Nowa Zelandia – finansowe ciekawostki

Nowa Zelandia – finansowe ciekawostki

Wróciłam w zeszłym tygodniu z największej przygody mojego życia, czyli podróży na drugi koniec świata. Przepiękne, soczyście zielone krajobrazy, niesamowite góry, krystalicznie czyste powietrze i woda, wyjątkowa fauna oraz uśmiechnięci, serdeczni i bardzo pomocni mieszkańcy – taki obraz Nowej Zelandii zostanie mi na zawsze w pamięci. Wizyta w Nowej Zelandii była moim największym marzeniem (męża też, jako wiernego fana serii filmów Władca Pierścieni oraz Hobbit, które nakręcono w tym kraju) – udało się je zrealizować w ramach podróży poślubnej. Nie ukrywam, że jestem zafascynowana Nową Zelandią, jej przyrodą i kulturą i gdyby przyszło mi gdziekolwiek z Polski wyemigrować, to przeprowadziłabym się właśnie tam.

Przygotowania do podróży trwały w zasadzie od listopada 2017, ale już wcześniej zasięgaliśmy języka wśród znajomych, którzy odwiedzili ten kraj, jak i czerpaliśmy wiedzę z przewodników i for internetowych. W osobnym wpisie przygotuję dla Was finansowe zestawienie kosztów podróży, w dzisiejszym natomiast podzielę się garścią zdjęć, które -mam nadzieję – choć w ułamku pokażą Wam piękno Nowej Zelandii, jak i kilkoma ciekawostkami finansowymi z tego kraju.

Przyroda jest bezcenna

Ochronę przyrody i ekologię Nowozelandczycy mają wyssane z mlekiem matki. Jeśli gdzieś na trawniku widać walające się papierki, można być pewnym jednego – to „pamiątka” po turystach. Ktoś przyłapany na śmieceniu może spodziewać się w najlepszym wypadku nagany słownej wzburzonego lokalsa, bowiem mieszkańcy obu wysp niezwykle dbają o swój wyjątkowy ekosystem. Pilnują także, by zwierzęta i roślinność endemiczna nie były zagrożone przez organizmy z Australli, Europy i reszty świata.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dlatego już na wjeździe do kraju każdy podróżny przechodzi gruntowne „prześwietlenie” bagażu pod kątem wwożenia niepożądanych substancji i materiałów biologicznych. Wszelkie nasiona, susz roślinny, owoce, surowe jedzenie itp. są niedozwolone i ich posiadanie trzeba zadeklarować w karcie tzw. Biosecurity, którą wypełnia się jeszcze na pokładzie samolotu. Po przylocie zakazane produkty należy wyrzucić do specjalnie oznaczonych kontenerów.

Jeśli ktoś nie jest pewny, czy posiadane przez niego produkty są dozwolone, dla bezpieczeństwa powinien je wymienić na karcie i zweryfikować u strażnika na lotnisku. Jeśli się czegoś podejrzanego nie zadeklaruje i wyjdzie to przypadkowo na kontroli, podróżny spodziewać się może słono za to zapłacić. Mandaty zaczynają się od 200 dolarów nowozelandzkich (ok. 500 zł) za każde przewinienie… Gra niewarta świeczki, więc lepiej pozbyć się zawczasu niezjedzonego jabłka, niż je chować i ryzykować.

Weryfikacji poddawane są także sprzęty sportowe i biwakowe, np. kijki trekkingowe, namioty. Bardzo dokładnie sprawdzono stan naszego obuwia górskiego, czy podeszwy są czyste i nie nanosimy do Nowej Zelandii „zagranicznego” błota. Gleba może być bowiem nośnikiem jaj owadów, mikrobów, nasion. Ogółem kontrola na lotnisku po przylocie i stanie w kolejkach do „przeglądu” zajęły nam ponad godzinę.

O tym, że Nowozelandczycy niezwykle serio traktują kwestię ochrony swojej przyrody i są gotowi ponosić tego ekonomiczne konsekwencje, najlepiej świadczy historia sprzed nieco ponad miesiąca. Aż 12 tys. zaimportowanych z Japonii samochodów, które przypłynęły na statkach, nie wpuszczono do kraju. Powodem były owady Halyomorpha halys występujące m.in. w Azji, które dostały się do wnętrza aut, a które uważane są za niebezpieczne dla upraw i innej roślinności szkodniki – toksyczne substancje wytwarzane przez te organizmy prowadzą do obumierania roślin.

Importerowi feralnej partii aut nakazano przeprowadzić dezynsekcję. Niestety, środek używany do zabicia owadów uszkadza tapicerkę. Okazało się także, że alternatywny, bezpieczny dla pojazdów preparat jest zakazany w Nowej Zelandii. Samochody nie wjechały więc do kraju, a importer odnotował stratę. Pod znakiem zapytania stanęły też kolejne dostawy aut z Japonii jako potencjalne zagrożenie ekologiczne, a nad tysiącami pracowników handlu motoryzacyjnego w Nowej Zelandii zawisło widmo utraty pracy. Więcej o przypadku tutaj.

Wybierasz i płacisz, czyli Honesty Box

Popularną praktyką w Nowej Zelandii jest ustawianie wzdłuż dróg małych straganów samoobsługowych z np. lokalnymi owocami i warzywami. Przeważnie umieszczane są one w pobliżu gospodarstw, z których pochodzą sprzedawane produkty. Fizycznie sprzedawca jest nieobecny przy stoisku. Po wybraniu produktów klient musi sam uiścić odpowiednią zapłatę – wrzucić pieniądze do skrzynki-skarbonki, które nazywane są tutaj „honesty box”. Kradzieże pieniędzy z takich miejsc praktycznie nie występują.

Spróbowałam sobie wyobrazić taki system działający u nas w Polsce. Ech, pomarzyć zawsze można.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Jak mieszkać, to „na swoim”, jak jeździć, to najlepiej „własnym”

Kiwi (tak o sobie lubią mówić Nowozelandczycy) są zafiksowani na punkcie posiadania własnych domów czy mieszkań. Wynajem nie jest tutaj popularną praktyką. Nowa Zelandia ma jeden z najwyższych wskaźników na świecie, jeśli chodzi o posiadanie nieruchomości przez ludność. Około 67% mieszkańców Nowej Zelandii posiada własny dom czy apartament. Większość z nich stanowią domki jednorodzinne (single-family bungalow), przeważnie budowane z drewna i elementów stalowych lub z cegieł (te ostatnie występują raczej w większych miastach). Ogółem w Nowej Zelandii dominuje niska zabudowa mieszkalna z ogrodami. Gdy ktoś zdecyduje się jednak wynajmować lokal, musi się liczyć z tym, że należy go wyposażyć w meble i sprzęty we własnym zakresie – przeważnie wynajmowane są dosłownie gołe ściany.

Ponieważ tutejszy klimat jest łagodny (srogie zimy są nieznanym dla Kiwi zjawiskiem), domostwa rzadko posiadają centralne ogrzewanie –  jest ono instalowane przeważnie w sklepach, biurach czy hotelach. Ciepło na co zimniejsze noce zapewniają mieszkańcom farelki elektryczne, przenośne piecyki gazowe lub kominki opalane drewnem.

Podobnie jak z posiadaniem domów wygląda sytuacja z posiadaniem środka transportu. W przeliczeniu na mieszkańca Nowa Zelandia znajduje się w czołówce światowego rankingu osób posiadających własne auto. Na nowozelandzkich drogach królują marki japońskie: Toyota, Honda, Nissan, Suzuki, Mitsubishi. Wynika to głównie z faktu, że ruch drogowy w Nowej Zelandii jest lewostronny, tak sama jak w Japonii (umiejscowienie kierownicy!), poza tym jest to jeden z najbliższych dostawców. W Nowej Zelandii nie ma fabryk samochodowych, wszystkie auta są więc sprowadzane.

Dodam też, że kierowanie samochodem w Nowej Zelandii jest przyjemne – nie tylko z uwagi na malownicze pejzaże na trasie. Maksymalna dozwolona prędkość na autostradach wynosi 100 km, w miastach 50 km, a bardzo często na drogach znajdują się ograniczenia 35-45 km, z uwagi na pagórkowaty teren, a więc strome i kręte fragmenty jezdni. Piraci drogowi raczej tutaj nie występują, a policja jest bezwzględna w stosunku do kierowców łamiących przepisy.

Sami też załapaliśmy się na mandat 😉 I to z bardzo głupiego powodu. W Wellington zaparkowaliśmy na parkingu, który tylko w określonych godzinach był bezpłatny, mianowicie między godz. 20 wieczorem a 8 rano. Do samochodu podeszliśmy ok. 9 rano i mandat czekał już na nas za wycieraczką. Uregulowaliśmy płatności w parkomacie na kolejne 2h i myśleliśmy, że już po krzyku. A gdzie tam! Około godz. 10.20 czekał na nas drugi mandat. Okazało się, że maksymalny czas dozwolonego, płatnego parkowania w tym miejscu wynosił 2h. Licznik tykał od godziny 8, czyli mogliśmy stać tam maksymalnie do godziny 10, mimo że po odebraniu pierwszego mandatu wykupiliśmy miejsce do godz. 11. Spóźniliśmy się więc o jakieś 15-20 minut, żeby uniknąć drugiej kary… Na szczęście była znacznie niższa niż pierwsza. Tak czy owak, z Wellington wyjechaliśmy w przeliczeniu na nasze ubożsi o jakieś 150 zł.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Poczucie wspólnoty

Biedni w Nowej Zelandii oczywiście istnieją, bezdomność nie jest jednak dużym problemem. Bezdomni mogą liczyć na wsparcie w zakresie odzienia i żywienia ze strony wielu wolontariuszy i nie tylko – do tego stopnia, że nie muszą uciekać się do żebractwa. A przynajmniej nie w takiej skali, którą można obserwować np. u nas w Polsce. Początkowo po wyczytaniu tych rewelacji w książkach i artykułach o Nowej Zelandii nie chciało mi się w nie zbytnio wierzyć, ale faktycznie, gdy przebywaliśmy w Auckland, widziałam 2 lub 3 bezdomnych (co do jednej osoby, to nie jestem do końca pewna, czy była bezdomna), których w sumie rozpoznałam po tym, że siedzieli na kocu/gazetach pod ścianą budynku z jakimś tobołkiem. Nie śmierdzieli, nie żebrali, nie zaczepiali przechodniów, nie mieli porozrywanych ubrań. W innych większych miastach, które odwiedziliśmy (Hamilton, Wellington, Christchurch, Queenstown), w ogóle nie widziałam żebraków.

Nowa Zelandia jest krajem społecznie świadomym, co wynika bezpośrednio z jej historii. Przed przybyciem Europejczyków, tutejsi rdzenni mieszkańcy, Maorysi, żyli w plemionach posiadających mechanizmy, które zapewniały, że nikt nie musiał głodować i nie brakowało mu opieki (np. sieroty czy starcy). Nowa Zelandia była pierwszym krajem, który dał kobietom prawo głosu (w 1893 r.), który jako pierwszy na świecie przyjął ośmiogodzinny dzień pracy za normę (w latach 1840-1850) i który wprowadził powszechną emeryturę, zwaną w Nowej Zelandii Superannuation.

Każdy Nowozelandczyk lub stały rezydent, bez względu na sytuację ekonomiczną, ma prawo do świadczenia emerytalnego po osiągnięciu wieku 65 lat. By się o nią ubiegać, musi mieszkać w Nowej Zelandii przez minimum 10 lat, odkąd skończył 20 rok życia, a także 5 lat z tych 10 musi spędzić w Nowej Zelandii po skończeniu 50 lat. Płatności są dokonywane co dwa tygodnie, a wysokość świadczenia zależy od czynników społecznych, np. od tego czy ktoś żyje samotnie czy w związku (niekoniecznie małżeńskim) lub ma dodatkowo na utrzymaniu dziecko. Kwoty emerytur co roku na początku kwietnia publikowane są na stronie internetowej Ministerstwa Rozwoju Społecznego, poniżej w ujęciu tygodniowym:

NZ Superannuation - emerytura w Nowej Zelandii
Źródło: https://www.workandincome.govt.nz/products/benefit-rates/benefit-rates-april-2018.html

Z kolei narzędziem państwowym wspierającym politykę prorodzinną jest pakiet świadczeń Working for Families. Zapewnia on wsparcie finansowe dla rodzin z dziećmi o całkowitym rocznym dochodzie w wysokości 74 000 NZD lub mniejszym, chociaż kwalifikują się do niego również gospodarstwa domowe o wyższych dochodach.

O Nowej Zelandii mogłabym rozprawiać godzinami. Powyższe to zaledwie garść ciekawostek w ujęciu finansowym – czy chcecie, aby na blogu pojawiła się kontynuacja tego wątku? Jest to dla Was interesujące? Dajcie znać, bo na pewno coś jeszcze bym dla Was uzbierała 😉 Na blogu poza tym pojawią się jeszcze 2 wpisy poświęcone Nowej Zelandii (podsumowanie wydatków oraz poradnik, jak się do takiej podróży na drugi koniec świata przygotować), ale wszystko w swoim czasie – w planie również inne tematy 😉

Czyli w skrócie: wracam do blogowania po nowozelandzkiej przerwie 😉 A przy okazji życzę Wam spokojnych, zdrowych i radosnych Świąt!

24 komentarze do wpisu „Nowa Zelandia – finansowe ciekawostki

  1. Gratuluję wyboru. Po ilości wrażeń wnioskuję, że to jedna z piereszych Twoich prawdziwych podróży zagranicznych. Zwiedzanie NZ sprzyja prawdziwemu poznaniu kraju i jego mieszkańców, ponieważ nie ma tam Wenecji, Paryża, Barcelony czy innego męczącego, pożerającego czas i pieniądze, bezwartościowego – jak okazuje się po – miejsca „must to see”. Polecam także bliższe wypady po Europie, oczywiście szerokim łukiem omijając wszystkie miasta, których nazwy jesteś w stanie wymienić. Wrażenia również zaskakujące.

    • Nie zgadzam się z takim stanowczym skreśleniem europejskich miast. Ja jestem człowiekiem z bagien i to przyrodę cenię najbardziej, ale w miastach też można znaleźć coś niesamowitego – koloryt lokalny. Odwiedzając stolice europejskie pomijam zabytki, kościoły (dla mnie wszystkie identyczne), muzea. Idę gdzieś przed siebie, nie zawsze do centrum, siadam i patrzę, jak żyją inni, a przy okazji, jak mogę zjeść coś lokalnego, to w ogóle bajka. To bardzo ciekawe, bo człowiek zdaje sobie sprawę, że świat jest taki różnorodny.

      • To wyobraź sobie, jak te doznania potęgują się w mniejszych miejscowościach, zdala od lotnisk i głównych dróg…a podobne do tych z Argentyny czy Australii można znaleźć na Słowacji…

    • Cześć Piotrze 🙂 Tak, to mój pierwszy raz, gdy wybyłam tak daleko. Dotychczasowe wycieczki odbywałam po Europie: Niemcy, Francja, Chorwacja itp., były też krótsze. Pozdrawiam!

    • Napiszę o tym osobny wpis 😉 Ale w skrócie: tania ta wycieczka nie była i od początku zakładaliśmy, że tania nie będzie 🙂 Pozdrawiam!

  2. Prawdziwa podróż marzeń 🙂 ciekawe to miejsce. Nie pomyślałam, że takie poukładane.
    Ze sprzedażą bez sprzedawcy spotkałam się jakieś parę lat temu gdy studenci na krakowskim Kleparzu robili eksperyment. Wystawili jajka i zostawili tylko kartkę, raz z ceną a drugim razem z informacją co łaska. Podobno kasy było więcej niż się należało 🙂

Dodaj komentarz