Praca czy rodzina?

Rodzina czy kariera?

Natrafiłam w zeszłym tygodniu na badanie przeprowadzone w Kraju Kwitnącej Wiśni przez Japońskie Stowarzyszenie Planowania Rodziny, z którego wynika, że 45% młodych Japonek i ok. 25% Japończyków nie nawiązuje żadnych relacji intymnych. Japonia od lat boryka się z problemem ujemnego przyrostu naturalnego, specjaliści biją wręcz na alarm, że jak tak dalej pójdzie, to narodowi grozi wyginięcie. Nic dziwnego: w końcu niemal połowa młodych ludzi do 34. roku życia w ogóle z nikim się nie spotyka i panuje wśród nich ogólna niechęć do zakładania rodziny. Zjawisku temu nadano nazwę – „syndrom celibatu”. Panowie wolą niezobowiązujące przygody na jedną noc lub zatapiają się w wirtualne światy gier i taniej erotyki, panie natomiast skupiają się na karierze.

Na taki stan rzeczy, oprócz uwarunkowań kulturowych samych Japończyków (wstydliwość, brak akceptacji swojej cielesności), czy strachu przed utratą bliskiej osoby w wyniku np. powszechnych u nich trzęsień ziemi (po co wchodzić w bliskie relacje z kimkolwiek, skoro można kochaną osobę łatwo stracić?), składa się jeden dominujący czynnik: bardzo silna u nich emancypacja kobiet skonfrontowana jednocześnie, o ironio, z bardzo kiepską polityką prorodzinną. Ten miks zaowocował absurdalną sytuacją, gdzie wchodzenie w związek małżeński postrzegane jest jako zagrożenie, a nie stabilizacja. Japończycy nie postrzegają już dożywotniej pracy jako bezpiecznej, Japonki natomiast przeważnie wybierają karierę zawodową, której w  japońskich korporacjach nie da się godzić z macierzyństwem.

Zamążpójście przekreśla najczęściej dalszą pracę Japonek: dla pracodawcy mężatka oznacza ciąże i zwolnienia – czyli spore koszty, których ponoszenie nie przynosi pracodawcy niczego w zamian. Jedna z bohaterek artykułu, Eri Tomita, która sprawuje funkcję kierownika kadr i ma 32 lata, relacjonuje, że kiedy jej partner poprosił ją o rękę, odrzuciła zaręczyny i z nim zerwała, bała się bowiem utraty pracy. Od tamtego czasu nie spotyka się już z nikim, bo stawia właśnie na karierę. Jej obawy nie biorą się z kosmosu – 70% Japonek traci pracę po urodzeniu dziecka, a według Światowego Forum Ekonomicznego Japonia jest obecnie krajem, którego przepisy odnośnie praw pracowniczych są najbardziej niesprzyjające, jeśli chodzi o godzenie macierzyństwa z karierą.

Czytam to i aż trudno mi było z początku w te rewelacje uwierzyć. Japonia to przecież bardzo nowoczesny kraj, dynamicznie się rozwijający, są jedną z głównych potęg gospodarczych świata, a tu taki klops – dyskryminacja młodych, pracujących matek. I to posunięta do takich rozmiarów, że naród stoi na krawędzi przepaści demograficznej. Cóż, widocznie szykuje się nam o jedną gospodarkę światową mniej. Ciekawe tylko, jak takie załamanie mogłoby wpłynąć na globalne rynki?

Staram się sobie przełożyć te doniesienia na nasze, polskie poletko – i tak sobie myślę, czy i u nas podobny scenariusz jest możliwy? Nikt nie zaprzeczy, że polski rynek pracy do najprężniej działających nie należy i że młodym kobietom też rzucane są u nas kłody pod nogi, a temat polityki prorodzinnej podnoszony jest przez „elity” wyłącznie przy okazji kolejnych wyborów, potem medialnie umiera śmiercią naturalną. Tylko czy Polki też zdobyłyby się aż na tak drastyczne kroki, by rezygnować z rodziny – na taką skalę? Patrzę na moich znajomych i wszystkie te koleżanki, które w ostatnich latach powychodziły za mąż, albo jeszcze dziecka nie mają, albo mają jedno i więcej nie planują – albo deklarują, że nie będą mieć dzieci w ogóle. Czy i nasza gospodarka jest przygotowana na ewentualność demograficznego krachu?

Czy naprawdę nie da się pogodzić kariery z posiadaniem rodziny? Pomijając fakt, ze niektórzy deklarują, że posiadanie rodziny wcale nie warunkuje ich szczęścia… Sama jestem jeszcze panną, więc w zasadzie trudno mi cokolwiek na ten temat powiedzieć oprócz tego, że sama z siebie nie mam zamiaru rezygnować z wicia własnego gniazdka rodzinnego z powodu pracy w korporacji, prowadzenia własnego biznesu – bez znaczenia. No, chyba że los faktycznie się do mnie nie uśmiechnie i z planów co do rodzicielstwa nici 😉 jednak sama z siebie, jak pisałam, nie chcę z tego rezygnować. Nie mam co prawda takiego wewnętrznego przymusu, że MUSZĘ mieć dzieci, ale mimo wszystko, wolałabym rodzinę mieć. Nie wiem, ale wydaje mi się, że osoby do końca życia będące samotne (z wyboru bądź nie), na pewno nieraz mają chwile zwątpienia i jest im przykro, że wtedy a wtedy nie wybrały innej drogi, we dwoje, we dwoje plus dziecko, we dwoje plus dzieci… Wierzę, że pracę i rodzinę da się pogodzić, że „work-life balance” nie istnieje tylko na papierze… Że chcieć to móc i zawsze znajdzie się sposób na znalezienie złotego środka. I nie trzeba w związku rezygnować całkowicie z jednego, by osiągnąć to drugie..

Taka melancholijna gdybologia mnie naszła na początek listopada. Cieszę się, że mam wspaniałego faceta u boku i że mamy wspólne zainteresowania i plany. Gdy próbuję sobie wyobrazić życie bez takiego oparcia i radości, jakie on mi daje, to czuję, że chyba nie dałabym rady normalnie funkcjonować. A na pewno nie chciałabym wracać do pustych czterech ścian domu, kiedy to przez całe życie jedyną osobą mnie witającą byłby ocierający się o łydki kot. Świadomie, nie – za żadne pieniądze i awanse.

6 przemyśleń nt. „Rodzina czy kariera?

  1. To jest bardzo ciężka sprawa, by pogodzić posiadanie rodziny z robieniem kariery. To drugie wymaga poświęcenia całego siebie. Zresztą nawet niekoniecznie „robienie kariery”, a zwykła praca na przykład w korporacji może wymagać gigantycznych poświęceń (dzięki np. nadgodzinom, których odmówić przecież nie można).
    A rodzina? Owszem, jest istotna, ale schodzi na bok. To właśnie rodzina musi podporządkować się pracy. Nie odwrotnie.
    Kobiety, naturalnie, mają trudniej, ponieważ 2 lata rozbratu z firmą to bardzo dużo. A już nie wspominam o tym, jeśli kobieta prowadzi działalność gospodarczą. Jest ciężko. Najczęściej jest tak, że właśnie kobiety (zresztą ze swoimi facetami :)) przesuwają termin decyzji związanej ze staraniem się o dziecko. A potem przychodzi trzydziestka i… albo się nie chce, albo nie można, albo są też inne powody.
    Ogólnie temat nie do rozwiązania. Każdy indywidualnie powinien zdecydować, co w danej chwili jest dla niego najważniejsze.

    • Witaj kry 🙂 Bolączki nadgodzin w korporacji są mi dobrze znane, bo póki co – sama w „korpo” pracuję… I też zastanawiam się, jak z takim trybem życia pogodzić wychowywanie dziecka, by poświęcić mu należycie dużo czasu, energii – no, ogółem, by się czuło potrzebne i kochane, a nie jak ciężar dla rodziców. I żeby jeszcze mieć w tym wszystkim choć szczyptę czasu dla siebie, na swoje hobby i odpoczynek, coby nie zwariować. Sama nie wiem – nie tak dawno temu przecież rodziny wielodzietne (gdzie dwa szkraby to było absolutne minimum) stanowiły pewną normę; ludzie może i nie byli zamożni, ale jednak rodzina stała u nich na szczycie piramidki, nie bali się, że tak to ujmę, powiększać stada 😉 teraz to wszystko się tak jakoś zatarło, rozmyło… Wiadomo, decyzja o założeniu rodziny (lub też nie) jest sprawą indywidualną. Jednak zjawisko bezdzietności tudzież odkładania decyzji o potomstwu w nieskończoność przybiera dość przerażające rozmiary. Powyżej pisałam o Japonii, a tutaj proszę – na onet.pl znalazłam podobny artykuł odnośnie naszego kraju pt. „Polska wymiera. Jak nigdy potrzebujemy imigrantów:, a w nim m.in.:

      „Polska jest obecnie w głębokim kryzysie demograficznym. To jedno z najpoważniejszych wyzwań jakie przed nami stoi. Fundacja Energia dla Europy przygotowała niedawno raport, z którego wynika, że aby w Polsce nie zabrakło rąk do pracy, do 2060 roku musi się tu osiedlić ponad 5 mln imigrantów. Najzwyczajniej w świecie będziemy potrzebowali rąk do pracy.

      Do podobnych wniosków w 2012 r. doszła Fundacja Ośrodek Badań nad Migracjami, która opierała się m.in. na prognozach demograficznych Biura Statystycznego Komisji Europejskiej. A te nie pozostawiają złudzeń. Za 50 lat będzie nas o 7 mln mniej niż dziś, za to liczba starców (osób które przekroczyły sędziwy wiek 80 lat) zwiększy się o 3 mln.

      Z 31 mln mieszkańców Polski w 2060 r. jedynie nieco ponad połowa (16 mln) osiągnie wiek produkcyjny, ale ponad jedna trzecia populacji (11 mln) przekroczy 65 rok życia.

      Zarówno depopulacja kraju, jak i zestarzenie się biologiczne społeczeństwa przybiorą skalę bezprecedensową w dziejach, biorąc pod uwagę krótki czas oraz brak w tych przewidywaniach założenia o kataklizmie ekologicznym, wojennym czy jakimkolwiek innym.”

      Przygnębiająca jest to nieco wizja. Pozdrawiam!

  2. Można być pracoholikiem, ale kurcze bez przesady, zaniedbywanie rodziny, najbliższych… Wiadomo teraz mamy nieustanną pogoń za pieniądzem, tylko pozostaje później pytanie, czy na prawdę warto?

  3. Emancypacja w Japonii – chyba jednak nie. To, że obie płcie pracują po równo, nie oznacza jeszcze równości w tej pracy. Przypomina mi się zawsze w temacie cieniuśka książeczka Amelie Nothomb „Z pokorą i uniżeniem”, opisująca doświadczenia młodej pracownicy japońskiej korporacji (zresztą na faktach).
    Nie wierzę jakoś w te związki na całe życie, podobnie jak w samotność na całe życie. Czytam teraz beletryzowany dokument o starych pannach, ale tam – z wyjątkiem jednej, zakonnicy – wszystkie panie mają/ miały regularnie kochanków, chłopaków, współspaczy. To, że jednego roku wita mnie kot, drugiego Zdzich, trzeciego Mirek, a czwartego Mietek, dla świata będzie oznaką „samotności”, bo swiat nielegalnych związków – zwłaszcza krótkotrwałych – nie uznaje. Ja zresztą i tak jestem inna, wolałabym mieszkanie swoje własne i regularne spotkania z Mietkami, Zdzichami i Mirkami. 🙂 A gdyby do tego dopięła się ładna kariera, byłoby chyba niezgorzej.

    • Dzięki za namiar na książkę, z ciekawością poczytam.

      Bo ja wiem, czy świat niezalegalizowanych związków nie uznaje? U nas w Polsce na pewno na takie wciąż się krzywo patrzy, ale czy tak jest też np. u naszych sąsiadów Niemców/Czechów? Nie wiem, nie mieszkam 🙂 ale nie sądzę, by takie singlujące sobie osoby były jakoś szczególnie piętnowane.

  4. Z Czechami to samo, co w Polsce. W mieście wszystkim stan cywilny zwisa i powiewa. Na wsi, a statystycznie chyba więcej Czechów żyje w miejscowościach o małym stopniu anonimowości (dość dodać, że 70-tysięczna Opava to „velkomesto”!). Lektura „Panien” pokazuje, że różowo wcale nie jest.

Dodaj komentarz