Kobieta "bogata" złapana w "sieć"

Kobieta „bogata” złapana w „sieć”

Już kolejna wiosna minęła odkąd odstąpiłam od pełnienia funkcji lidera zespołu w znanej firmie sprzedaży bezpośredniej działającej w branży kosmetycznej – nazwijmy ją X. Z firmą X jako konsultant jestem związana już dość długo, bo od 2007 roku. Jako że miałam świetne wyniki i lubiłam tę pracę oraz produkty, które sprzedawałam, postanowiłam spróbować zrobić coś więcej – zbudować swój zespół konsultantów i w ten sposób stworzyć też sławetny dochód pasywny, o którym tyle rozpisuje się chociażby bardzo ostatnio w Polsce popularny Robert Kiyosaki. Słowem: „zwykły” MLM, gdzie dodatkowe profity czerpie się ze sprzedaży członków Twojej sieci. Ale, jak praktyka pokazała, nie taki znów „zwykły”, bo panujące w X zasady i atmosfera rywalizacji między osobami budującymi swoje grupy, bardziej przywodzi jednak na myśl  harówę na etacie, niż model „sam jesteś swoim szefem”.

W tym momencie chciałabym dokonać swoistego rozrachunku z tą formą prowadzenia biznesu i nieco obalić mit szybkiego zarobku i biznesu dla wszystkich, tym bardziej, że działałam w 2 tego typu firmach, mam więc doświadczenie, porównanie i ogląd sytuacji „od środka”

Oprócz współpracy z już przywołaną firmą kosmetyczną X, zahaczyłam też o firmę zajmującą się sprzedażą kosmetyków i suplementów – branża wellness, promowanie zdrowego stylu życia itp. (nazwijmy ją umownie firmą Y 🙂 ). Szczerze, to z okresu współpracy z Y mam same dobre wspomnienia (mimo że w sieci różnych się opinii naczytałam), prowadzili ciekawe szkolenia (mnie szczególnie interesowała u nich gałąź kosmetyczna, nie tyle dietetyka – żaden ze mnie dietetyk, chyba że dla siebie samej 😉 ), ludzie byli sympatyczni i wzajemnie siebie wspierali, nie zaobserwowałam wyścigu szczurów. No i ich suplementy faktycznie są dobre i skuteczne (chociaż, co tu dużo kryć – paskudnie drogie) – w ramach odbudowania nadszarpniętego zdrowia po moim pobycie w szpitalu, sprawdziły się w 100% i w zasadzie od tamtego czasu nie miałam żadnych poważnych problemów ze zdrowiem, a i odporność wyraźnie poszła mi w górę.

Na dorabianie w ramach kooperacji z Y mogłam poświęcić niewiele czasu, 2-4h dziennie, toteż i nie miałam jakichś zapierających dech w piersiach wyników finansowych, ale jak na moje ówczesne potrzeby wystarczyło. Po pewnym czasie jednak praca kosmetyczki-doradczyni mnie znużyła, zaniechałam więc tego zajęcia. Tym bardziej, że doszły wysokie opłaty za wspólne utrzymanie naszego gabinetu (chyba 150zł miesięcznie od osoby, z tego, co pamiętam), więc w sumie przy moich kilkunastu godzinach tygodniowo, przestało mi się opłacać tam przychodzić i organizować konsultacje. Ale, ogółem – wrażenie firma Y pozostawiła raczej dobre, z kilkoma nieistotnymi dla odbioru całości zastrzeżeniami.

Wróćmy jednak do firmy kosmetycznej X; do osoby odpowiedzialnej za rozwój sprzedaży w okręgu wrocławskim zgłosiłam się sama, z chęcią przystąpienia do programu dla „bardziej ambitnych”. O ile w przypadku bycia konsultantem podpisywana jest umowa-licencja, o tyle w przypadku chęci czerpania zysków ze sprzedaży budowanego zespołu należy albo założyć własną działalność gospodarczą, albo podpisać umowę z firmą pośrednictwa pracy, co wiąże się z tym, że firma ta zabiera niemały procent wypracowanego przez Ciebie obrotu. Wybrałam drugą opcję, nie czułam się bowiem na siłach startować od razu z działalnością gospodarczą – poza tym, zerowa pewność, że mi się powiedzie, wolałam więc spróbować i zobaczyć, czy mi się uda i spodoba.

Na początku byłam bardzo zdeterminowana i osiągałam świetne wyniki. W ciągu pół roku zbudowałam zespół ok. 40 konsultantów, w tym miałam jednego takiego jak ja lidera, który postanowił zbudować swoją sieć. Pracowałam w tym czasie też w jednym z wrocławskich supermarketów na pół etatu, ale zyski z samej mej aktywności w X starczyły mi na pokrycie podstawowych kosztów życia, rachunków, nawet coś udało mi się odłożyć. W zależności od miesiąca potrafiłam wyciągnąć od 900zł do nawet 2000zł (święta! Na święta zawsze sprzedaż rosła). To mnie nakręcało jeszcze bardziej. Moja manager była zachwycona (no bo jak ja mam duże korzyści, to ona jeszcze większe), w kolejnych kampaniach sprzedażowych zgarniałam pochwały i nagrody za realizację celów (iPod, ramki elektroniczne, lokówki, prostownice, torby, biżuteria, dyplomy, odznaczenia, premie, zaproszenia na bankiety – normalnie czułam się jak VIP 😉 ). W pewnym momencie stałam się osobą, która przynosiła najwięcej nowych umów kolejnych zwerbowanych konsultantów – w listopadzie 2009 było tych umów z mojej strony 14.

Wszystko byłoby pewnie dalej tak piękne, a ja nadal zmotywowana, gdyby nie fatalna moim zdaniem polityka zarządzania w X. Widząc, że trafiła im się osoba doskonale sobie radząca i przynosząca intratne korzyści, postanowili zastosować wobec mnie (i przypuszczam, że ogółem z każdym wyróżniającym się współpracownikiem tak robią) strategię „cytrynki” – wycisnąć, ile się da. Gdy w kolejnym miesiącu przyniosłam 9 umów, usłyszałam „Czemu tak mało? Przecież ciebie stać na więcej”. Kiedy mój cel sprzedażowy został ledwie osiągnięty (chyba nie muszę mówić, że poprzeczka ciągle szła w górę?), również słyszałam wyrzuty, że mogło być lepiej, itd., itp. Nie lubię takich zagrywek; śmierdzące NLP – tyle, że moja manager nie wiedziała, że ze mnie dusza przewrotna i wywoływaniem poczucia winy u mnie nic nie zyska, a wręcz przyniesie to w moim przypadku skutek odwrotny. I tak się stało – przestałam się wysilać, w końcu i tak nigdy nie byli zadowoleni, to po co się ścierać?

Wtedy rozpętała się „wojenka”. W obawie, że mogą mnie stracić, zaczęto mnie i mój zespół kontrolować. Telefony i SMSy o absurdalnych godzinach, bywało, że kilkanaście razy w ciągu dnia (po 22, czasem koło północy; często koło 6 rano): bo niedługo mamy deadline, że trzeba podbić sprzedaż, że do piątku wieczór mam wysłać raport, z którymi moimi podopiecznymi się skontaktowałam, zestawienie ogólne, ile osób mi się zadeklarowało, że zrobi zakup i na jaką kwotę (sic!). Paranoja. Później zaczęto mnie nagabywać, aby dla większej skuteczności zacząć ODWIEDZAĆ moich problematycznych i niesolidnych konsultantów i z nimi rozmawiać, usilnie nakłaniać do zamawiania produktów. Pomyślałam, że przecież nie będę robić cyrku i pukać od drzwi do drzwi, sama zresztą nie lubię, gdy mnie ktoś bez zapowiedzi i niespodzianie nachodzi i stara się do czegoś nakłonić. Coraz bardziej nie szanowano mojego czasu; potrafiłam dostać telefon we wtorek z rozkazem, by dnia następnego stawić się w południe w takim i takim miejscu, bo jest tam wystawa, stoisko firmy i promocja i ktoś tam musi być. Nikt nie pytał, czy nie mam w tym czasie przypadkiem zajęć na uczelni czy innych planów.

Miarka się przebrała, gdy manager zaczęła wydzwaniać do osób z MOJEGO zespołu i za moimi plecami je męczyć o składanie regularnych zamówień. Jedna z moich dziewczyn była na tyle przytomna, że zadzwoniła do mnie i się zapytała, co to za obca jej kobieta do niej dzwoni; moja wściekłość nie miała granic. Za współpracę w roli kierownika zespołu podziękowałam, chociaż jeszcze przez 3 miesiące mnie męczono, bym przedłużyła umowę na kolejny rok. Wiadomość, że znalazłam sobie coś innego i mnie to już nie interesuje i żeby dano mi spokój, skutecznie ucięła temat.

Swój sukces zbudowałam nie na zmuszaniu i kontrolowaniu, ale właśnie na dawaniu wolnej ręki, zrozumieniu, służeniu radą. Tak samo w stosunku do klientek – kiedy wiedziałam, że jakiś produkt jest bublem, nie promowałam go, otwarcie odradzałam, nie starałam się go „upchać” za wszelką cenę. Zawsze przedstawiałam wady i zalety, dzięki temu stałam się w oczach klientów wiarygodna, a oni obdarzyli mnie zaufaniem. Widocznie mój sposób pracy nie pasuje do atmosfery i wytycznych „organizacji”, która, gdy tak sobie to analizuję, stosuje metody niebezpiecznie przypominające manipulacje jakiejś sekty.

Podsumowując moje rozważania, doszłam na podstawie własnych doświadczeń do następujących wniosków, których raczej nikt głośno nie powie na spotkaniach rekrutacyjnych do jakiejkolwiek firmy działającej w MLM:

>> MLM nie gwarantuje w żadnym wypadku szybkich zysków i znacznego wzbogacenia się – jeśli ktoś o tym zapewnia, to spokojnie można takie obiecanki między bajki włożyć. Wszystko opiera się na determinacji i ciężkiej pracy danej osoby. Gdy masz wolne 8 godzin tygodniowo i chcesz je przeznaczyć na zajęcie dodatkowe, nie staniesz się w rok milionerem. Mój początkowy sukces w X zapewniło mi regularne, cotygodniowe wrzucanie ogłoszeń o rekrutacji na kilkadziesiąt portali ogłoszeniowych w internecie + ogłoszeń w prasie (prasowe, jak wiadomo, darmowe nie są), co pochłaniało mi sporo czasu, do tego naprodukowanie się niezliczonej ilości ulotek i plakacików ze zrywkami (a papier, taśmy klejące i czas na wycinanie tego wszystkiego, a następnie rozwieszenie w mieście – też kosztują – nieraz szykowałam je po nocach, bo tylko wtedy grafik mi na to pozwalał), zostawianie materiałów promocyjnych z wkładką o możliwości nawiązania współpracy w różnych przypadkowych miejscach, typu urzędy pocztowe, siłownie, kawiarnie… Bez tych działań nie osiągnie się nic – a trzeba to robić CIĄGLE, by były jakieś efekty, jednorazowe akcje nic nie dają. Tak więc może i jesteś swoim własnym szefem – ale tak naprawdę ciągle jesteś w pracy. Chyba nie muszę pisać, jak bardzo nieustanne rozmyślanie o tym, że „muszę mieć nowego konsultanta, w tym tygodniu założyłam sobie X podpisanych umów” potrafi być męczące i eksploatujące?

>> Jak wspomniałam – to nie jest praca dla każdego. Osoby lubiące spontaniczność i brak odgórnych ram działania się tu pogubią, zamęczą. Tak samo osoby mało rozmowne, mało przebojowe, spokojne – rzadko kto potrafi się przełamać i wyrwać z bycia nieśmiałym, stać się w okamgnieniu gadatliwą i pewną siebie osobą – a charyzma i komunikatywność, wiara we własne siły to cechy w MLM niezbędne, by zrobić (i zarobić) w ramach tego biznesu coś sensownego. Śmiem nawet twierdzić, że Ci, którzy w normalnej pracy etatowej są agresywni, lubią być po presją, kochają wyzwania  i wyścig szczurów ich nie przeraża, bo sami dążą po trupach do celu, tutaj odnajdą się bardzo szybko.

>> Wiele firm na start wymaga wykupienia razem z licencją specjalnego pakietu produktów, bez tego ani rusz.

>> Tyle się mówi o rozbudowywaniu sieci i generowaniu przychodów w postępie geometrycznym, mało jednak kto raczy zwrócić uwagę, że ta sieć nie jest wieczna – że ludzie nie tylko do niej przychodzą, ale też z różnych powodów z niej odchodzą. Z tego też względu tzw. dochód pasywny (kiedy inni „robią” na Ciebie, Twoja sieć generuje zyski bez Twojego udziału) również jest jedynie częściowy, iluzoryczny – bo Ty non-stop musisz dbać o kondycję Twojego zespołu, szukać nowych członków w miejsce starych, którzy Twoją sieć opuścili. W przeciwnym razie, ta sieć się kiedyś skurczy, rozpadnie, a z Twojego „dochodu pasywnego” pozostanie jeno słodkie wspomnienie…

>> Większość ludzi działających w MLM, a już w szczególności osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z marketingiem wielopoziomowym, „płotki”, a nie „grube ryby”, tj. „dziane ryby” (które znajdują się na samych szczytach sieci), nie ma swojej działalności w żaden sposób prawnie uregulowanej. Wykup licencji nie równa się przecież założeniu działalności gospodarczej, w tym celu trzeba pobiegać samemu po urzędach, by wszystko było  legalne. Brak odprowadzanych podatków, brak składek ZUS = niepewna przyszłość i rozwiązanie chwilowo satysfakcjonujące (o ile w ogóle ma się faktycznie z niego zyski).

Tyle moich przemyśleń… Może komuś się one przydadzą, jeśli zastanawia się właśnie nad przystąpieniem do jakiegoś biznesu firmy marketingu wielopoziomowego i nie wie, czy to rozwiązanie stworzone dla niego. Ja wiem, że to raczej nie dla mnie – sprawdziłam się, osiągnęłam sensowne wyniki, ale na dłuższą metę, dosyć – chcę mieć czas dla rodziny, przyjaciół i na inne przyjemności, nie czuć się jak niewolnik produktu i „sieci” 😉

4 przemyślenia nt. „Kobieta „bogata” złapana w „sieć”

  1. Witam Cię serdecznie Dana! pozwolę sobie na taką otwartość, bo tak się przedstawiłaś:)
    Dziękuję Ci za ten post!!!! dotarłam tu z pewnego forum, gdzie temat wywołany jest imiennie..rozwiałaś ostatecznie moje wątpliwości, czy warto być ls w firmie X;))
    Będę tu wracać w wolnych chwilach..bo tematy są świetne!!
    Szkoda tylko ,że nie wiem, jaka jest tożsamość firmy Y…chętnie bym się zainteresowała:)
    Pozdrawiam,Gosia.

    • Ja myślę że Y to herbalife 😉 tez myslalam zeby sie tam wkrecic, ale jak mam jeszcze zaplacic za to zeby móc pracowac, to ja dziekuje 😉

  2. Jak wspomniałam we wpisie – niektóre firmy wymagają wraz z podpisaniem umowy również wykupienia zestawu narzędzi lub produktów. Ja im nie podziękowałam z tego powodu 😉 Tylko potraktowałam to jako inwestycję we własną działalność. To nie jest praca etatowa tylko biznes. Podobnie, gdybym np. otwierała własny salon fryzjerski, musiałabym wyłożyć grube pieniądze na sprzęt, kosmetyki, lokal… Więc kwota za „pakiet startowy” w MLM to naprawdę przy tym pikuś. Inwestycja już po kilku spotkaniach z klientami mi się zwróciła, więc z doświadczenia wiem, że dla osoby chcącej się w to zaangażować na poważnie to żaden problem. Pozdrawiam, Dana.

Dodaj komentarz