Świat stoi w ogniu

Świat stoi w ogniu

Z niepokojem śledzę od kilku tygodni doniesienia o kolejnych pożarach, które opanowują różne zakątki kuli ziemskiej. I to naprawdę różne – od Arktyki po Amazonię. Czytam o pożarach, których nie da się podobno okiełznać, które wymykają się spod kontroli i sieją spustoszenie. Zapytasz – co u diaska mają wspólnego jakieś pożary z finansami? Ano, mają dużo. Bo te cholerne pożary to tylko objaw pewnej choroby, która trawi światową gospodarkę. Jeśli ciekawi Ciebie, o co chodzi – zapraszam do lektury.

Pożary w Amazonii i nie tylko

Nie wiesz, o jakich pożarach piszę? W sumie mnie to nie dziwi. Kiedy we Francji płonął budynek sakralny, większość mediów wpadło w histerię, a miliony dolarów i euro płynęły wartkim strumieniem do Paryża. Niepowetowana strata, spłonął zabytek, dziedzictwo kultury, perła architektury, która napawała dumą – to wszystko prawda! – nie szczędzono więc kasy.

Teraz, gdy w zatrważającym tempie idą z dymem płuca Ziemi, jakoś milionerzy nie „wyskakują ochoczo z hajsów”, by pomóc w powstrzymaniu tragedii.

Dlaczego? Widocznie lasy to „czyjś” problem. No i są niedochodowe… W zasadzie to na ich karczowaniu i wypalaniu właśnie się zarabia. Tak w nielegalny sposób tworzy się tereny pod nowe uprawy.

W zasadzie dopiero w ostatnim tygodniu coś drgnęło i o pożarach głośniej zaczęli wypowiadać się politycy (m.in. prezydent Francji Macron) i gwiazdy (m.in. Leonardo DiCaprio).

Czy dlatego, że ludzie zaczęli wyrażać oddolnie swoje niezadowolenie? Zapewne fala krytyki, która przetoczyła się przez media społecznościowe i w ramach ulicznych protestów, pomogła zwrócić większą uwagę prominentów na te przykre wydarzenia.

Jeśli temat pożarów na świecie jakoś Ci umknął, dla szybkiego wdrożenia się polecam kilka artykułów:

Pożary to problem globalny

Problem wzrastającej liczby pożarów powinien być traktowany przez wszystkich światowych przywódców z najwyższą powagą. Kraje powinny wzajemnie się wspierać i przeznaczać odpowiednie środki zarówno na zwalczanie skutków naturalnie występujących pożarów, jak i tych wywoływanych przez człowieka. Podpalacze powinni bać się surowych kar.

Rosja najpierw milczała na temat trwających od tygodni syberyjskich pożarów. Teraz twierdzi, że nie ma środków na walkę z ogniem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Rosjanie dysponowali kilkuset samolotami, których cel był jeden: namierzać zaczątki pożarów na Syberii i gasić je w zarodku. Teraz od lat się tego nie praktykuje, tłumacząc, że szkoda kasy na żywioł, który jest nie do okiełznania. W końcu przyroda „i tak się odrodzi”. Gdy USA zaoferowało swą pomoc w minimalizowaniu strat, Rosja tę pomoc odrzuciła.

W Brazylii występuje podobne szambo polityczne. Brazylijski prezydent Bolsonaro również zasłania się brakiem środków na walkę z pożarami, ale jednocześnie odrzuca pomoc. Poza tym oskarża organizacje pozarządowe i ekologów o umyślne podpalanie. Cóż za idiota.

Może i jest we mnie jakaś dziecięca naiwność, ale nie chce mi się wierzyć, że nie ma pieniędzy na wspólną walkę z katastrofą, którą są obecne pożary, a na militaria, kolejne drony, pociski balistyczne i inny syf tego typu jakoś pieniądze się znajdują.

Pożary w Amazonii, Afryce Środkowej czy na Syberii to globalny problem, ponieważ wszyscy odczujemy jego długofalowe skutki.

Wiadomo, że z dymem idą nie tylko rośliny, ale także zwierzęta zamieszkujące te tereny. Maleje bioróżnorodność. Do atmosfery uwolnione zostają miliony ton dwutlenku węgla. Dym z pożarów zanieczyszcza powietrze, co ma negatywny na zdrowie ludzi, którzy mieszkają w okolicy jego występowania.

Ale co z tego – w końcu liczy się pieniądz… I tu trafiamy na praźródło problemu części pożarów lasów. Tej części, która jest dziełem podpalaczy.

Interes kwitnie, ale każdy wzrost ma swój szczyt, po którym następuje spadek

„Nic nie może przecież wiecznie trwać”, śpiewała Anna Jantar. Ślepa wiara w wieczną, niepowstrzymaną maksymalizację zysków to głupota. Dzisiaj stan kont się zgadza, produkcja rośnie, konsumpcja rośnie, ale kiedyś to się skończy. Na świecie przybywają kolejne miliardy ludzi. Ludzi, którzy mają jasno sprecyzowane oczekiwania co do poziomu życia. Jednak Ziemia i jej zasoby nie rosną razem z naszą cywilizacją.

Wręcz przeciwnie, zasoby się kurczą. Ziemia, na której trwają intensywne uprawy, często monouprawy, wyjaławia się. Nie każdy nowy, niewykorzystany dotychczas teren, nadaje się pod rolnictwo. Albo też jego przystosowanie pociąga za sobą zbyt duże koszty. W dobie gospodarki opartej o filozofię „minimalizacja kosztów, maksymalizacja zysku” wątpię, by ktokolwiek pisał się na coś takiego.

Światowa produkcja wieprzowiny

Alarm o pożarach na świecie zbiegł się w czasie z moją lekturą książki „Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę” autorstwa Stefano Liberti. Autor pokazuje mechanizm monopolizowania rynku żywnościowego na całym świecie przez dosłownie garstkę koncernów. I nie mam tu na myśli Nestle… Śmiem nawet twierdzić, że mało kto w Polsce zdaje sobie sprawę z ich istnienia, a co dopiero wymieni ich nazwy. Sama dotychczas ich nie znałam. Ponadto książka ukazuje konsekwencje społeczne, ekonomiczne i ekologiczne prowadzonej monopolizacji.

Pierwszy rozdział poświęcony jest negatywnym skutkom intensywnej hodowli świń w Stanach Zjednoczonych i Chinach, a jego głównymi bohaterami są dwie korporacje: amerykański Smithfield, który został wykupiony przez chiński koncern Shuanghui (WH Group).

Prowadzą one tzw. model skoncentrowanego karmienia zwierząt (concentrated animal feeding operations – CAFO). Jego celem jest wyprodukowanie jak największej ilości mięsa w możliwie najkrótszym czasie. Zwierzęta w takiej hodowli traktowane są jak rzecz, towar, który ma spełniać określone parametry i pójść do rzeźni w określonym terminie, a nie jak czujące istoty, które mają swoje potrzeby i które traktować należy z szacunkiem. Jeśli zdarzyło Ci się obejrzeć w internecie film przedstawiający zatrważające warunki hodowli i traktowania tam zwierząt, to na 99% były to obrazki z jakiejś hali działającej w ramach CAFO.

Działalność Smithfielda wyparła drobnych rolników, zmuszając ich do podporządkowania się systemowi integracji pionowej. Jej efektem jest m.in. odseparowanie rolników od ziemi i de facto zrobienie z nich mikroprzedsiębiorców działających na zasadzie udzielonej franczyzy. Z kolei dzięki integracji poziomej Smithfield zagwarantował sobie prawo dyktowania cen, narzucania metod produkcji i kontroli całego łańcucha dostaw wieprzowiny w USA.

Z tego powodu firma ta wzbudziła zainteresowanie chińskiego potentata, który ostatecznie przejął Smithfield wraz z jego know-how produkcyjnym i technologicznym. Chiny robią wszystko, by w kwestii hodowli trzody chlewnej dorównać USA. Nie chcą, by ich obywatele wiedli życie wedle gorszych standardów. Ten trend znajduje odzwierciedlenie również w diecie Chińczyków. Coraz częściej gości na ich talerzach mięso – wieprzowina i drób. I to w coraz większych ilościach.

Jednak Chiny nie posiadają dostatecznych połaci gruntów rolnych, by zaspokoić rosnące potrzeby dietetyczne społeczeństwa. Dlatego z jednej strony wprowadzają kalkę systemu hodowlanego Smithfielda, a z drugiej strony importują na gwałt mięso i rośliny pastewne z zagranicy.

Tak właśnie – świat od ponad dekady stara się wykarmić Chiny, które nie posiadają wystarczającego zasobu (tu: ziemi uprawnej), by zapewnić im samowystarczalność pod kątem żywienia zwierząt hodowlanych. Kto przekona 1,3 miliarda Chińczyków, którzy właśnie osiągnęli pewien poziom zamożności, aby po latach ubóstwa i nieraz diety opartej o przysłowiową miskę ryżu, zrezygnowali z codziennej porcji wieprzowiny – symbolu dobrobytu na miarę Zachodu? Czy argumenty mówiące o poważnych konsekwencjach dla środowiska naturalnego mogą zmienić ten trend?

Zjednoczona Republika Soi

Chiny nie są w stanie wykarmić swojej trzody same, sięgają więc po import. Ameryka Południowa jest jednym z głównych dostawców soi dla Chin. To tu na szeroko zakrojoną skalę uprawia się tę roślinę, która stanowi główny składnik paszy chińskich i amerykańskich świń. W książce czytamy:

„W samym Mato Grosso od 2000 roku do dziś 3 miliony hektarów rozrosły się do 7 milionów – połowy powierzchni Anglii. Na obszarze Ameryki Łacińskiej nazywanym „Zjednoczoną Republiką Soi”, w którego skład wchodzą fragmenty Brazylii, Argentyny, Urugwaju, Paragwaju i wschodniej Boliwii, pod uprawę tej cudownej rośliny przeznaczono 46 milionów hektarów ziemi, czyli półtora raza więcej, niż wynosi powierzchnia Włoch. Wygląda na to, że tendencji tej nie da się powstrzymać. Dla porównania w 1950 roku światowa produkcja soi wynosiła 17 milionów ton, dziś jest to 250 milionów ton, czyli 14 razy więcej. W tym samym okresie pszenica, kukurydza i ryż – podstawowe składniki diety ludzi na świecie – odnotowały tylko trzy- lub czterokrotny wzrost. (…)

Uprawa soi zapewnia natychmiastowe zyski i wielu rolników woli wydzierżawić własne ziemie dużym grupom, które wykorzystują je do produkcji cudownego warzywa. Co za tym idzie – proces prowadzi więc do antropologicznych i morfologicznych zmian wsi. Ośrodki wiejskie są narażone na standaryzację i postępujące zubożenie stosunków społecznych.

Takie zresztą jest ostateczne założenie tego modelu: eliminacja rolników, globalizacja wsi i przeobrażenie ich w fabryki żywności dla miast, które z kolei podlegają globalizacji poprzez ujednolicenie konsumpcji na poziomie ogólnoświatowym.”

Chiny dalej się bogacą, a zapotrzebowanie ich mieszkańców na mięso stale rośnie. Jednak nadprodukcja mięsa i rosnące jego spożycie to nie tylko problem Chin. Tak nakręcana jest konsumpcja, taki styl życia jest promowany na całym świecie.

Czy dziwią mnie więc pożary szalejące w Amazonii? Absolutnie nie. Wypalanie lasów ma sens dla tamtejszej gospodarki. Szkoda tylko, że rząd Brazylii zapomina, że każda bańka kiedyś pęka.

„Plantatorzy bogacą się, miasta rozkwitają, poziom kształcenia jest wysoki. Ale ile czasu jeszcze to potrwa? Gauchowie spoglądają w przyszłość z optymizmem, wyobrażają sobie, że rozwój się nie zatrzyma, że będzie można wykorzystać kolejne ziemie. „Ogranicza nas tylko niebo”, mawiają. To jednak krótkowzroczna wizja. (…) Cała historia Brazylii jest naznaczona boomami. Najpierw była trzcina cukrowa, potem złoto, następnie bawełna, a teraz soja. To bańki, które wcześniej czy później pękną. (…) Wystarczy jakaś choroba, która dotknie plon, klęska nieurodzaju lub po prostu spadek popytu ze strony Chin, żeby doprowadzić do upadku całego systemu.”

Świat stoi w ogniu. Amazonia płonie. Pożary lasów na świecie.

Monopoliści przemysłu spożywczego

W Argentynie 50% upraw soi jest kontrolowanych przez 3% producentów, a w Brazylii 59% upraw soi jest kontrolowanych przez 5% producentów (sic!).

Światowym łańcuchem dostaw soi steruje tak naprawdę kilka korporacji. Jest ich łącznie… Cztery. Są one określane w branży jako ABCD – od pierwszych liter ich nazw: Archer Daniel Midlands, Bunge, Cargill (koncerny amerykańskie) oraz Louis Dreyfus (francuski potentat). Mają żelazny monopol na globalną kontrolę dostaw roślin zbożowych. Zarządzają 90% światowego handlu zbożem i roślinami oleistymi.

W Brazylii dodatkowym graczem jest firma Amaggi, która zarządza lokalnym imperium sojowym, od produkcji po sprzedaż – i współpracuje z Cargillem. Jej były dyrektor generalny, Blairo Borges Maggi, otrzymał od Greenpeace „nagrodę” – złotą piłę – za wkład w ułatwienie karczowania Amazonii. W 2007 roku miał powiedzieć, że wycinka lasów amazońskich to „fobia Zachodu, który nie potrafi oszacować ogromu puszczy” (źródło).

Przerażające, że człowiek o takich poglądach był w latach 2003-2010 gubernatorem Mato Grosso. Był także ministrem rolnictwa, hodowli i zaopatrzenia w rządzie Michela Temera od maja 2016 r. do stycznia 2019 r.

Jednak z dotychczas wymienionych koncernów, największym graczem jest firma Cargill.

„Cargill jest obecny w diecie każdego z nas. Produkuje lub sprzedaje większość podstawowych składników naszego żywienia: kawę, mleko, ciastka, (…) olej słonecznikowy, (…) substancje słodzące dodawane do każdego pakowanego produktu. Wszędzie tam, gdzie znajdują się surowce spożywcze lub rolne, stoi za nimi amerykański koncern: od soi uprawianej w Brazylii po kurczaki hodowane w Tajlandii i sprzedawane w całej Azji, od bawełny w Afryce Zachodniej po olej palmowy w Indonezji.

Cargill jest wszędzie, ale też nie ma go nigdzie. Jak na firmę, której zyski są niemal pięciokrotnie wyższe od obrotów McDonalds – i czterokrotnie przewyższają PKB Boliwii czy Kamerunu – skupia zastanawiająco mało uwagi opinii publicznej. Poza wąskim gronem specjalistów wie o nim niewiele osób. Cargill działa po cichu – dyskrecja to jego znak firmowy. Jako że nie jest notowany na giełdzie, nie podlega kontroli ze strony opinii publicznej. Od momentu założenia zachował profil prywatnego przedsiębiorstwa. (…) Tylko nielicznym i starannie wybranym dziennikarzom dane jest spotkać się z kierownictwem lub zwiedzić obiekty należące do koncernu.”

Stefano Liberti określa wielkich monopolistów spożywczych mianem przedsiębiorstw-szarańczy. Nie patrzą one na kolejne pokolenia. Ich celem jest zysk – tu i teraz. Jeśli wyczerpią się im możliwości czerpania profitów z jednego źródła, znajdą sobie inne. Czerpią ze swej działalności zyski, które zwykłemu zjadaczowi chleba trudno sobie wyobrazić, a kosztami obarczają mieszkańców terenów objętych przemysłem rolno-spożywczym – np. Brazylijczycy z Mato Grosso są narażeni na kontakt z 5 litrami pestycydów rocznie na głowę. Przedsiębiorstwa-szarańcze pozostawiają po sobie w gospodarce zgliszcza. W kontekście ostatnich pożarów – zgliszcza dosłownie, nie tylko w przenośni.

Ja, szary człowiek – cóż mogę?

„No i co, że niby mam teraz stać się weganinem, bo gdzieś w Azji nadmiernie konsumują świnki, a w Brazylii produkują materiał na ich paszę na rabunkowo wylesianych terenach?”.

Być może zaskoczę Ciebie, ale nie: nie musisz stać się weganinem. A w każdym razie, nie od razu. Sama też nie jestem weganką, więc taki apel to byłaby z mojej strony hipokryzja. Ale fakt, że na Twoim i moim talerzu ląduje mięso, nie znaczy, że nie da się nic zrobić. I że mamy czekać na globalny kryzys z założonymi rękoma.

Kropla drąży skałę, dlatego każdy, choćby najmniejszy krok ku temu, by zmienić swoje nawyki konsumpcyjne, jest istotny. Kiedyś pisałam o próbie ograniczenia mięsa w moim menu. I o to właśnie chodzi. Pomyśl, co bardziej dotkliwie odczują producenci mięsa, którzy podchodzą do produkcji w sposób niezrównoważony, nieprzyjazny lokalnym społecznościom i przyrodzie: fakt, że sto osób zostanie weganami, czy że milion osób zredukuje liczbę porcji mięsa z 7 w tygodniu do 3 w tygodniu?

A gdy już pójdziesz kupić mięso – pamiętaj, że to produkowane masowo nie bez powodu jest takie tanie. I choć teraz na nim zaoszczędzisz, odbije Ci się to prędzej czy później na zdrowiu. Dlatego sięgaj po produkty lokalne, gdzie mięso produkuje się w sposób tradycyjny, bez niepotrzebnych „polepszaczy”.

Kolejne dobre praktyki to:

Spróbujmy się trzymać tych dobrych praktyk. Miejmy właściwe podejście – to nie „tylko tyle”, to „aż tyle”, co możemy wspólnie zrobić. Dokonujmy przemyślanych i świadomych zakupów w sklepach. Sprawdzajmy skład produktów.

I… Chodźmy na wybory. Bo tylko odpowiedzialni i właściwi ludzie na wysokich stanowiskach pomogą nam rozwijać gospodarkę w sposób zrównoważony i z korzyścią dla przyszłych pokoleń. Korzyścią dla naszych dzieci i wnuków, którą mierzy się nie tylko wygenerowanym zyskiem, ale także zachowanym zdrowiem i ogólnym psychicznym i społecznym dobrostanem.

Podobał Ci się ten wpis? Uważasz go za przydatny?
Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielisz się nim ze znajomymi!

Możesz też polubić Kobiece Finanse na Facebooku lub śledzić mój blog na Twitterze!

Polecam zapisanie się na newsletter. Wtedy zawsze będziesz na bieżąco z nowymi wpisami, ciekawostkami, wartymi odnotowania wydarzeniami i poradami 🙂
Podziel się:

1 komentarz do wpisu “Świat stoi w ogniu”

  1. „..I… Chodźmy na wybory. Bo tylko odpowiedzialni i właściwi ludzie..” Tak powinno być, a ponieważ temat uwiera mi od lat, za chwile u nas wybory i kogo wybierzemy: tych co zawsze.. + ewentualnie Ewę Farmę albo Rafała Maślaka, jeżeli będą kandydować.
    Moim zdaniem tylko potężna wojna, epidemia albo kataklizm są w stanie zrobić na jakiś czas porządek ma ziemi.

Dodaj komentarz