Perfekcyjna pani domu

Perfekcyjna pani domu… Dziękuję, postoję.

Ani nie odkryję Ameryki, ani nie wstrząsnę sercami milionów przyznawszy się do tego, że nie lubię sprzątać. Porządki domowe to iście syzyfowa praca: co odkurzysz mieszkanie, co pozmywasz naczynia, to nie zdążysz się nawet uśmiechnąć, a tutaj sterty syfu rosną od nowa. Cóż poradzić. Ogarnianie chaty nie jest rzeczą przyjemną, ale niestety konieczną, więc jak mi poczucie obowiązku i wewnętrzne wołanie mojego zmysłu estetycznego nakazują – sprzątam. Jednak tylko od nas zależy, na ile porządki domowe staną się czynnością uciążliwą, na myśl o której będą nas ogarniały mdłości. Tak moje drogie, założę się, że większość z Was nie mieszka sama, ale jednak to głównie Wy jak te woły na orce utrzymujecie mieszkanie w ryzach, podczas gdy inni domownicy sobie w tym czasie grają na kompie, czytają prasę popijając kawkę, oglądają serial komediowy popijając piwo, układają klocki lego i czort wie, co jeszcze mogłybyśmy dopisać do tej listy beztroskiego obiboctwa.

Moda na tworzenie stereotypu perfekcyjnej pani domu zapanowała mniej więcej w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i pomimo tego, że czasy te już dawno minęły, jakoś w umysłach ludzkich wrył się ten obrazek mocno do podświadomości: jak porządki domowe, to koniecznie zgrabna panienka w fartuszku z głupkowatym uśmieszkiem na twarzy, która jednocześnie pierze, gotuje, ściera kurze i myje okna. I układa dziecko do snu. I sama targa torby z zakupami. 24h na dobę, nie śpi i nie je, idealny robocik z dużym cycem i krągłym tyłkiem. Wielozadaniowa niczym system Windows.

No dobra, teraz to już specjalnie przejaskrawiam – ale wiadomo, o co mi chodzi.

Problem w tym, że czasy się zmieniły, kobiety wyszły z kuchni i poszły do pracy, w której przebywają dziennie po 8 godzin, a nawet i dłużej. Zaczęły zarabiać, ale jednocześnie niewiele im się zmieniło w domach, jeśli o podział ról i obowiązków chodzi. Według badań pewnej brytyjskiej psycholog Marcii Alexander kobieta godząca pracę zawodową z prowadzeniem gospodarstwa domowego przeżywa stresy o 73% częściej niż ta, która zajmuje się wyłącznie domem lub wyłącznie pracą, oddając obowiązki domowe mamie, gosposi (o ile ją na luksus opłacenia owej gosposi stać), albo dzieląc ich część z partnerem. Przy czym to dzielenie się obowiązkami jest bardzo teoretyczne i figuruje głównie na gębę, a jak przychodzi co do czego, to kobita sama się musi użerać z mopem.

Ciekawe są dane statystyczne pochodzące z książki „Nieodpłatna praca kobiet” autorstwa Anny Titkow, Danuty Duch-Krzystoszek oraz Bogusławy Budrowskiej (Warszawa 2007):

  • pranie robi 95% kobiet, 1%. mężczyzn;
  • obiad przygotowuje 90% kobiet, 3% mężczyzn;
  • śniadania przygotowuje 73% kobiet, 9% mężczyzn;
  • codzienne zakupy robi 74% kobiet, 18% mężczyzn;

Ajajajaj, niemal jak drugi etat. Gdyby prace domowe były wynagradzane według obecnej średniej krajowej, to 6 milionom polskich kobiet trzeba by było zapłacić ok. 144 miliardów złotych rocznie. Należałoby tu jeszcze doliczyć dodatkowo panie pracujące i na etacie, i przy garach. W ten sposób co roku ofiarowujemy naszej polskiej gospodarce darowiznę większą od budżetu narodowego. Jesteśmy hojne i wspaniałomyślne. Zainteresowanych tym, jak wycenia się pracę domową, odsyłam do raportu.

Oczywiście, są pewne typowo męskie rodzaje aktywności domowej (w ogóle zastanawia mnie, skąd się wzięło to bzdurne rozgraniczenie na obowiązki typowo damskie i męskie?), jak np. naprawa zepsutego sprzętu czy trzepanie dywanów, wtedy te proporcje się zmieniają (dywany trzepie 29% kobiet i 52% mężczyzn), ale bądźmy uczciwi i poważni – jak często cokolwiek się w domu psuje i wymaga naprawy i jak często w ciągu roku panowie zarzucają dywany na bark i idą zrobić z nimi porządek? Tego się nie robi co tydzień, nawet nie co miesiąc czy dwa. A szykować jedzenie, zmywać po obiedzie i znów lecieć na zakupy, by mieć co na kolejny obiad naszykować – to się dzieje na okrągło. Swoją drogą, przypomniało mi się, jak w poprzednim mieszkaniu razem ze współlokatorką same naprawiałyśmy pralkę (pozdrawiam Kasię 😉 ).

Tak sobie myślę, że współczesny, zachodni, cywilizowany świat daje kobiecie nieźle w kość. Poprzez ruch feministyczny, emancypację, wywalczyłyśmy dla siebie wiele uprawnień i nową pozycję społeczną – „równą” mężczyźnie, ale jednocześnie wzięłyśmy na siebie ogromne obciążenie, bo przecież większość z nas i tak ma na głowie dom i wychowywanie dzieci. W ten sposób obejmują nas niejako stare, tradycyjne obowiązki, plus „nowożytne” – zarabianie i utrzymywanie rodziny.

Czy pozostaje to obojętne dla naszego zdrowia? Z pewnością nie. W wywiadzie gazety.pl z doktorem Krzysztofem Kraszewskim, specjalistą chorób wewnętrznych i kardiologiem z Centrum Medycznego LIM w Warszawie, możemy wyczytać:

Panie doktorze, niegdyś choroby układu krwionośnego były domeną mężczyzn. Dziś kobiety doganiają w statystykach panów. Dlaczego tak jest?

Dr Krzysztof Kraszewski: Można powiedzieć, że to efekt równouprawnienia. Kobiety przejęły od mężczyzn złe nawyki – częściej niż kiedyś palą papierosy, sięgają po alkohol, źle się odżywiają. Ponadto wzięły na siebie, oprócz obowiązków rodzinnych, domowych, także obowiązki zawodowe. Kobiety częściej dziś robią karierę, zajmują kierownicze stanowiska, a to z pewnością wiąże się z większym stresem. Reasumując, kobiety są obecnie zdecydowanie bardziej niż kiedyś narażone na wszystkie czynniki ryzyka chorób układu krążenia, w tym także zawału serca. A na efekty tego stanu rzeczy nie trzeba długo czekać. Coraz więcej kobiet dotyka nadciśnienie tętnicze, miażdżyca, choroba wieńcowa, udar mózgu czy zawał mięśnia sercowego.

A do tego dochodzą te nieszczęsne różnice płacowe, na temat których miałam już okazję ponarzekać…

Różnice w płacach kobiet i mężczyzn
Źródło: facebook.com/gagfin

 

Westchniecie „ech, co poradzić, taki los, trzeba robić swoje”. A ja Wam powiem – właśnie, że nie! Nie można udawać, że zawsze jesteśmy na zawołanie, że nie potrzebujemy chwili tylko dla siebie, po to, by zwyczajnie po ludzku odetchnąć. Nie da się wiecznie żyć w napięciu i „gotowości bojowej”. Trzeba nagabywać, do znudzenia sygnalizować problem, prosić z początku delikatnie, a jeśli nie widać efektów – stanowczo zażądać reakcji. Ja w domu staram się wprowadzić wyraźny podział: ty robisz teraz to i to, bo poprzednio ja już się tym zajmowałam. Różnie z szybkością realizacji bywa, ale pod tym względem jestem straszna męczydupa i będę truć głowę, póki nie zostanie jak należy pozmywane/odkurzone itd. No bo dlaczego ja mam się zajeżdżać i nie mieć czasu na relaks, a druga strona zawsze ma mieć fun i spokój po pracy? Nie ma żadnego króla w domu, a przynajmniej ja takowego nie koronowałam. Wam radzę postępować podobnie.

A u Was jak z podziałem obowiązków bywa?

Niektórym pomagają wywieszki z rozpiską dyżurów, z autopsji jednak wiem, że bardzo różnie z przestrzeganiem kolejności bywa (raz jedyny brałam udział w takiej parodii, na szczęście trwało to krótko – znów wspominam studenckie czasy, hehe), poza tym uważam, że taka wywieszka to obciach przy rodzinie i znajomych i w pewnym sensie przyznanie się do porażki – nie możemy się porozumieć, jedna strona nie dostrzega potrzeb drugiej i nie widzi problemu, narzucam więc grafik. Jakoś gęba sama mi się krzywi na myśl o czymś takim. Najważniejsze, by ze sobą rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Wtedy zawsze dojdzie się do jakiegoś zadowalającego obie strony rozwiązania. Ostatecznie przecież nie robi nikomu zdrowemu na umyśle różnicy, czy ten kurz na półkach leżeć tam będzie dwa, czy może trzy dni. Byleby nie trzy miesiące.

Tak więc, Drogie Panie – szanujcie się i dzielcie obowiązki – i Drodzy Panowie – pomagajcie swoim wybrankom i je wspierajcie 🙂

6 thoughts on “Perfekcyjna pani domu… Dziękuję, postoję.

  1. akurat pranie, gotowanie, sprzątenia i noszenie zakupów to prace najgorzej płatne ponieważ może je wykonywać każdy człowiek bez żadnego przyuczenia (no moze jeśli chodzi o gotowanie to trzeba przeczytać przepis). Mężczyzni wykonują swoje „prace” domowe rzadziej bo po 1 – naprawiają porządnie i naprawa wystarcza na długo, po 2 – najczęściej naprawa wymaga wiedzy, logicznego myślenia. Buziaczki

    • Hej Męska Świnia (ciekawy nick swoją drogą). Z tym „naprawiają porządnie” różnie bywa, po drugie wiedzę jak naprawić kran zdobyć nietrudno, a i z logicznym myśleniem panie również dają sobie radę. Sama w domu też sporo rzeczy sobie naprawiam, choćby wspomnianą pralkę. Czy też laptop, w końcu jestem po informatyce. W dobie dostępu do internetu wielkiej filozofii tu nie widzę. Panom (i paniom też, zresztą) często po prostu się nie chce. Odbuziaczkowuję w ryjek i życzę miłego weekendu 😉

  2. To się nazywa związek partnerski, z próbki 10 znajomych par, 8 zakończyło się rozwodem, 2 pary też są na tej drodze. Czy ktoś zauważył taką tendencję oprócz mnie czy może hehe trafiłem na wyjątkowo pechową próbkę żyjącą wg proponowanego modelu gdzie podział obowiązków jest w miarę równy?

    Co ciekawe w modelu patriarchalnym nie spotkałem się z rozwodami (kobieta nie pracuje), wśród znajomych, nie licząc jednego przypadku zdrady.

    Na koniec taka mała obserwacja z UK – tam kobiety (angielki) są „mocno męskie”, ich rolą jest ogarnianie domu (większość to straszne niechluje 🙂 ), praca zawodowa i dzieci – wszystko właściwe w pojedynkę. Facet jest od rozrywki i zapewniania potrzeb emocjonalnych. To oczywiście spore uproszczenie sprawy i tylko jakby to określić pewien trend…swoją drogą dla nas mężczyzn jeszcze bardziej wygodny niż jakikolwiek związek bo nagle okazuje się że nikt od nas już nic nie wymaga i możemy skupić się na tych bardziej przyjemnych aspektach życia.

    Tak więc wszystkim ruchom feministycznym mówię TAK TAK i jeszcze raz TAK 🙂 w Polsce Panie mają jeszcze sporo do nadgonienia.

    • Hej Wojtek, dzięki za komentarz 🙂 feminizm a partnerstwo dzielą moim zdaniem jeszcze całe lata świetlne. Feminizm to zbyt duże słowo IMHO na opisywaną sytuację 😉 sama za feministkę też się nie uważam. Brytyjki i Brytyjczyków zostawię w spokoju – nie byłam nigdy na wyspach, toteż trudno mi się wypowiedzieć i szufladkować 😉

      Trudno mi się też wypowiadać o tych 10-ciu parach, o których piszesz – nie znam ludzi, więc wyrokować nie będę, wydaje mi się jednak, że powodem rozwodów są poważniejsze rzeczy i brak porozumienia (a właściwie – ludzie po prostu nie potrafią ze sobą rozmawiać, od razu podnoszą głos, od razu się obrażają, oskarżają, wywyższają itd.), a nie to, że w tym tygodniu to była jego kolej, by wynieść śmieci, a nie jej. Jeśli natomiast tak jest faktycznie, to raczej to dobrze i o niej, i o nim nie świadczy, bo nie rozumieją powagi instytucji małżeństwa i „z czym to się je”.

      Nie uważam też, by na tej podstawie można było mówić o takiej a nie innej tendencji, wśród moich znajomych czegoś takiego po prostu nie zaobserwowałam, wręcz odwrotnie, oboje pracują, oboje dbają w takim czy innym wymiarze o dom i są szczęśliwi. Dogadali się. Znam też parę, która razem prowadzi jako małżeństwo działalność gospodarczą, rok temu założyli ponadto fundację zajmującą się upośledzonymi dziećmi, odnoszą sukcesy. Sama z moim facetem również doskonale się dogadujemy – on nie lubi gotować, więc go do tego nie zmuszam; za to sumiennie wynosi śmieci i zmywa po obiadach. I ja jestem zadowolona, i on.

      Ale mówię – to są moim zdaniem nadinterpretacje i uproszczenia, więc nie szłabym tą drogą, by wyjaśniać problem rozwodów lub ich braku. Swego czasu przytoczyłam na łamach bloga raport dotyczący rozwodów w Polsce i nie przypominam sobie, by ta kwestia była nawet w pierwszej trójce.

      Co do modelu patriarchalnego – jeśli i jemu i jej to odpowiada, to nie widzę problemu. A że nie zaobserwowałeś rozwodów przy takim modelu – napiszę brutalnie 😉 jaki ona miałaby interes w tym, by od niego odchodzić, skoro sama nie pracuje i nie ma za co się utrzymać, a on dobrowolnie na nią łoży, opłaca rachunki itp.? Jeśli są razem z miłości (obustronnej), a nie dlatego, że on dla niej stanowi źródło kasy, to jest to powód do radości, jeśli tak nie jest, to ja jemu współczuję (nie jej, bo cwana sztuka i potrafiła się ustawić, wykorzystując jego naiwność). Modliszek mimo wszystko jest całkiem sporo „do wzięcia” – vide http://menstream.pl/wiadomosci-reportaze-i-wywiady/nabieraja-mezczyzn-na-falszywe-usg-i-testy-ciazowe-wspolczesne-modliszki-wycisna-z-mezow-ile-sie-da,0,1421557.html

      Żeby było jasne – nie jestem „antymęska”. Nie widzę w mężczyznach zagrożenia, ale czasami jak rozmawiam z facetami, to odnoszę wrażenie, że Wy w nas, kobietach, tak, że czegoś się boicie. Nie rozumiem jednak – czego? Moim zdaniem to absurd, ba, uważam, że jedni drugim jesteśmy potrzebni, choćby dla zdrowia psychicznego 🙂 i dlatego też mnie dziwią ironiczne głosy, że kobiety się biorą do pracy. Przecież na dobrą sprawę to i Wasz interes w tym, by partnerka miała własne źródło dochodów 🙂 jeśli Tobie coś się stanie i wylądujesz na wózku inwalidzkim, to masz partnerkę, która Ci pomoże, wesprze, zawiezie na rehabilitację, a nie będzie płakać „o ja biedna, co ja teraz zrobię, za co on się leczyć będzie” i Ciebie zostawi, idąc do bogatszego i sprawnego…

      Reasumując: wy na takim układzie partnerskim jednak też korzystacie 🙂

      Pozdrawiam serdecznie, dd.

  3. Feminizm to zbyt duże słowo IMHO na opisywaną sytuację 😉 sama za feministkę też się nie uważam.
    Nie musisz się obawiać o klasyfikację, dla mnie sprawa jest prosta mając równe prawa z mężczyzną i tworząc związek partnerski jesteś sama przyznasz dość mocno wyemancypowana w stosunku do kobiet żyjących w patriarchacie. Ja nie widzę w tym nic złego – może dlatego że nie przyszło mi nigdy żyć w patriarchacie 🙂

    a właściwie – ludzie po prostu nie potrafią ze sobą rozmawiać, od razu podnoszą głos, od razu się obrażają, oskarżają, wywyższają itd.
    No cóż taka nasza natura bo nie jesteśmy racjonalnymi robotami tylko emocjonalnymi ludźmi niezależnie od tego jak racjonalni chcielibyśmy być.


    napiszę brutalnie 😉 jaki ona miałaby interes w tym, by od niego odchodzić, skoro sama nie pracuje i nie ma za co się utrzymać, a on dobrowolnie na nią łoży, opłaca rachunki itp.?

    Jest w tym sporo racji.


    Żeby było jasne – nie jestem „antymęska”. Nie widzę w mężczyznach zagrożenia, ale czasami jak rozmawiam z facetami, to odnoszę wrażenie, że Wy w nas, kobietach, tak, że czegoś się boicie. Nie rozumiem jednak – czego?

    W was kobietach, samowystarczalnych, zaradnych i silnych psychicznie?
    Też nie rozumiem czego, ja wybieram tylko takie :), „Moja ostatnia kobieta” prowadziła własną firmę, sama wychowywała dziecko i świetne było nam ze sobą nadawaliśmy na tych samych falach – nie rozeszliśmy się – zginęła w wypadku. Między innymi z tych samych przyczyn z których ja się z nią związałem ktoś inny się z nią rozwiódł… i zbudował związek własnie patriarchalny. Była feministką ale nie była też „babochłopem”, każdy ruch ma swoje przejaskrawienia. Uważam że feministki mogą być sexy i są kobiece, ale uwaga nie mam tu na myśli ogolonych na łyso i chodzących w spodniach dam wyrywających facetów lub kobiet typu „królowa lodu” 🙂 Być może inni boją się kobiet wyemancypowanych bo mają wypaczony obraz i nigdy nie dane było im być z kobiecą aczkolwiek wyemancypowaną ?

    jeśli Tobie coś się stanie i wylądujesz na wózku inwalidzkim, to masz partnerkę, która Ci pomoże, wesprze, zawiezie na rehabilitację, a nie będzie płakać „o ja biedna, co ja teraz zrobię, za co on się leczyć będzie” i Ciebie zostawi, idąc do bogatszego i sprawnego…
    Nie wiem chyba znów mam same złe przykłady w odróżnieniu od Ciebie jakoś po prostu nie spotykam takich ludzi. Kobieta z mojej rodziny wylądowała na wózku (stwardnienie rozsiane) straciła biznes, rodzinę i męża bo to facet stwierdził że nie będzie się nią opiekował bo żyli w związku partnerskim.

    Ja nie chcę mówić że związki partnerskie są złe albo związki patriarchalne są złe bo nic nie jest złe z definicji tylko ludzie okazują się nieodpowiedni…
    Zauważyłem że związki partnerskie są mniej trwałe od patriarchalnych, ale może jest tak jak mówisz że przyczyna tkwi w tym że kobieta jest uzależniona finansowo.

    • Przykro mi Wojtku z powodu Twojej partnerki, smutna historia. Również historia tej kobiety ze stwardnieniem rozsianym jest przygnębiająca. Gdybym miała szukać, to w mojej rodzinie też znajdą się złe przykłady (np. „on” – oszust matrymonialny, z kochanką na boku…), staram się jednak (pewnie nieco naiwnie) wierzyć w ludzi, bo oprócz tych złych przykładów, znajduję też te dobre. Tych drugich chyba nawet widzę więcej w moim otoczeniu 🙂

      Skupiając się natomiast na głównej teorii… Kobiety wyemancypowane po prostu dokładnie wiedzą, czego chcą i oczekują od życia (w tym od partnera 😉 ). A że są w stanie same zadbać o swój byt – to jeśli w związku coś im mocno uwiera – nie boją się odejść. W odróżnieniu od pań z patriarchalnego modelu mogą sobie na taki „luksus” pozwolić. Pozdrawiam, dd.

Dodaj komentarz