Nie warto uszczęśliwiać na siłę

Nie warto uszczęśliwiać na siłę

Co powiecie na lekkie opowiadanie na weekendowe popołudnie? Dzisiaj postanowiłam zaryzykować i przygotować dla Was małą odskocznię. Nie będę bowiem pisać ani słowem o finansach. Choć pewnie dla chcącego nic trudnego i da się znaleźć jakiś wspólny pierwiastek między dzisiejszym wpisem a tematyką finansową (uwaga dla kreatywnych: jakby co, wpisujcie w komentarzach 😉 ). Chciałam się z Wami mianowicie podzielić pewnym znaleziskiem, jakiego dokonałam przy okazji robienia porządków na moim laptopie. Znaleziskiem z morałem, dlaczego nie warto ludzi uszczęśliwiać na siłę 😉

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wspominałam Wam na blogu o tym, że „dawno, dawno temu”, w latach szkolno-studenckich, zdarzało mi się popełniać krótkie formy literackie? Uczęszczałam na spotkania kółka literackiego, a także na warsztaty poetyckie. Brałam udział w wieczorkach artystycznych i w innych inicjatywach organizowanych przez szkoły oraz lokalne Głogowskie Stowarzyszenie Literackie.

Pisałam opowiadania oraz wiersze. Te ostatnie zostały nawet opublikowane w kilku tomikach poetyckich. Zdarzyło mi się też pisać książkę przygodową w klimatach science-fiction. Pracowałam nad nią przez rok z kawałkiem. Odręcznie zapisałam kilka zeszytów oraz niezliczoną ilość luźnych kartek, które do nich dołączyłam. Tak, odręcznie, nie na komputerze. Ogółem bardzo lubię pisać w ten sposób. Później jednak pojawiły się na głowie inne sprawy i odłożyłam pisanie książki na bok. I tak leży ona i czeka na ewentualne dokończenie do dzisiaj.

To, że pokazałam swoje prace innym, zawdzięczam w głównej mierze mojej ukochanej pani od języka polskiego, która uczyła mnie w podstawówce i gimnazjum. Zachęcona przez nią, odważyłam się swoje teksty wyciągnąć z szuflady i kilka razy wzięłam udział w konkursach prozatorskich i poetyckich. Takich dla dzieci, młodzieży, a także dla dorosłych. Udało mi się w nich zająć czołowe miejsca i zdobyłam kilka wyróżnień. Bardzo przyjemnie wspominam tamte czasy.

Pani Małgorzato, jeśli czyta pani te słowa, to pragnę pani serdecznie podziękować za udzielone wtedy wsparcie i wiarę we mnie. Tamte sukcesy są także pani udziałem. Jest pani prawdziwym nauczycielem z powołaniem 🙂

Teraz rzadko zdarza mi się napisać cokolwiek o zacięciu beletrystycznym. Od dawna nie wyszedł też spod mego pióra żaden wiersz. Ostatni chyba dwa lata temu? Żal mi tego, a z drugiej strony, mentalnie nie czuję się na siłach. Codzienne obowiązki i praca tak zajmują mój umysł, że nie ma w nim za bardzo już przestrzeni na taką aktywność. Liczę, że to po prostu kolejny etap w życiu i w końcu nadejdzie dzień, kiedy ponownie uruchomię swoje pokłady kreatywności w tym obszarze.

Kończąc powoli ten przydługi wstęp – robiłam w zeszłym tygodniu porządki na komputerze i siłą rzeczy zaczęłam przeglądać różne kopie zapasowe plików, do których od wieków nie zaglądałam. Część zgromadzonych materiałów usunęłam, aż w końcu natknęłam się na zaszyty w innym folderze katalog „Moje teksty”. Zupełnie o nim zapomniałam. Przewertowałam różne pliki w nim zapisane. Mimowolnie się uśmiechnęłam, przypomniałam sobie, co kiedyś „wyszło” z mojej głowy. Aż w końcu dobrnęłam do jednego opowiadania.

Tekst, który dziś publikuję, powstał, gdy miałam największego bzika na punkcie fantastyki naukowej. Strugaccy, Bradbury, Lem gościli na mojej liście lektur wtedy non-stop, ale prym wiódł radziecki autor Kir Bułyczow. Jego nieco groteskowy styl pisania bardzo mi się podobał i chyba nim trochę przesiąknęłam. Kto czytał cykl Bułyczowa o Wielkim Guslarze, ten wie, o co mi chodzi.

Dla poniższego tekstu jest to trochę świąteczny moment, bo światło dzienne ujrzał 18 lat temu, w 2019 roku osiągnął więc pełnoletność. Natomiast na początku 2003 roku zgłosiłam go do literackiego konkursu „Oda do radości”, w którym zajął pierwsze miejsce.

Z dzisiejszej perspektywy patrząc, myślę, że trochę „strollowałam” ten konkurs. Jego nazwa wzięła się stąd, że prace do niego zgłaszane miały traktować o wadze szczęścia w życiu człowieka. Natomiast ja… No, zresztą, przekonajcie się sami.

Przed Wami opowiadanie pt. „Profesor Rad Oslaw i maszyna dająca szczęście”. Mam nadzieję, że dostarczy Wam odrobinę rozrywki – i jednocześnie apeluję o wyrozumiałość. W końcu tekst powstał, gdy byłam dzieckiem 😉 Przyjemnej lektury!

Dlaczego nie warto ludzi uszczęśliwiać na siłę? Opowiadanie bloga Kobiece Finanse.

Profesor Rad Oslaw i maszyna dająca szczęście

Czy wiecie, co to jest Kantomierz? Nie? To taka mała miejscowość w środkowej Polsce. Jeżeli nie wiecie, gdzie jest środkowa Polska, to dla ułatwienia uprzejmie podpowiadamy, że nie jest to ani Polska zachodnia, ani wschodnia, jak również nie południowa czy północna, tylko centralna. Jeżeli nadal nie możecie tej części świata odnaleźć, podajemy jej współrzędne: mniej więcej między czternastym a dwudziestym drugim stopniem długości geograficznej wschodniej, a czterdziestym dziewiątym i pięćdziesiątym piątym stopniem szerokości geograficznej północnej. I wszystko jasne.

         A więc w tej, jak już wspomnieliśmy, niewielkiej miejscowości mieszkał mało znany, lecz ceniony przez mieszkańców miasteczka, naukowiec, profesor Rad Oslaw, o czym jeszcze nie było mowy. Profesor Rad był mężczyzną mizernej postury o lekko przygarbionych plecach i wielkich, sumiastych wąsach na przedzie, których nie golił głównie z powodu braku czasu, oraz małej kępki szpakowatego puchu na głowie, która niegdyś tworzyła zapewne bujną czuprynę, stopniowo zanikającą pod wpływem ciągłego drapania głowy przez jej właściciela, nawykłego do poddrapywania się w czasie wytężonej pracy umysłowej. Gdy do takiego wizerunku dodamy okrągłe okulary, których szkła dochodzą do grubości jednego centymetra oraz biały, nieco poplamiony i nieuprasowany kitel, ukaże nam się obraz typowego naukowca cierpiącego na zaawansowaną i nieuleczalną „chorobę umysłową” zwaną nadmiarem naukowych ambicji.

         Tak też i tym razem profesor Rad dostał silnego ataku choroby i umyślił sobie, że…

– Skonstruuję jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną, niespotykaną, najbardziej skomplikowaną maszynę w historii ludzkości!! – krzyknął, gdy tylko wyskoczył żwawo z łóżka, po bezsennie spędzonej nocy poświęconej nieustannym rozmyślaniom – Skonstruuję maszynę uszczęśliwiającą! – po tych słowach uniósł ręce do góry, spojrzał na swe odbicie w lustrze z podziwem i uwielbieniem, myśląc o swojej nieskończonej inteligencji, cmoknął ustami, pstryknął palcami i galopem opuścił swój dom, pędząc na drugi koniec miasta w stronę gospodarstwa Toma Wkrętło, jedynego informatyka, mechanika i architekta w promieniu stu pięćdziesięciu dwóch kilometrów, trzydziestu siedmiu metrów i ośmiu (przecinek sześciu dziesiątych) centymetrów. Tak wyliczył.

         Mieszkańcy miasteczka nie mogli się nadziwić: ich profesor zaszył się w swym domu wraz z sąsiadem, nie dając żadnych oznak życia. Niektórzy szczęśliwcy mieli zaszczyt napotkać go przypadkiem wracającego pędem ze sklepu, gdy trzymał pod pachą cały worek „Dania w pięć minut”, co chwilę potykającego się, przewracającego i w pośpiechu zbierającego rozrzucone sprawunki. Nie omieszkali wtedy go zaczepić:

– Dzień dobry, panie profesorze! Co słychać? – zapytał raz stary poczciwiec Bronisław Brona, gdy pan profesor padł mu do stóp po zaplątaniu się w rozwiązane sznurówki – Cóż pan tam wyprawiasz z Tomem, zamknięty całymi dniami na wszystkie spusty, hę? Znów jakiś projekt? Jej! – jęknął, ujrzawszy oblicze Rada – Coś nędznie pan wygląda, taki blady na twarzy… .

– Ależ skąd! To tylko mąka się rozsypała! – odkaszlnął profesor i podniósłszy się z ziemi stanął prężąc się dumnie – A tak, projekt mam wielki. Ponadczasowy! – odrzekł – Pracuję nad urządzeniem tak wspaniałym, o jakim się panu nawet nie śniło!

– Doprawdy? – nie dowierzał Brona, przyglądając się wycierającemu rękawem obmączone okulary profesorowi – A co takiego ma pan zamiar stworzyć?

– Też pytanie! Maszynę  pobudzającą mózg do wytwarzania endorfiny, substancji mającej podobne działanie na ośrodkowy układ nerwowy jak opium, a która to sprawia ogólne ożywienie oraz…

         Bronisławowi Bronie oczy wyszły na wierzch.

– Eee… Panie, czy można… eee… prościej…?

– Ależ ja mówię najprościej w swej prostocie! Chcę stworzyć maszynę uszczęśliwiającą!

– Aaa… maszynę uszczęśliwiającą… a… ale właściwie to po co?

– Jak to, po co?! Prostaku! W nauce nic nie jest bez celu! I pomyśleć, że takie próżnie mózgowe, jak ten tu, stanowią na świecie większość! ”Vacua vasa plurimum sonant”![1]

         I poszedł, mrucząc pod nosem, że ”damnant, quod non intelligunt”[2], zostawiając Bronę pukającego się w czoło samego na pustej ulicy.

* * *

         Minęły cztery miesiące od tajemniczego zniknięcia Rada, jak z domu profesora po całej okolicy rozszedł się okrzyk „eureka”, a on sam ukazał się tłumowi zebranemu przed jego posesją, w mocno postrzępionym fartuchu, z rozwichrzoną grzywą i dzikim, pełnym radości błyskiem w oku.

– Skończyłem me dzieło! – powiedział do ludu, a potem, odwróciwszy się do stojącego za nim Toma Wkrętło, uścisnął mu prawicę i takie wyrzekł słowa:

– Jestem ukontentowany, bardzo, bardzo! Dziękuję za współpracę, szanowny panie, dokonaliśmy niemożliwego! „Iucundum est meminisse laborum actorum”![3] Jestem wdzięczny niepomiernie!

– Ja również – odrzekł Tom – Zawsze do usług, zawsze i wszędzie! Polecam się na przyszłość – i obojętnie przechodząc pośród ludzi, ruszył powolnym krokiem do domu.

– Ha! – zwrócił się profesor do zaciekawionej gawiedzi – Zapraszam do środka! Zobaczycie, czego dokonać może umysł tak światły, jak mój! – powiedział i zacierając ręce prowadził gości korytarzem.

        Głośne „OOO” wyrwało się z dwudziestu piersi, gdy zobaczyli dzieło profesora. Przed nimi stała maszyna ogromna i masywna, z wyglądu nieco kanciasta i toporna: tu kable, tam kable, u góry lampki, u dołu pokrętła i różne guziczki, których nie sposób opisać, a których przeznaczenia jeden Pan Bóg i sam profesor Rad znali.

         Rozpoczęła się prezentacja.

– Oto i maszyna pobudzającą mózg do… – tu profesor ugryzł się w język, widząc zdziwienie malujące się na twarzach widzów – Maszyna uszczęśliwiająca! – poprawił się – Nie ma i nie było jeszcze takiej na świecie! To pierwsze urządzenie tego typu, skonstruowane właśnie przeze mnie! – stuknął się w pierś pięścią tak, że aż echo poszło.

– A jak to działa? – padło pytanie.

– Już pokazuję! – profesor przesunął dźwignię i rozsunęły się drzwi, otwierające przejście do komory, z której uszło dużo pary – Potrzebna jest mi pomoc kogoś z państwa, kogo akurat dopadł smutek!

– Ja jestem smutny! – do przodu wysunął się barczysty mężczyzna – Wstałem dziś lewą nogą!

– O, to dobrze, proszę do środka! – odparł Rad i bez pardonu wepchnął do kabiny zdumionego „pacjenta”. Przekręcił korbę i drzwi zasunęły się z głośnym sykiem.

         Zahuczało, zadudniło, zaparowało i ostatecznie nastał spokój. Wszyscy z przerażeniem, podekscytowaniem i w wielkim napięciu wpatrywali się w drzwiczki.

         Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a po chwili z maszyny wyskoczył mężczyzna już szczęśliwy, roześmiany, wywijający fikołki, tańczący i śpiewający: ”Jestem radosny!”.

– No proszę, to działa! – darł się wniebogłosy profesor – Kto następny?!

         Chętnych nie brakowało. I tak jeden po drugim wychodzili od profesora ludzie radośni, cieszący się życiem. Rad miałby więc  czym się przed kolegami po fachu chełpić, gdyby nie pewna matka, która przyprowadziła nazajutrz swego smutnego synka.

– Panie kochany! – rozpaczała kobieta – Cóż czynić! Mój syn, biedaczek, smutny wciąż chodzi, niewyspany, z brakiem apetytu! W panu jedyna nadzieja! Pomóż pan starej kobiecie!

– Coś na pewno da się zrobić – powiedział, zerkając z ukosa na brzdąca, napuszonego i wyglądającego na bardzo obrażonego.

         Profesor zaprowadził chłopca do maszyny.

– Wejdź – zwrócił się do dziecka – Pozbędziesz się wszystkich trosk.

– Ja nie chcę – brzmiała odpowiedź.

– Lżej ci będzie, synu – przekonywał dalej, nie przejmując się tym brakiem poszanowania dla jego poświęcenia – To trwa tylko chwilkę, nic nie boli, a poprawia humor na całe życie.

– A ja nie chcę – powtórzył chłopiec.

– Właź! – warknął profesor, miał bowiem dość przekomarzania się ze smarkaczem – Właź, bo cię siłą wepchnę!

– Nie wejdę, bo nie chcę – odburknął bezczelny malec.

– Oj, uparciuszek… Oj, ty, ty! – czerwony na twarzy profesor pogroził chłopcu palcem i jak obiecał, tak też uczynił.

         Zahuczało, zadudniło, zaparowało i zaświeciło. Do tego się zatrzęsło. I nic. I cisza.

– No więc?! – pytał Rad siedzącego wewnątrz maszyny malucha – Już humorek dopisuje?

– Ani trochę! Ja nie chcę! – doleciało ze środka.

         To wyprowadziło zwykle cierpliwego profesora z równowagi. Zły powtórzył całą procedurę. Lecz efekt był zawsze ten sam: odpowiedź brzmiała „Ja nie chcę, nie będę”. Zatem powtarzał ją nawet z dziesięć razy i jeszcze, i jeszcze, ciągle manipulując przyciskami i tak bez przerwy, aż do wieczora. W końcu siadł na krześle i rzucił zrezygnowany:

– I…? Szczęśliwy żeś, czy nie?

         Po chwili dźwięczącej w uszach ciszy usłyszał:

– Ja nie chcę, nie będę!

         W profesorze aż się zakotłowało. Chwycił za stojący w kącie duży, pożyczony kiedyś od Toma młot i rzucił się w furii na maszynę, z całych sił uderzając w pulpit, wzbijając snop iskier.

– A będziesz, u diaska, pajacu, straceńcu, zarazo przebrzydła!

         Tak wołał, stukał i walił, aż się zatrzęsło i zahuczało i po efektownym „łubudu” cała maszyna rozleciała się w drobny mak, przy okazji rozsadzając przybytek profesora doszczętnie.

         Ludzie, zaniepokojeni dziwnymi odgłosami, zbiegli się do profesora i zobaczyli go siedzącego na betonowych schodach, które jako jedyne ostały się po katastrofie, ze spuszczoną głową, pogrążonego w rozpaczy.

– Cóż się stało? – zakrzyknął trwożnie Bronisław Brona do idącej kobiety, ciągnącej za sobą opierającego się chłopca, który usłyszawszy pytanie odpowiedział:

– A ja i tak nie będę, bo nie chcę!

         W ten sposób się to wszystko skończyło. Profesorowi Radowi Oslawowi już ani w głowie konstruowanie czegokolwiek; wyjechał na półroczny urlop w Alpy, powierzając Tomowi Wkrętło odbudowę swojego mieszkania. Najwyraźniej wyleczył się z nadmiernych naukowych ambicji.

         A morał z tego taki, by nikogo nie uszczęśliwiać na siłę, bo może się to źle skończyć!

* * *

Rad Oslaw – pochodzenie od słowiańskiego imienia Radosław; oznaczało niegdyś tego, kto jest rad sławie, tzn. chętnie zabiega o sławę i szacunek ludzi.


[1] „Vacua…” – (łac.) puste naczynia najgłośniej brzęczą.

[2] „damnant…” – (łac.) potępiają to, czego nie rozumieją.

[3] „Iucundum…” – (łac.) przyjemnie wspomina się wykonaną pracę.

Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za przydatny?
Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się nim ze znajomymi!
Możesz też polubić Kobiece Finanse na Facebooku lub śledzić mój blog na Twitterze!
Wtedy zawsze będziesz na bieżąco z nowymi wpisami, ciekawostkami, wartymi odnotowania wydarzeniami i poradami 🙂

4 komentarze do wpisu „Nie warto uszczęśliwiać na siłę”

  1. Taka maszyna byłaby dość fajna 🙂 Myślę, że na takiej maszynie można byłoby zarobić. Już wyobrażam sobie biznes w którym ludzie ustawiają się w kolejce do tej maszyny. Proszę. 10 minut szczęścia za 50 zł. Ciekawe ilu byłoby chętnych 🙂 Swoją drogą profesor okazał się mało cierpliwy i szybko się poddał jakby nie wierzył już w swój wynalazek.

  2. Według mnie super historia i świetnie się ją czyta 🙂 Aż się prosi o więcej takich opowiadań 🙂 Mam nadzieje, że masz ich jeszcze kilka schowanych gdzieś w laptopie 😉

Dodaj komentarz