Moje boje z „japońskim motylem”

Moje boje z „japońskim motylem”

Dość długo zajęło mi zabranie się do napisania tej notki – również dlatego, że temat nie do końca jest finansowy, a bardziej osobisty. Dzisiaj będzie co nieco o zdrowiu i o tym, jakie rewolucje zaszły w moim życiu po dowiedzeniu się, że wiele moich problemów ma swoje źródło w chorej tarczycy. O autoimmunologicznym zapaleniu tarczycy (inaczej zwanym chorobą Hashimoto, od nazwiska japońskiego lekarza, który po raz pierwszy zdiagnozował i opisał to schorzenie) dowiedziałam się na początku roku. A leczenie rozpoczęłam tuż przed wylotem do Nowej Zelandii.

Do endokrynologa trafiłam z przypadku

W listopadzie 2017 roku poszłam na rutynowe badanie do przychodni medycyny pracy. Po przejściu badania wzroku, słuchu i kardiologicznym, po zdobyciu odczytów badań na czczo udałam się do ostatniego „przystanku”. Sędziwy lekarz, który wypisywał zaświadczenie o tym, że dalej mogę wykonywać pracę na zajmowanym stanowisku, miał wprawne oko.

„Ma pani chorą tarczycę. Niech sobie ją pani przebada.” – rzucił jakby od niechcenia.

„Chorą tarczycę? Ale dlaczego pan tak uważa?” – trochę mnie zatkało.

„Bo widzę”.

Koniec dialogu.

Postanowiłam tej „diagnozy” nie bagatelizować i umówiłam się na wizytę u endokrynologa, do którego dostałam się w styczniu. Lekarka potwierdziła, że tarczyca nie wygląda normalnie. Przeprowadziła badanie palpacyjne, wypisała skierowanie na badanie USG oraz poziomu hormonów i przeciwciał przeciw białkom tarczycowym.

Faktycznie – wyszło, że moja tarczyca ma się nie najlepiej. Obraz USG wykazał wzmożone unaczynienie tarczycy (objaw stanu zapalnego), miąższ o niejednorodnej echogenicznie strukturze oraz wole wieloguzkowe. Wynik tyreotropiny (TSH) według starych norm był jeszcze w porządku (2,95 mlU/l), ale według nowych norm dla kobiet, które obowiązują w Europie od kilku lat, okazał się zawyżony. Jednak prawdziwy chaos wykazało badanie przeciwciał. Anty-TPO wynosiło u mnie 278 lU/ml przy akceptowalnym poziomie poniżej 34 lU/ml, a wynik anty-TG wynosił 260 U/ml przy normie poniżej 115 U/ml.

Diagnoza: niedoczynność tarczycy spowodowana chorobą Hashimoto.

Choroba Hashimoto – co to takiego?

Choroba Hashimoto? A co to za cholerstwo?” – pomyślałam. Przyznam szczerze, że w momencie diagnozy nigdy wcześniej o tej przypadłości nie słyszałam.

Według różnych źródeł szacuje się, że w światowej populacji około 3-5% dorosłych kobiet i do 1% mężczyzn cierpią na chorobę Hashimoto. W tym schorzeniu zdrowy organizm identyfikuje białka tarczycy jako wroga. Zaczyna je zwalczać, powodując tym samym niebolesny stan zapalny tego gruczołu. Dlatego tak wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że w ich ciele toczy się choroba autoimmunologiczna.

W efekcie tarczyca jest wyniszczana. W skrajnych przypadkach może dojść do jej całkowitego zaniku. Atakowana tarczyca nie jest w stanie normalnie pracować i produkuje zbyt mało potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu hormonów.

Hashimoto często występuje w parze z innymi chorobami autoimmunologicznymi, np. celiakią czy reumatoidalnym zapaleniem stawów. W moim przypadku towarzyszą jej alergie.

Endokrynolog w skrócie mi przedstawiła, z czym się wiąże to schorzenie i że czeka mnie najpewniej dozgonne przyjmowanie syntetycznego hormonu. Poleciła też umówić się z dietetykiem.

W pierwszej chwili poczułam się nieco, jakby kto mi strzelił w twarz. Pomyślałam, że to strasznie niesprawiedliwe. Człowiek nie pali, rusza się, stara zdrowo się odżywiać – a tu takie coś. Ale z drugiej strony cieszyłam się, że wykryto u mnie przyczynę wielu dolegliwości, z którymi od lat się zmagałam, a które ostatnio się nasiliły i utrudniały mi funkcjonowanie.

Choroba Hashimoto - jak chora tarczyca zmieniła moje życie? Blog Kobiece Finanse #hashimoto #zdrowie #tarczyca #niedoczynność #leczenie

Choroba Hashimoto – objawy

Objawy w Hashimoto są niespecyficzne, u każdego mogą być różne. Są na tyle niepozorne, że często ludzie nie zwracają na nie specjalnej uwagi. W konsekwencji wiele osób dowiaduje się o chorobie, kiedy jest ona już zaawansowana i doszło do niedoczynności tarczycy.

Sama zrzucałam wielokrotnie winę np. za złe samopoczucie i problemy ze snem na stres i mnogość obowiązków.

Jak u mnie objawiało się Hashimoto?

  • Problemy ze snem. Byłam przyzwyczajona do problemów z zasypianiem, płytkim snem, wybudzaniem się przy najlżejszym szeleście. Przyjęłam, że tak już mam i nie powodowało to mojego niepokoju.
  • Ciągle było mi zimno. W środku lata potrafiłam mieć lodowate ręce, stopy, nos. Zawsze uważałam, że to skutek niskiego ciśnienia, ale jak widać przyczyna była poważniejsza.
  • Słabe paznokcie. Często mi się łamały i rozdwajały. Ponad rok temu postanowiłam, że zacznę robić sobie manicure hybrydowy. W efekcie po którymś położeniu lakieru moje paznokcie dostały okropnego stanu zapalnego. Zaczerwieniona, bolesna płytka paznokciowa utrzymywała się przez ponad miesiąc, utrudniając mi normalne operowanie dłońmi. Opuszki i paznokcie były bardzo wyczulone na ciepłą i zimną wodę.
  • Wypadające włosy – i to konkretnie. Każdy człowiek traci dziennie do ok. 100 włosów. U mnie wypadały one na pęczki. Przy czesaniu, przy myciu, przy przejechaniu dłonią po włosach – miałam ich garść. Sprzątając dom odnosiłam wrażenie, że moich włosów jest więcej na podłodze niż kociego futra naszego milusińskiego. Zaczęłam panikować, że wyłysieję. Stosowałam różne szampony, odżywki, maseczki, masaże, wcierki, łykałam skrzyp polny na wzmocnienie włosów – ale nie widziałam szczególnej poprawy.
  • Okresowe przesuszenie i łuszczenie skóry. Ten objaw był dla mnie kompletnie dezorientujący, ponieważ jestem posiadaczką tłustej cery. A tu nagle co pewien czas skóra na linii żuchwy i nosie robiła mi się sucha i łuszczyła się.
  • Tycie pomimo aktywności fizycznej i braku negatywnych zmian w nawykach żywieniowych. Ponad rok temu zaczęłam tyć i nie mogłam dojść, dlaczego. Nie twierdzę, że moja dieta była idealna, ale nie zmieniłam nawyków żywieniowych na niekorzystne, a i tak waga regularnie pokazywała kolejne kilogramy. Dwa miesiące przed ślubem skorzystałam z diety online BeDiet Ewy Chodakowskiej i powoli gubiłam kilogramy. W pewnym momencie doszłam jednak do ściany i waga ani drgnęła pomimo trzymania się jadłospisu. Strasznie mnie to zniechęciło. W efekcie krótko po zaprzestaniu stosowania tej diety dobiłam do 80 kg. To nie była wina samej diety od BeDiet. Po prostu nie była ona skrojona indywidualnie pod moje schorzenie, o którym wtedy nie wiedziałam.
  • Wiek metaboliczny rozbieżny z metryką. Mój organizm pod względem wydolności i  metabolizmu był o wiele „starszy” niż wskazuje moja data urodzenia. W kwietniu 2017 zgłosiłam się na ochotniczkę w programie naukowym Uniwersytetu Wrocławskiego, w którym badano zależność między tkanką tłuszczową a kondycją biologiczną kobiety. Ogólne wyniki wyszły w normie, jednak za niepokojący symptom wskazano mi rosnącą otyłość sarkopeniczną – typową dla ludzi starszych. Polega ona na utracie siły i masy mięśniowej i zastępowaniu mięśni tkanką tłuszczową. Procesowi towarzyszy szybsze męczenie się przy aktywności fizycznej. Obrazowo ujmując: z biegiem czasu mięśnie mi się „zużywały” i nie odbudowywały. Teraz już wiem, że nadmierny zanik masy mięśniowej może być spowodowany przez zaburzenia pracy tarczycy, ale wtedy było to dla mnie zagadką. Zwrócono mi wtedy także uwagę na podwyższony kortyzol. Tak – to też ma związek z tarczycą, jak się później okazało.
  • Apatia, rozdrażnienie i ciągłe zmęczenie. Kiedyś byłam rannym ptaszkiem, który wstawał przed 6, by wyjść pobiegać do parku. Później wstawanie przed 8 rano stało się dla mnie ponad moje możliwości. Po prostu nie byłam w stanie zrzucić się z łóżka i zmobilizować do jakiejkolwiek aktywności. Co gorsza, budziłam się zmęczona i w kiepskim humorze, rozdrażniona. W ciągu dnia często dopadała mnie senność. Często trudno przychodziło mi skupić się na zadaniach, bo w trakcie pracy „gubiłam wątek”. Szybko zniechęcałam się do różnych rzeczy.
  • Problemy z pamięcią. Wielokrotnie zdarzyło mi się zapomnieć zabrać ze sobą telefon, klucze do mieszkania (albo wracałam do domu sprawdzić, czy na pewno zamknęłam drzwi), kartę dostępu do biura albo tego, że się z kimś umówiłam na spotkanie. Musiałam notować coraz więcej rzeczy, żeby mi nie umykały.
  • Huśtawki nastroju. Na zmianę byłam zła i przygnębiona. Byle pierdoła była w stanie mnie doprowadzić albo do niepohamowanego wybuchu gniewu albo do płaczu. Do tego dochodziły często kompletnie irracjonalne myśli i pesymistyczne wyobrażenia. Np. jadąc na rowerze miałam przed oczami, że się topię. Albo że wpadam pod samochód. Bez wchodzenia w szczegóły. Wiem, myśli głupie i z czapy, ale przychodziły one same i trudno mi było je przepędzić.

Tylko tyle, albo aż tyle, wywołała w moim ciele i umyśle kulejąca tarczyca.

Leczenie w chorobie Hashimoto

Leczenie w chorobie Hashimoto tak naprawdę polega głównie na łagodzeniu objawów i spowolnieniu postępującego wyniszczenia tarczycy.

Co prawda są zwolennicy teorii, że można doprowadzić do całkowitego wyleczenia Hashimoto poprzez odpowiednią dietę i suplementację i zabiegi medycyny naturalnej, jednak medycyna konwencjonalna nie potwierdza tych rewelacji.

Bardziej można tu mówić o remisji choroby niż jej całkowitym wyleczeniu. Nawet gdy objawy ustąpią, do końca życia trzeba kontrolować stan tarczycy, trzymać się zaleceń co do sposobu odżywiania i dobierać odpowiednią dawkę hormonów.

Odkąd dowiedziałam się o chorobie, czytam wszystko, co wpadnie mi w ręce na jej temat. Niestety niektóre publikacje zahaczają moim zdaniem o szarlatanerię. Należy zachować ostrożność w praktykowaniu niesprawdzonych terapii!

Dieta w chorobie Hashimoto

Postanowiłam działać wielopłaszczyznowo, by zreperować organizm. Nie ograniczam się wyłącznie do łykania lewotyroksyny na czczo.

Zrobiłam badania na niedobory (m.in. wit. D3). Poszłam za radą mojej lekarki i odwiedziłam dietetyczkę, do której kontakt zdobyłam z polecenia. Ta ułożyła mi program żywieniowy na miesiąc, uwzględniając witaminy i mikroelementy, których mi brakowało. Aktualnie mam swobodę w samodzielnym komponowaniu posiłków, ale ściśle według jej wytycznych.

Jem 5 razy dziennie o mniej więcej stałych porach. Dokładnie wiem, ile i jakiego białka powinnam spożywać itd. Dwa razy w miesiącu chodzę na kontrolę, prócz tego mogę korzystać z konsultacji przez telefon. Raz na trzy miesiące badam poziom hormonów.

Cieszę się, że w końcu odwiedziłam dietetyka, a nie korzystałam z gotowych diet dostępnych w internecie czy kolorowych magazynach. Przy chorobie nie ma żartów i naprawdę lepiej nie próbować wyczyniać cudów na własną rękę, bo można sobie zaszkodzić. Diety uniwersalne mogą działać u ludzi zdrowych, Ci z problemami wymagają prowadzenia pod okiem specjalisty. Wizyty u dietetyka zapewniają mi dostęp do rzetelnej wiedzy, spersonalizowanego pod moją sytuację sposobu kontrolowania wagi ciała, bieżącą korektę błędów.

Dietetyczka uwzględniła mój dobowy rytm i plan dnia, podpowiedziała kilka sposobów na ułatwienie sobie szykowania posiłków, by – choć przyrządzane na szybko – nadal mi służyły. Obecnie wstaję około 6.00-6.30 i szykuję sobie obiad. Czasem jest to porcja na dwa, rzadziej na trzy dni. Suplementuję wit. K2 i D3, kompleks witamin z grupy B, selen, cynk, probiotyki.

Przede mną jeszcze testy nietolerancji pokarmowych, których – szczerze mówiąc – nieco się obawiam.

W szykowaniu posiłków głównie trzymam się kilku prostych zasad:

    1. Gotowa, mrożona i szybka do odgrzania mieszanka warzywna jest zawsze lepszym wyborem od całkowitego braku warzyw w posiłku.
    2. Jeśli mam zrezygnować z kolacji dlatego, że wracam późno do domu i padam na twarz, wolę sięgnąć po gotowy miks sałat – już umytych, poszatkowanych. Dodaję do nich pomidor, słonecznik i np. ser feta – i posiłek gotowy. Co prawda z powodu wstępnej obróbki takie mieszanki liściowe tracą nieco cennych składników, ale lepszy rydz, niż nic.
    3. Pomimo doniesień z mediów o tym, że jakość dostępnych w sklepach ryb jest fatalna, od czasu do czasu sięgam po rybne filety, mrożonki i konserwy. Zacytuję tutaj dietoterapeutę Marka Zarembę, z którego opinią w pełni się zgadzam:

      Musimy rozważyć, czy kończę z rybami na całe życie, bo mają „same” toksyny i metale ciężkie, a w zamian będę pił wyłącznie „ten drogi lepszy tran”. Czy może jednak pomyślę i rozważę, ile w rybie, załóżmy w dorszu, będzie wspaniałego białka, wapnia, potasu, fosforu, magnezu, sodu, selenu, witamin B6, B12, D3, witaminy A, kwasów tłuszczowych wielonienasyconych (…). Nawet gdyby nie było już jodu w dorszach, co jest niemożliwe, to zastanówmy się, że drugiej takiej ryby nie znajdziemy, a cała ta nagonka internetowa, która zainfekowała nas, to czasem w moim przekonaniu lobbowanie, abyśmy zamiast zdrowo gotować, jedli przetworzone jedzenie i, co gorsza, faszerowali się lekami oraz suplementami!”. 

    4. Jeśli nie uda mi się upiec własnego chleba, to nie koniec świata – kupuję w piekarni pieczywo na naturalnym zakwasie (żytnie, pełnoziarniste, z amarantusa itp.); mrożę więcej pieczywa na zapas itp.
    5. Zmniejszyłam ilość mięsa w posiłkach. Już kiedyś, kilka lat temu, zredukowałam jego ilość w diecie. Później wyglądało to różnie. Aktualnie nie czuję się ani głodna, ani pokrzywdzona, jeśli mięso nie pojawi się u mnie w jadłospisie dnia. Wybieram raczej chude mięso. Podobnie z wędlinami – muszą mieć bardzo dobry skład (prócz konserwantów, nie mogą zawierać żadnych wypełnień sojowych!).
    6. Do obróbki termicznej korzystam na równi z masła, masła klarowanego, oleju kokosowego, oleju rzepakowego i smalcu z gęsi. Do sałatek dodaję oliwę z oliwek lub olej lniany. Byle z umiarem i w odpowiedniej proporcji.
    7. Kocham piec ciasta (jeść też…), ale póki co tego typu dania mączne poszły w odstawkę. Ostatni raz jadłam ciasto na weselu 7 lipca – był to sernik. Ustaliłam sobie „psychiczny limit” na dwa razy wypiekowego zgrzeszenia w miesiącu i trzymam się danego sobie słowa konsekwentnie.

Jakie efekty przynosi leczenie Hashimoto?

Odnotowałam wyraźną poprawę samopoczucia. Kiedy czuję zmęczenie, to wiem, co je spowodowało. Nie jest ono u mnie stanem niemal permanentnym, jak z okresu sprzed podjęcia leczenia. Nie mam gwałtownych zmian nastroju, nie odczuwam zniechęcenia. Widzę też poprawę w utrzymaniu koncentracji. Mam więcej energii i to przy prawie całkowitym wyeliminowaniu kawy – piję 2-3 filiżanki kawy w tygodniu. Kiedyś potrafiłam wlać w siebie tyle dziennie!

Z poziomem TSH udało mi się zejść do 1,99 mlU/l. Kolejne kompleksowe badanie czeka mnie pod koniec sierpnia.

Przede wszystkim jednak widzę zmiany zachodzące w wyglądzie mojego ciała. Stopniowo, bezpiecznie chudnę. Biologicznie organizm mi „odmłodniał”. Tracę tkankę tłuszczową i odbudowuję mięśniową. Pojawił się jej dodatkowy kilogram 🙂 Udało mi się więc wyhamować otyłość sarkopeniczną. Wbiłam się w szorty, które odstawiłam 2 lata temu na dno szafy.

Cieszy to tym bardziej, że nie wprowadziłam znaczących zmian do dotychczasowych planów treningowych, które praktykowałam jeszcze przed diagnozą choroby. Tak samo dużo jeżdżę na rowerze i ćwiczę w domu do płyt DVD. W sumie dorzuciłam tylko od czasu do czasu nordic walking i raz w tygodniu szybki trening wzmacniający Model Look Chodakowskiej. W ramach pielęgnacji ciała chodziłam w czerwcu i lipcu raz w tygodniu na masaż Icoone, które znalazłam w dodatku w promocji. Teraz już go odpuściłam, bo zostawia mini-siniaki, a nie chcę na urlopie wyglądać jak ofiara przemocy domowej 😉

Najbliższą kontrolę dietetyczną mam 7 sierpnia i jestem pełna optymizmu co do wyników. Dzisiaj się ważyłam i wyszło już 72 kg. A poniżej porównanie mojej sytuacji w maju, tuż przed wprowadzeniem zmian w jadłospisie i suplementacji oraz w lipcu, po dwóch miesiącach kuracji.

Wyniki odchudzania w chorobie Hashimoto
Moje wyniki odchudzania przy Hashimoto po 2 miesiącach diety i suplementacji – jestem z siebie dumna 🙂

Koszty leczenia choroby Hashimoto

Nie byłabym sobą, gdybym na zakończenie nie zahaczyła o kwestie finansowe.

Na szczęście korzystam w pracy z prywatnego ubezpieczenia medycznego. Wizyty u endokrynologa i badania krwi miałam dzięki temu w pakiecie. Jednak w czerwcu zmieniliśmy ubezpieczyciela. Mam mimo to zamiar kontynuować leczenie u dotychczasowej lekarki, więc czekają mnie dopłaty.

Póki co wydatki kształtują się następująco (okres luty – lipiec):

  • wizyty u endokrynologa, badania krwi (TSH, T3, T4, przeciwciała) – w pakiecie medycznym pracodawcy – 0 zł
  • badanie niedoborów witamin i mikroelementów – częściowo pokryte z ubezpieczenia – 120 zł
  • 3 miesięczna opieka dietetyka (konsultacje, pomiary, kontrole, ułożenie jadłospisu itd.) – 790 zł
  • lewotyroksyna (syntetyczny hormon, 6 opakowań) – ok. 50 zł
  • suplementy – 91 zł

Od września nie będę już ponosić takiego dużego wydatku na dietetyka. Raz na jakiś czas zgłoszę się na kontrolę, a to koszt ok. 100 zł. Niebawem dojdzie mi za to opłata za endokrynologa. Dostałam w rejestracji informację, że czeka mnie wydatek ok. 170 zł. Plus badanie krwi, jeszcze nie dowiadywałam się o koszty. Prawdopodobnie uda mi się uzyskać częściowy zwrot kosztów od obecnego ubezpieczyciela, ale póki co, szykuję się na taki ekstra wydatek pod koniec sierpnia.

Oczywiście do endokrynologa można próbować się dostać w ramach NFZ. Jednak gdy zorientowałam się, jak odległe są terminy, szybko zrezygnowałam z tego pomysłu. Przez ponad pół roku czekania w kolejce można osiwieć.

Epidemia Hashimoto

Już wspomniałam, że choroba Hashimoto częściej dotyka kobiety niż mężczyzn. Jednak częstotliwość jej występowania w populacji rośnie. Dużą rolę odgrywają tu predyspozycje genetyczne, ale coraz większą także czynniki środowiskowe. Tryb życia współczesnego człowieka nie sprzyja utrzymaniu tarczycy w zdrowiu. Stres, niedosypianie, byle jaka dieta, wysoko przetworzona żywność, wieczny pośpiech – to niemal synonimy życia w państwach rozwiniętych.

Dochodzi do tego zanieczyszczenie środowiska. Wyzwalaczem choroby Hashimoto może być zatrucie organizmu metalami ciężkimi – np. arsenem. A tak się składa, że mój rodzinny Głogów jest od wielu lat niechlubnym rekordzistą w przekraczaniu ustalonych dla arsenu norm.

Mnie choroba utrudniała normalne funkcjonowanie. Nic mi się nie chciało. Rzutowało mi to m.in. na brak mobilizacji do pisania czegokolwiek na blogu. Nie miałam na to sił – po powrocie z pracy z obrzydzeniem patrzyłam na komputer. Porzucałam inicjatywy, które sama inicjowałam. Choroba cicho rozwijała się w najbardziej intensywnym dotychczas okresie mojego życia, gdy ogarniałam kwestie zmiany pracy, zakupu mieszkania, ślubu. Szczęśliwie dałam sobie z tym wszystkim radę.

Domyślam się, że wśród moich Czytelniczek jest grono osób cierpiących na problemy z tarczycą. Jak sobie radzicie z zaburzeniami jej funkcjonowania? Czy i od jak dawna się leczycie? Widzicie poprawę? Jak wygląda Wasza historia walki z chorobą? 

10 komentarzy do wpisu „Moje boje z „japońskim motylem”

  1. No to teraz mnie przeraziłaś, bo z moim szczęściem pewnie i na tarczycę powinnam się zbadać, tym bardziej, że mam już zdiagnozowane 2 choroby autoimmunologiczne, a – jak piszesz – one mogą występować razem.
    Dużo zdrowia życzę!

  2. Do pewnego stopnia Cię rozumiem, bo od dwóch lat (wiem, że) mam cukrzycę, a od roku (wiem, że) poważnie grozi mi jaskra, toteż muszę uważać także na oczy. To oczywiście nie Hashimoto, ale też choroby przewlekłe, nie do wyleczenia, a do zaleczania jedynie. Mam o tyle lepiej od Ciebie, że jestem sporo starszy, więc może łatwiej mi się pogodzić z chorobami: kiedyś nadejść musiały, a że teraz? No a kiedy miały się pojawić? 🙂

    Zawsze kiedy odwiedzam Twój blog, patrzę na Twoją fotkę i ten niesamowity blask w oczach. To jakaś siła, a więc jestem spokojny, że się z tym wrednym żółtkiem uporasz i nie zdoła Ci on zaszkodzić. Trzymaj się ciepło (he he, dobre zakończenie jak na ten upalny dzień)!

    • Dzięki Marku za budujący komentarz 🙂 Takie widocznie czasy, że każdy na coś cierpi – część o chorobie wie, spora część nie ma świadomości o swoich schorzeniach… Pozdrawiam serdecznie!

  3. Moja żona również ma tarczycę, ja również przebadałem się pod tym kątem, ale na szczęście u mnie nie wyszło. Za to przy okazji badania krwi, wyszło u mnie co innego – podwyższony cholesterol… 😉

    • Hehehe, niepokoiłabym się, gdyby Twoja żona nie miała tarczycy 😀 Oki, żarty na bok, wiem, to był skrót myślowy 😉 A z cholesterolem sprawa nie jest do końca jasna. Np. w USA są całkiem inne normy. Wiele osób, które u nas mają zdiagnozowany zbyt wysoki poziom cholesterolu (szczególnie tego tzw. złego), tam jeszcze by się mieściły w widełkach… I bądź tu człowieku mądry 🙂 Pozdrawiam!

  4. Tak wiele osób choruje na Hashimoto. Nigdy wcześniej nie było aż tak wielu przypadków co teraz. Obserwuję znajomych i kuzynkę jak zmagają się z tą chorobą i bardzo im współczuję. Każdy z nich przechodzi ją na swój sposób i choć jest to choroba, z którą można żyć to jednak jest mocno uciążliwa.
    Fajny, wyczerpujący artykuł.

Dodaj komentarz