam czas nad jeziorem. Poprawnie założony nie przecieka (nie wiem, co trzeba by było zrobić nie tak, by go źle założyć?), idealnie dopasowuje się do ciała, w ogóle go nie czuć. Można w nim ćwiczyć (biegać, pływać, skakać) i spać.

Nie wysusza śluzówki tak jak tampony i nie zawiera całej tej gamy środków chemicznych, z którymi przy konwencjonalnych artykułach higienicznych kobiece strefy intymne mają styczność.

Przy właściwym użytkowaniu kubeczka nie grozi kobiecie zespół wstrząsu toksycznego (ZWT, toxic shock syndrome – TSS), przed którym przestrzegają producenci tamponów. W kubeczku cała krew zbiera się na jego dnie i nie ma bezpośredniego styku z błoną śluzową, więc i nie dochodzi do namnażania się bakterii.

Kubeczek menstruacyjny to też dobra alternatywa dla pań, które przy korzystaniu z tamponów czy podpasek dostają wysypki, świądu i podrażnień. Kubeczek jest hipoalergiczny.

Kubeczek menstruacyjny

Kubeczek można mieć założony maksymalnie przez 12 godzin. Jego zawartość wylewa się do WC, a samego przepłukuje pod bieżącą wodą – i znów można go założyć. Po miesiączce i przed rozpoczęciem krwawienia w celu sterylizacji zaleca się go sparzyć wrzątkiem w specjalnym, dołączonym do zestawu pojemniczku. Kubeczki produkowane są w różnych rozmiarach, każda kobieta znajdzie jakiś dla siebie.

Jak dla mnie bomba.

Wady? To raczej nie jest opcja dla kobiet, które jeszcze nie rozpoczęły współżycia. Chociaż wydaje mi się, że wszystko zależy od kształtu i elastyczności błony dziewiczej. Najlepiej poradzić się swojego ginekologa.

Przy wyjmowaniu kubeczka odczuwa się niewielki dyskomfort, ale trwa to sekundę. Pewnie po iluśtam miesiączkach nie będę już zwracać na to uwagi i zapomnę, że występował. Ale mam taką sugestię – na końcu kubeczka jest specjalny pierścień. Warto przewiązać go wstążeczką. Łatwiej będzie wyjmować kubeczek 🙂

Ktoś może też powiedzieć, że brzydzi się krwi i nie wyobraża sobie korzystania z kubeczka menstruacyjnego. Szczerze? Krew wylewana z kubeczka nie śmierdzi jak ta, która wsiąknie w tampon, a już w ogóle bez porównania jest z tą, która wsiąknie w podpaskę, nawet jeśli często się je wymienia. Kluczowa jest tu kwestia zetknięcia się krwi z powietrzem i w związku z tym działania na krew bakterii.

Przy wprawnym wyjęciu kubeczka nie ma też szans, by upaćkać sobie krwią ręce czy ubranie. Jak dla mnie to najbardziej estetyczna i czysta forma przejścia przez okres, z jaką dotychczas się spotkałam 🙂

W sumie wadą dla niektórych może być noszenie kubeczka ze sobą, gdy dopiero oczekują okresu. Zakładam jednak, że większość kobiet prowadzi kalendarzyk i wie, kiedy spodziewać się „wizyty”. Można więc zawczasu sparzyć i spakować kubeczek do torebki. Do zestawu dołączony jest ładny, materiałowy woreczek do przechowywania pojemnika z kubeczkiem. Całość nie zabiera zbyt wiele miejsca.

Eliminacja plastiku pozytywnie przekłada się na finanse

Na sam koniec naszła mnie taka pozytywna refleksja. Opłaca się być eko. Takie podejście naprawdę oszczędza pieniądze. W tekście starałam się Wam zaprezentować nieco danych liczbowych, jak finansowo kształtuje się korzystanie z produktów jednorazowych, a jak wielokrotnego użytku. Kubeczek menstruacyjny, własny bidon z wodą, wydajne mydła – jednorazowy wydatek na nie jest wyższy, ale w perspektywie wielu lat wychodzi znacznie taniej. W przypadku kubeczka menstruacyjnego – wręcz kosmicznie tanio.

A jak tam Wasze działania eliminujące plastik z życia codziennego?

Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za przydatny?
Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się nim ze znajomymi!
Możesz też polubić Kobiece Finanse na Facebooku lub śledzić mój blog na Twitterze!
Wtedy zawsze będziesz na bieżąco z nowymi wpisami, ciekawostkami, wartymi odnotowania wydarzeniami i poradami 🙂

13 komentarzy do wpisu „Mniej plastiku – czy mi się udało?

  1. Super zmiany. Ja też je stopniowo wprowadzam. Mam już swoje torby i woreczki na warzywa, kubeczek menstruacyjny i piję kranówkę. Jak skończę jednorazową maszynkę, to kupuję maszynkę klasyczną na żyletki:) Muszę jeszcze znaleźć i kupić jakieś bidony dla siebie i dzieciaków. A od paru miesięcy prowadzę sklep z eko produktami:) Z początku czułam się niefajnie, że kupuję pieczywo do własnych worków, a w koszyku ląduje i tak pełno produktów w plastiku. Jemy nabiał i mięso i z tym jest największy problem. Warzywa mam swoje, jakieś podstawowe owoce też mam w zasięgu ręki. Z początku kupowałam wędliny w jednym sklepie do własnych pojemników, niby panie chętne i ok, ale jakoś i tak zawsze mi głupio było… Później zaczęłam kupować w Dino, bo tam do papieru kładą (takie mniejsze zło). Nie udało mi się moich dzieci nauczyć pić samą wodę, więc kupuję soki 100% i je rozcienczam, kupuję też sporo jogurtów. Zaczęłam po prostu się cieszyć, że coś już zmieniłam na plus, zamiast zamartwiać, że coś innego mi nie wyszło. Ale fakt, nie jest lekko, jak już się człowiek trochę uświadomi, nagle wokół siebie się widzi masę zbędnego plastiku, głupie plastikowe wynalazki, na wycieczce w lesie zamiast rozkoszować się naturą, to ja się rozglądam za śmieciami, żeby je zebrać:)

    • Wow, Ty to dopiero się rozkręciłaś – gratuluję otwarcia eko sklepu 🙂 Niestety ostatnio jak byłam w lesie na grzybobraniu to miałam podobnie. Grzybów zero, bo za sucho, za to wszędzie rzucały mi się w oczy śmieci ;/

  2. Bardzo podoba mi się to, że ostatnio zwraca się więcej uwagi na ilość produkowanych śmieci i że w modzie są trendy zero waste i less waste. Mi wprawdzie daleko jest do ideału, ale staram się wprowadzać drobne zmiany tam, gdzie nie jest to dla mnie szczególnie uciążliwe. Co do kociej kuwety – niektóre żwirki, przeważnie te naturalnego pochodzenia, drewniane, można utylizować w toalecie. A co do kobiecych odpadów – ostatnio czytałam artykuł na ten temat, który uświadomił mi, jak ogromny jest to problem. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że istnieje alternatywa. Ja kubeczka używam od niedawna. Szczerze mówiąc kupiłam go raczej z ciekawości, nie z ekologicznych pobudek, ale uważam, że to najlepszy zakup ostatnich miesięcy. Jestem zachwycona wygodą jego użytkowania, a to że dzięki temu produkuje znacznie mniej odpadów w skali roku, to tylko dodatkowy atut! I fajnie, że o tym piszesz, bo czasem przeraża mnie to, że dla niektórych tak naturalny temat jak kobieca miesiączka staje się tematem tabu.

    • Dzięki Lawyerka za ten komentarz. Widzę, że coraz więcej kobiet sięga po kubeczek, wspaniały trend! Też uważam, że temat miesiączki jest przemilczany i traktowany ze wstydem. Nie wiem, z czego to wynika. W wielu starych kulturach rozpoczęcie miesiączkowania to była radość w rodzinie. Oznaczało to, że kobieta staje się dawczynią życia. To piękne i powinnyśmy być z tego dumne, a nie zawstydzone. Nowoczesna kultura jest bardzo nacechowana seksualnie, kobieta często jest w niej instrumentalizowna, przedstawiana jako ładny, półnagi obiekt pożądania. A jednocześnie nasza kobieca natura i biologiczne jej aspekty spychane są w cień. Pozdrawiam!

  3. Ja też już od bardzo dawna staram się ograniczać używanie plastiku, zwłaszcza na zakupach. Foliowe torby zamieniłam na materiałowe i koszyk, ewentualnie papierowe tutki 🙂
    Fragment o kobiecych „przyborach” higienicznych – genialny! Muszę przyznać, że otworzyłaś mi oczy 🙂

  4. Tylko pogratulować! Ostatnio plastik zaczął mi się kojarzyć z Grecją, bo wróciliśmy niedawno z wczasów na jednej z greckich wysepek, która niemal tonie w plastikowych śmieciach. Trochę to smutne że taki piękny krajobraz, jest burzony w ten sposób.

  5. Świetny wpis!
    Dzięki tego typu polityce, z pewnością można ograniczyć nie tylko śmieci, które produkujemy, lecz również znaczenie poprawić nasz budżet domowy. Jak widać, rozwiązanie to ma wielu plusów.
    Pozdrawiam! 🙂

  6. Wow! Zaskoczyłaś mnie, że jest alternatywa dla podpasek i tamponów! Jeśli o mnie chodzi, to najwięcej plastiku gromadzi mi się po opakowaniach produktów.

  7. O kurczę, ale zmiany – brawo!!

    Ja odstawiłam słomki – piłam przez nie nałogowo, taka wygodna byłam. Wodę wolę kupować w większej ilości małych szklanych butelek niż jedną w plastiku. Na zakupach staram się mieć swoją torbę.

Dodaj komentarz